Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№46 grudzień 2010

Dobrzy ludzie Krzysztof Gozdowski

Moja nieszczęsna wioska przed wojną nazywała się W...... . Nie wiem, czy jej ówcześni mieszkańcy byli dobrymi ludźmi. Ale na pewno cieszyli się zaufaniem władz. Inaczej nie założono by nieopodal obozu dla wrogów Hitlera...

* * *

- Głupi jesteś, czy co? Na worku plastikowym leżeć?!

- Przecież ja nie leżę na żadnym plastikowym worku!!!

- Ja nie mówię do ciebie, tylko do kota!

* * *

Odkąd zamieszkaliśmy z żoną w naszej nieszczęsnej wiosce, również i mnie zdarza się rozmawiać nie tylko z kotami, ale i na przykład ze swoją herbatą, czy z policjantem. Należy domniemywać, że także wspomnianym okolicznościom zawdzięczamy swój status ludzi o bardzo ograniczonej wiarygodności. Nie tylko w oczach najbliższych sąsiadów.

* * *

Ale dość już szkalowania mojej nieszczęsnej, nowej, sto dusz liczącej, małej ojczyzny, w której na wybory chodzi gdzieś z piętnaście osób, z czego – jak wynika potem z protokołów – głosów ważnych oddano dwadzieścia osiem, w tym dwadzieścia dziewięć na aktualnego burmistrza...

Dzisiaj opowiem wam, jak pomiędzy jesienią a jesienią, czyli w przeciągu jednego roku, przeistoczyłem się z władcy Dobra w sługusa Zła, czyli o tym, jak zakładałem organizację pozarządową.

* * *

- Drodzy Państwo! – mówiłem – Świat organizacji pozarządowych, to rzeczywistość rządząca się zupełnie innymi prawami, niż instytucje państwowe czy samorządowe...

- Znaczy się - nierząd? Czy samogwałt? Tak czy siak, kurestwo...– przerwał mi Bida, który ocknął się ze swego bezgrzesznego snu, w jaki wprawiła go tradycyjna lampka wina, zaordynowana przeze mnie przed uroczystym otwarciem Zebrania Założycielskiego Stowarzyszenia Społeczno – Kulturalnego „Moja wioska i bliskie okolice”, mającego na celu ukonstytuowanie się demokratycznie wybranych władz – Zarządu i Komisji Rewizyjnej.

Chociaż o rzeczonej lampce wina nie wspomina prawodawca Ustawy o stowarzyszeniach, to jednak gdyby nie ona, zebranie założycielskie po prostu by się nie odbyło z braku niezbędnego, piętnastoosobowego quorum.

A mnie się przecież roiły sny o potędze: pomoc dzieciom z mojej wioski i pomoc dzieciom z Afryki, wymiana kulturalna z Grenlandią, Nowym Yorkiem i z malowniczo położonym na lewym brzegu Obu miasteczkiem Łabytnangi, konkursy na potrawy regionalne dla gospodyń domowych z mojej wioski, z położonej u podnóża zabajkalskich Gór Stanowych osady Czara i z jeszcze jakiejś wioseczki, na przykład ukrytej w delcie Limpopo, Irrawadi czy Parany, organizacja w mojej wiosce międzynarodowej konferencji „Nim to co globalne stanie się lokalne” i wiele innych. Przed oczyma duszy swojej widziałem niemal namacalnie Stowarzyszenie Swoje Ogromne...

Oczywiście zostałem prezesem. Na zastępcę przeforsowałem Wojciecha Kunę, choć na to stanowisko gargantuiczny wręcz apetyt mieli również Leśniczy (który wcale nie był leśniczym, tylko doktorem habilitowanym ceramiki artystycznej, złodziejem drewna i producentem dębowych schodów) oraz Stefanek, o którym tyle złych rzeczy opowiadał mi Kuna.

Sam Kuna był wieloletnim, wręcz notorycznym, sołtysem mojej nieszczęsnej wioski, na którą to godność namaścił go jego swat – ojciec męża jego córki i pierwszy powojenny sołtys – dystrybutor proletariacko – chłopskich dóbr i zeł wszelakich, a i młodych Niemek, którym nie udało się na czas wyjechać. Ale o tym wszystkim dowiedziałem się znacznie później.

Także i o tym, że Kuna, dopóki nie znalazł się na śmietniku historii, pozostawał najwierniejszym „uchem” kolejnych naczelników, a następnie burmistrza.

Leśniczego sam, ze złośliwą wielkodusznością, zaproponowałem na przewodniczącego Komisji Rewizyjnej, czyli osobę, która w majestacie prawa strzec miała Stowarzyszenia przed moją prywatą, niegospodarnością, czynami niegodnymi i pazernością na społeczny grosz. Bo przecież sam czułem się wielki wielkością swoich Idei, wolny od jakichkolwiek słabości i pokus.

Czułem się wielki. Jeszcze większy poczułem się, kiedy z sądu przyszło wreszcie powiadomienie o wpisaniu Stowarzyszenia do Krajowego Rejestru. Rzucone przeze mnie kości osiągnęły przeciwległy brzeg Rubikonu.

Najpierw był turniej ping-ponga i pokaz slajdów z żony i mojej podróży do Indii i Nepalu, potem wspólne śpiewanie piosenki biesiadnej przy akompaniamencie keyboardu naszej koleżanki oraz zabawa taneczna. Jednocześnie, wspólnie ze żmudnie zebraną gromadką dzieci, przystąpiłem do pracy nad spektaklem, o którym już przecież wam opowiadałem przy innej okazji. Ze składek i otrzymanych z Gminy pieniędzy kupiliśmy kartony i pastele do malowania, używany telewizor, wideo, ławy i stoły do sal wiejskiego Klubu, który, na mocy umowy z Radą Sołecką, otoczyliśmy jako Stowarzyszenie swoją opieką. Marek – Członek Zarządu prowadził (oczywiście bezinteresownie) zajęcia plastyczne i dyskusyjny klub filmowy dla młodzieży. Odbyła się, w fantastycznej atmosferze, zabawa noworoczna.

Jednocześnie przystąpiłem do realizacji przedsięwzięć naprawdę wielkich. Wystosowałem pisma intencyjne do krajowych i światowych liderów sektora pozarządowego z propozycją skorzystania z potencjału naszej organizacji przy realizacji ich własnych projektów, jak również układałem misternie strategię przygotowań do wzmiankowanej powyżej międzynarodowej konferencji. Rozpocząłem też batalię o udostępnienie nam choć jednej, autonomicznie redagowanej, strony wychodzącego w Gminie pisma lokalnego. W ten sposób dość często zmuszony byłem bywać zarówno w Urzędzie Gminy, jak i w Domu Kultury, choć spotkania i rozmowy z przedstawicielami tych instytucji przyprawiały mnie zazwyczaj o depresję. Nie tylko dlatego, że moje pomysły i propozycje wprawiały interlokutorów najczęściej w popłoch, co prawda w perfekcyjny sposób maskowany hiszpańskim „maniana” czy greckim „awrio”; ja po prostu czułem się w tym towarzystwie intruzem, którego tylko z racji pełnionej funkcji i równie głupich, z Europy przywleczonych przesądów, nie można od razu, ot tak kopnąć porządnie w dupę, bo przecież ten Gminny tort władzy i zaszczytów z nią związanych jest taki mały i mozolnie, nieodwołalnie, raz na zawsze, podzielony... Po tych spotkaniach zazwyczaj czułem niesmak do samego siebie. Zostałem także zaproszony do udziału w kilku samorządowych przedsięwzięciach, ale szybko się z nich wycofałem, gdyż były to, bez wyjątku, tak zwane działania pozorowane, na które szkoda było mi czasu. Niespecjalnie ukrywałem motywy swojej rezygnacji.

Dowiadywałem się również od czasu do czasu, że moje nazwisko jest wymawiane z żalem, a nawet z irytacją przez tych, zaledwie kilku, mieszkających na terenie Gminy ludzi, których dokonania mi zaimponowały i szukałem okazji, by ich poznać. Dopiero niedawno dowiedziałem się, już od nich, że swojego czasu usłyszeli od burmistrza i jego świty, że groźbą, tupetem i powoływaniem się na znajomości w szerokim świecie wymusiłem wręcz na władzach gminy przelanie na konto swojego stowarzyszenia wszystkich pieniędzy przeznaczonych na wspieranie lokalnych inicjatyw, a i podobno nie do końca zamierzam się z tych funduszy rozliczyć...Fachowo taka procedura nazywa się „neutralizacją” i w niedalekiej przyszłości miałem okazję na własnej skórze docenić jej skuteczność w lokalnym środowisku.

Nie najlepiej na mój temat wypowiadał się również ksiądz proboszcz, zwłaszcza od czasu, gdy publicznie zaproponowałem uporządkowanie pozostałości po zdewastowanym i rozszabrowanym cmentarzu ewangelickim (na wspólny apel gminnego sekretarza i miejscowego proboszcza, nagrobkami z tego miejsca została utwardzona w latach siedemdziesiątych jedna z lokalnych dróg), a potem ekumeniczną, polsko-niemiecką mszę.

Na razie wszystko szło dobrze i w błyskawicznym tempie – podopieczna Marka zdobyła nagrodę w międzynarodowym konkursie plastycznym, „mój” teatr takąż samą w konkursie scenicznym, zorganizowaliśmy międzynarodowe warsztaty artystyczne dla młodzieży z Rosji, Niemiec, Szwecji i Polski, pozyskaliśmy sporą kwotę pieniędzy na dokończenie budowy gminnego wysypiska śmieci, dzieci z wioski pojechały do Niemiec ze spektaklem i z wystawą plastyczną, w Klubie odbywały się szkolenia i zabawy. W trakcie stowarzyszeniowych zebrań byłem prowadzącym, protokolantem, p.o. najczęściej nieobecnego skarbnika, zazwyczaj jedynym wnioskodawcą i coraz więcej czasu musiałem poświęcać na neutralizowanie zamiarów Leśniczego, który najprzeróżniejszymi sposobami starał się pozyskać zwolenników koncepcji wyremontowania pomieszczeń klubowych przez swoją firmę, oczywiście za pieniądze z uprzednio pozyskanego na ten cel grantu. Na szczęście przedstawiony przez niego kosztorys zwalał z nóg nawet najbardziej podatnych na korupcję członków stowarzyszenia. Może dzięki temu parę najniezbędniejszych prac wykonaliśmy własnym nakładem i za friko.

Pierwszy poważny niepokój poczułem, gdy Kuna niespodziewanie przepadł w kolejnych wyborach na sołtysa. Dawno nie uczestniczyłem w zebraniu, którego uczestnicy byliby tak solidarni w nieskrywanej nienawiści, wręcz słownej agresji wobec jednego człowieka. Choć nie do końca wiadomo było, za co. Pomijając zupełnie wyjątkowe okoliczności, ludzie na wsi nie potrafią mówić komuś prosto w oczy, że go nienawidzą. Tym razem jednak Kuna obrywał za wszystkie swoje, rzeczywiste i urojone, grzechy. I był to raczej niezbyt budujący widok.

Ta niezwykła międzyludzka solidarność wioskowej społeczności ulotniła się równie szybko, jak się pojawiła, już przy wyborze nowego sołtysa. Ludziska z radością skoczyli sobie do oczu, jakby odreagowując swoją chwilową nienormalność. Ale gdy już było jasne, kto został nowym sołtysem, wiedziałem na sto procent, o co w tym wszystkim chodzi. Tymczasem Kuna, dotąd częsty gość w moim domu, zerwał ze mną wszelkie kontakty.

Gdzieś po tygodniu nowy sołtys zaprosił mnie do Klubu na „skromny poczęstunek”. Poszedłem, łyknąwszy uprzednio dla kurażu parę drinków. Czekali już tam na mnie wszyscy, łącznie z Leśniczym, który chyba był fundatorem tego przyjęcia. Dowiedziałem się, że jestem chujem, złodziejem i skurwysynem i wspólnie z Kuną tarzaliśmy się wręcz w wioskowych pieniądzach, ale teraz już, kurwa, koniec z tym gównem! Ja nie pozostałem im dłużny. Po ryju nie oberwałem, bo chyba jakiś respekt jeszcze przede mną czuli. Dopiero gdzieś po roku się dowiedziałem, ze najbardziej ich zabolało, gdy nazwałem ich eunuchami.

* * *

I to jest chyba wszystko, co chciałem wam opowiedzieć o losach swojego stowarzyszenia.

Może jeszcze jedno. Po jakimś czasie przyszedł Juzwa i spytał, czy nie chcę kupić kabla, bo ekipa Leśniczego remontuje właśnie elektrykę w Klubie. Ponoć burmistrz załatwił kasę.

* * *

Dziś z ludźmi z wioski utrzymuję raczej poprawne kontakty. Jedynie Kuna nadal nienawidzi mnie szczerze i do końca. Chyba nawet bardziej, niż swoją synową.

A Marek robi karierę w biznesie.

© 2010 Krzysztof Gozdowski

mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Dobrzy ludzie

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput