Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№36 grudzień 2008

Z cyklu „Twistroll”:

Dom Lech Głowacki

Agent w stanie spoczynku, Ron Tych Gier (czyt. Tajger) prawie zwymiotował w windzie. Secesyjna podziałka o jednostce piętro zlała się w ciąg linii jak pociągnięcia pędzlem, jak ślady hamowania na asfalcie, wreszcie jak przydługie wymiociny właśnie. Gdy winda się zatrzymała, Ron natychmiast wyszedł, zatrzymał się na korytarzu, z szeroko rozstawionymi nogami w kowbojskich butach. Poprawił sombrero, wygładził poncho, przeniósł cygaro z jednego kącika ust w drugi; ruszył. Zapukał trzy razy w drzwi na końcu korytarza, po chwili dwa, na koniec raz. Otworzono mu; wszedł pewnie, nieśpiesznie.

— Proszę wybaczyć te konspiracyjne ceregiele, panie Tych Gier.

— Wybaczam. Dzień dobry.

Pomieszczenie nie miało mebli ani okien, pustka w kolorze morskim. Kolorze ścian, podłogi, sufitu. Oprócz Rona było trzech mężczyzn w ciemnych garniturach: jeden na czworakach, drugi — na nim siedzący, trzeci odwrócony tyłem, z rękoma założonymi na plecach.

— Jesteśmy, jak pan wie, częścią Służb Specjalnych Ciała Rządzącego SEN.

— Współczuję — odparł Ron, nie wyciągając cygara z ust. Nigdy go nie wyciągał.

— To samo powiedział Szybka Stopa.

— Szybka Stopa? Fast Foot?

— Zgadza się.

— No — zapowiada się ciekawie. Chwileczkę.

Spod wzorzystego poncho Ron wydobył zniszczoną książkę. Przewertował strony, zatrzymał wzrok.

— Hmm, hmm…

— Czy to jest ten słynny?….

— Tak, to ten.

— Jeden z trzech istniejących egzemplarzy Hawańskiego Horoskopu! Co powiada?

— Tajemnica.

— Naturalnie.

Ron Tych Gier zmierzył wzrokiem kolejno swoich interlokutorów.

— Jak każdy prawdziwy, profesjonalny horoskop — a jest takich niewiele — działa w oparciu o zasadę samospełniającej się przepowiedni.

— Ale przecież wolumin, który trzyma pan w ręku, ma skończoną liczbę stron. Czyli skończoną liczbę scenariuszy. Jak to się ma do wolnej woli?

— Puszczonej wolno w terrarium… Są jeszcze tak zwane rozmaite interpretacje tych samych wersów, w zależności do jakiej epoki, osoby albo sytuacji się odnoszą. Nie wspominając już o odchyleniach wynikających z tłumaczeń…

— Nieograniczoność wyobraźni to bujda. Co nie zmienia faktu, że nigdy nie przyszłoby nam do głowy, iż niejaki Fernand Gluskap zostanie tancerzem.

— Fernand Gluskap. — Ron schował książkę, poniósł wzrok z powrotem na swoich rozmówców. — To w jego sprawie się spotkaliśmy.

— Tak.

— Co wobec tego ma z nim wspólnego Fast Foot?

Służby Specjalne Ciała Rządzącego zamilkły na chwilę, w ciągu której Tych Gier przełożył cygaro z jednego kącika ust w drugi, i z powrotem.

— Zleciliśmy Fast Footowi zgładzenie Fernanda Gluskapa.

— A zatem już jest bezpowrotnie martwy.

— Chcemy, żeby pan, panie Tych Gier temu zapobiegł.

— To jest prawie niemożliwe. Szybka Stopa jest nie do zatrzymania.

— Dlatego, prawdę powiedziawszy, zwróciliśmy się byli właśnie do niego. Kartka z nazwiskiem ofiary została wrzucona do skrzynki; pieniądze zakodowane w sygnale puszczone. Nawet zleceniodawca nie jest w mocy cofnąć zlecenia. Fast Foot, raz podjąwszy trop, nie spocznie, dopóki nie zgładzi ofiary. Co prawda nie mamy pewności, czy rzeczywiście na kartce zostało zapisane nazwisko Fernanda Gluskapa, rozumie pan, bałagan biurokratyczny, ale ryzyko, że jednak tak, jest spore. Teraz chcemy, jak to się mówi, wszystko odkręcić.

— To jest prawie niemożliwe. — Cygaro Rona Tych Giera zatrzymało się pośrodku ust, jak igła magnetyczna poszukało trójki specjalistów.

— Użył pan właściwego słowa: prawie. Z powodu owego prawie tym razem zwracamy się do pana. Proszę powstrzymać Szybką Stopę. Proszę uratować Fernanda Gluskapa, pan — pan jeden to potrafi.

Zaległa cisza. Mężczyzna, który siedział na osobniku udającym czworonoga, przestał wymachiwać nogą.

— Dobrze — powiedział Ron Tych Gier.

Ledwie jego słowo wybrzmiało, z ukrytych głośników rozległo się skandowanie Beastie Boys, w utworze „Ch-Check It Out”.

Trójka przedstawicieli SPSEN zaczęła gwałtownie podrygiwać i klaskać do rytmu, przemieszczając się od ściany do ściany; tym razem każdy na własnych nogach.

Ron przyglądał się temu cierpliwie; tylko głowa lekko mu się poruszała.

Wreszcie skończyli; przybrali poprzednie pozy.

— Dobrze — powtórzył Tych Gier. — Zanim stąd wyjdę, chcę wiedzieć, dlaczego wydaliście wyrok na Gluskapa. I dlaczego próbujecie to odkręcić.

— Twistroll, panie Tych Gier — padła odpowiedź. — Zależy nam na twistrollu.

Ron Tych Gier zrobił jedną z wyuczonych min, sugerującą, że niewiele rozumie.

— Spieszymy z wyjaśnieniem. Otóż…

Ron Tych Gier odnotował fakt, iż wszystkie wypowiedzi Ciała Rządzącego są w liczbie mnogiej. „Zgodnie ze starą, wciąż obowiązującą zasadą celowego rozkładania odpowiedzialności.” — pomyślał.

— Otóż: Fernand Gluskap, produkt jednego z ostatnich programów rządowych sprzed XIII Poprawki. Klon. Wyhodowany na pracownika naukowego, specjalistę od biologii cybernetycznej i pokrewnych. Społeczeństwo jest przekonane, że po ukonstytuowaniu się XIII Poprawki, wszystkie klony o proweniencji programowej zostały masowo bezpowrotnie zgładzone. Odbywało się to jednak pod naszym, czyli Służb Specjalnych SEN, nadzorem. Wyłączając wymykające się spod kontroli różne drobne projekty, jak seria Viscera…

„Ciekawe, komu zlecicie likwidację mojej osoby, jak będzie po wszystkim.” — Tych Gier uśmiechnął się krzywo. — „Bez końca to…”

— Zbyt duże nakłady zostały poniesione na wyprodukowanie klonów. Zniszczenie wszystkich byłoby nieekonomiczne, decyzja została podjęta zbyt pochopnie. Wie pan — zmiany, wzloty i upadki dotyczą tylko części Ciała Rządzącego; my pozostajemy. W trakcie vacatio legis XIII Poprawki, podjęliśmy stosowne kroki w celu utrzymania przy życiu najcenniejszych, najznakomitszych egzemplarzy. Teoretycznie… w zasadzie nie mają pojęcia o tym, że są klonami… Oczywiście okresowo przyglądamy się poszczególnym egzemplarzom albo reagujemy na zachowania niepożądane. Takie, jak słynny taniec Gluskapa przed Instytutem Yokoulis, o którym mówi się w mediach w kategorii wydarzenie. Psikusa nam sprawił szanowny pan Gluskap. Oficjalnie człowiek nauki — my wiemy, że klon — który nagle odcina się od dotychczasowego życia, i — rusza w tany. Przednie to było, trzeba przyznać. Skupił zainteresowanie nie tylko mediów i specjalistów od lansowania rzeczy nielansowalnych (akurat oni mu nie są potrzebni), ale przede wszystkim znudzonego społeczeństwa Serca i Przedmieść. Zbyt duże zainteresowanie. Media mogą lada chwila wyniuchać, że Gluskap jest klonem. Dlatego postanowiliśmy go bezpowrotnie unicestwić.

— Jednak później zmieniliście zdanie — wtrącił Tych Gier. — Uznaliście twistrolla za wartościowy…

— W samej rzeczy. Pewne informacje z przeszłości, a także bieżące fakty uświadomiły nam, iż taniec Fernanda Gluskapa może być niezwykle cenny jako narzędzie do… wskazywania ludziom właściwej drogi, mówienia, co jest dobre, a co złe.

— Do manipulowania nimi.

— Ach! Wygląda na to, że jako agent w stanie spoczynku zapomniał pan, czym są eufemizmy, i jak ważne jest ich częste stosowanie.

— Nie zapomniałem. Ale polubiłem nazywać rzeczy po imieniu — odpowiedział Ron, a w duchu dodał: „A przynajmniej chcę, żebyście myśleli, że tak jest.”

— Na rybach można sobie rzeczywiście pozwolić na taki luksus, panie Tych Gier. Wracając do twistrolla — jedna z naszych asystentek, Nicola albo Jola, porządkując archiwum, natrafiła na sprawę tzw. Wzorów Tiraboshiego tudzież DETI. Słyszał pan zapewne o DETI?…

— Pogłoski, plotki.

— Otóż jakieś dziesięć lat temu nasze służby poświęciły nieco uwagi quoprofesorowi z Instytutu Yokoulis, który opublikował równania tańca tańców, w opracowaniu nazwanym DETI. Wynikało z nich, że za pomocą tańca można nawiązać kontakt z pozaziemską cywilizacją. Wykorzystywały między innymi teorię drgań synchronicznych… Brzmi sensacyjnie, prawda?

Ron Tych Gier skinął uprzejmie. Przestąpił z nogi na nogę, by nie ścierpły. Miał ostatnio kłopoty z krążeniem.

— Mieliśmy do czynienia z sensacją, ale też chyba największą bzdurą w dziejach Instytutu. Choć spora część równań quoprofesora była jasna, elegancka, jak to się zwykło mówić w takich przypadkach. DETI… Oficjalnie nikt nie traktował badań Tiraboshiego poważnie. Nasz quoprofesor w ostatnich latach życia zbzikował; powołał do życia sektę Profetów. To grupa szaleńców, paranoików, nie pozbawionych wszak inteligencji. Publikują oni co jakiś czas rozmaite wersje Wzorów Tiraboshiego, opatrzonych co i rusz innymi komentarzami. Raz mowa w nich o nawiązaniu kontaktu z odległą cywilizacją, innym razem — ze starożytnym ludem mającym żyć we wnętrzu Ziemi, w krainie Agartha. Ostatnio Profeci uaktywnili się, gdy wypłynął Fernand Gluskap ze swoim twistrollem. Jak się już pan zapewne domyślił, twistroll jest dla nich DETI. Profeci usiłują nawiązać kontakt z Gluskapem poprzez wyznawców, którym się wydaje, że są alter-personami Aarona Tiraboshiego. Ostatnio nawet im się udało… dzięki wsparciu policji. Jeden z policjantów okazał się wyznawcą; lecz jeszcze gorliwszym miłośnikiem gier VR. Mniejsza o to, z Profetami sobie jakoś radzimy. Z policją, która podejmując jakieś działanie zwykle przeszkadza, też. Cała sytuacja: rosnąca popularność twistrolla wśród obywateli, uwielbienie mediów, zainteresowanie Profetów sprawiły, że zaczęliśmy drobiazgowo rozważać korzyści i kłopoty, jakie może przynieść twistroll w długim okresie. Doszliśmy do przekonania, że korzyści jest więcej, znacznie więcej. Twistroll zawładnął ludźmi, powoli staje się ich najważniejszą rozrywką, pasją, sposobem na spędzanie wolnego czasu. Nie możemy tego zlekceważyć…

Ron Tych Gier kiwał głową, myśląc: „Typowa wasza metoda: zataić prawdę, ujawniając możliwie jak najwięcej, by historia brzmiała wiarygodnie. DETI, twistroll jako medialne narzędzie władzy — wszystko prawda, zbliżyliście się do prawdy niewiarygodnie blisko, a jednak prawdziwa przyczyna waszego zainteresowania Gluskapem pozostała ukryta… Lecz wy wiecie, że ja wiem. A mimo to… Trzeba odegrać przedstawienie: wy rysujecie obraz sytuacji, ja zadaję pytania, wy udzielacie wyjaśnień. Pięknie.”

— Jak sam pan widzi, wydanie wyroku na Fernanda Gluskapa było przedwczesne. Chcemy teraz, by powstrzymał Pan Szybką Stopę. Cud, że jeszcze go nie dopadł. Za chwilę jednak może już być za późno, musi się pan pospieszyć.

— Ciekawi mnie, dlaczego nie zleciliście zabicia klona jednemu z waszych agentów albo, żeby przesunąć ciężar odpowiedzialności — policji.

— Rozumiemy, że spędzając całe dnie na odludziu, łowiąc i patrosząc ryby, nie jest pan na bieżąco z wydarzeniami w Sercu. Jesteśmy w przeddzień ukonstytuowania się Konwencji Życie, najważniejszego dzieła Kapituły. Choć jeszcze nie obowiązuje, Konwencja już wpływa na świadomość obywateli. Naszym ludziom coraz trudniej przychodzi sięganie po broń. Agentka, która ratując Gluskapa uśmierciła jednego z Profetów, przeżyła załamanie, przechodzi leczenie… Policja już od dawna jest instytucją o charakterze, powiedzmy, symbolicznym; nie liczy się w działaniach operacyjnych. Powierzenie zabicia Gluskapa funkcjonariuszom, którzy przeżywają rozterki moralne byłoby nieprofesjonalne z naszej strony. Zresztą, nam nie chodziło o zwykłe zabicie, lecz o bezpowrotne uśmiercenie. Fast Foot nadaje się do tego najlepiej, niestety.

— Sklonujcie Gluskapa — powiedział Tych Gier.

— Taak… Tyle, że pierwotny materiał genetyczny klonów został unicestwiony. No, jednym słowem — bałagan. Co prawda mamy sporo próbek, które zdobyła nasza agentka, ślina, nasienie… Ale istnieje obawa, że kolejny klon nie będzie potrafił tańczyć twistrolla, proszę nie zapominać, że Gluskap został stworzony do innych celów. Poza tym należałoby drobiazgowo odtworzyć warunki zewnętrzne.

„Tłumaczycie się.” — Ron zrobił przysiad, wstał.

— Niech się pan pospieszy, panie Tych Gier. Cena nie gra roli.

— Pół miliona.

— Zgadzamy się.

— Pół miliona teraz i pół miliona po zakończeniu zadania. Czyli po zabiciu Fast Foota.

— Drogo. Ale zgadzamy się.

— Zanim odejdę, jedno pytanie. Dlaczego twierdzicie, że nie da się odwołać zlecenia, skoro na początku naszego spotkania przyznaliście, że jednak rozmawialiście z Szybką Stopą?

Chwila milczenia.

— Nic takiego nie powiedzieliśmy. Musiał pan źle zrozumieć.

Ron Tych Gier pokiwał głową.

— Widocznie źle zrozumiałem.

— A teraz ostatnie pytanie z naszej strony: dlaczego tak szybko, tak łatwo dał się pan przekonać i przyjął zlecenie?

— To proste: z horoskopu wynikało, że przyjmę — odpowiedział Tych Gier. — „I że nie będzie szczęśliwego zakończenia.” — dodał w duchu.

Ron Tych Gier, tuż przed wizytą u Gluskapa, zażył pół listka Lucy, mając nadzieję, że dzięki temu specyfikowi uzyska właściwy albo przynajmniej bardziej ostry obraz całej sprawy. Ochroniarza, który nie chciał wpuścić go do mieszkania, pozbawił przytomności ciosem w kark.

Fernand Gluskap nie wyglądał zdrowo, i rzeczywiście nie czuł się chyba najlepiej. Tania albo Tess częstowała go kubkiem soku z kiszonej kapusty; siedzący przy stoliku Karol Bullmaister głośno planował najbliższą trasę koncertową. Przerwał wywód, w chwili gdy Tych Gier przedstawił się jako agent specjalny Ron Tych Gier. Nie zważając na obecność menadżera, przeszedł do sedna:

— Fernandzie Gluskap, jest pan obiektem polowania. Poluje na pana Szybka Stopa, legendarny zabójca, któremu jeszcze nikt się nie wymknął. Moim zadaniem jest go powstrzymać.

Gluskap przetarł oczy, słuchał z niedowierzaniem albo w ogóle nie docierały do niego komunikaty Tych Giera.

— Musimy jak najszybciej, to jest w ciągu paru minut, wydostać się poza obręb Serca, uciec jak najdalej. Proszę się szykować, panie Gluskap.

— Ależ to niemożliwe! — zaprotestował Bullmaister. — Ja protestuję! Lada dzień rozpoczynamy przygotowania do koncertów, wkrótce wyruszamy w trasę.

— Lada chwila pan Gluskap będzie trupem, jeśli tu zostanie. — Tych Gier rozejrzał się. — Fast Foot jest blisko, czuję to.

— To jest zamach na jego wolność! — gestykulacja Bullmaistera wyglądała jak zespół tików nerwowych. — Pan zdaje się zapominać, kim jest Fernand Gluskap. To twórca twistrolla! Zaraz, zaraz… Proszę mi pokazać swój identyfikator! Czy ja nie widziałem pana u Mordega Baloona?!

Tych Gier wręczył ID Bullmaisterowi, po czym zbliżył się do człowieka, którego miał chronić — którego pilnował od chwili, gdy przekroczył próg habitatu. Zajrzawszy mu w oczy, ocenił, że szarość jego oblicza nie była spowodowana zwykłym zatruciem; to musiał być silny specyfik…

— Panie Gluskap, nalegam, by się pan pospieszył.

— Oczywiście…

— Czy ta dama będzie nam towarzyszyć? Przyda się panu pomocna dłoń.

— Nie sądzę, żeby… — Gluskap podniósł się z fotela, rozłożył ręce.

— Chcę jechać! — powiedziała Tania albo Tess.

— Postanowione. Daję wam pięć minut. Proszę wziąć tylko rzeczy niezbędne, takie które zmieszczą się w jednej torbie.

— Nie, nie — Bullmaister kręcił głową — tak nie można. Fernand, obowiązują cię kontrakty. Jeśli teraz wyjedziesz, znikniesz, będziesz płacił kary do końca życia. Reklamodawcy nie darują ci. — Zwrócił głowę ku Tych Gierowi, oddał ID. — Szanowny panie agencie specjalny, jeśli zrobi pan, co zamierza zrobić, rozgłoszę o tym w mediach! Pan nie wie, nie rozumie chyba…

— Proszę, byście zaczęli się państwo pakować!

Gluskap rozglądał się wokół w roztargnieniu, więc Tania albo Tess pociągnęła go energicznie za sobą. Gdy zniknęli w sypialni, Bullmaister wycedził:

— Wzywam ochronę! I. Excuser się z tobą…

Tych Gier chwycił go za kark, drugą ręką zasłonił mu usta i szamoczącego się wyciągnął z mieszkania. Ochroniarz, który ku zdumieniu Tych Giera odzyskał był przytomność, zdołał właśnie doczołgać się do windy.

— Uciekasz, bratku, i słusznie. Nie pisnąłeś jednak, doceniam to. — Stanął nad nim, przytrzymując Bullmaistera. — Gdyby nie ten gaduła, puściłbym cię wolno, lecz muszę go zgładzić, a przez to i ciebie. Przykro mi, ale wiedz, iż w imię słusznej sprawy.

To powiedziawszy, Tych Gier skręcił Bullmaisterowi kark. Ochroniarz wrzasnął przeraźliwie, acz krótko.

— Może cię sklonują — szepnął agent, po czym wepchnął obydwa ciała do windy i wcisnął zero.

— Do domu w Lasach — powiedział Gluskap.

— Co pan powiedział?

— Proszę się kierować na lotnisko, polecimy do domu w Lasach.

— Ja mam pana chronić przed Fast Footem, ja ustalę kierunek ucieczki.

— Jeśli nie tam, nigdzie. Nie ruszę się nigdzie.

— Może powinniśmy jednak zdać się na specjalistę — wtrąciła Tania albo Tess. Ron Tych Gier zauważył, że pachniała pięknie, acz osobliwie.

— A w ogóle skąd mam mieć pewność, że jest pan agentem służb specjalnych? — zapytał Fernand.

Tych Gier po raz kolejny wyciągnął płaski identyfikator i podał Gluskapowi, siedzącemu razem z Tanią albo Tess na tylnej kanapie samochodu.

— Proszę wczytać do komunikatora…. Lasy są rozległe, gdzie leży posiadłość? Co jest w sąsiedztwie?

— To duży dom, stoi samotnie w Dolinie Danzski, nie znajdzie go pan na mapie, nie jest podpięty do żadnego systemu telemetrycznego. Jedyny klucz do domu, który mam przy sobie, zawiera współrzędne określające jego położenie. Polecimy wynajętym śmigłowcem; inne maszyny pasażerskie tam nie docierają, dziki teren.

Tych Gier pokręcił głową.

— Wynajęcie śmigłowca nie wchodzi w grę… — odpowiadając, rozważał jednocześnie propozycję Fernanda. Zmiana trasy ucieczki w ostatniej chwili mogła podziałać na korzyść…

— Niech będzie, skoro pan nalega. Pojedziemy jednak samochodem.

— Najbliższa doga jest oddalona od domu o dwa, trzy dni marszu — stwierdził ponuro Gluskap.

— W każdym razie tak podaje dokumentacja.

Agent wyjaśnił, że podróżując śmigłowcem pozostawią za sobą wyraźne ślady.

— Zarchiwizowana wytyczona trasa lotu, płatność kartą kredytową no i pilot będzie miał dużo do powiedzenia Fast Footowi. Musiałbym go zabić.

Patrzyli na niego z niedowierzaniem.

— Trudno, musicie się przygotować na pieszą wędrówkę.

— Nie mamy jedzenia — zauważyła Tania albo Tess. — A poza tym, przez pośpiech nie wzięłam wielu potrzebnych rzeczy; zresztą, nie zmieściłyby się w jednej torbie… Dlaczego nie pozwolił pan wziąć co najmniej dwóch, po jednej na osobę?

— W bagażniku są trzy duże plecaki z odzieżą i bielizną oraz dwie torby zapasów żywnościowych. Siedziba, do której chciałem was zabrać, też leży na odludziu.

— No proszę! A damską bieliznę też pan spakował?

Agent uśmiechnął się.

— Spodziewałem się, że pani z nami pojedzie. Może włączę jakąś muzykę…

Tych Gier, przyspieszając, zerknął we wsteczne lusterko: Tania albo Tess patrzyła obojętnie przez szybę auta; Gluskap, z przymkniętymi powiekami, kiwał głową.

„Jeszcze w zeszłym tygodniu było tylko patroszenie, ryb patroszenie… Ale przecież jedna z nich, dobrze przyprawiona, wywołała tę wizję…”— pomyślał agent, po czym rzekł głośno:
— Jeśli już sprawdziliście, proszę o identyfikator i komunikatory.

Podali mu odruchowo, dopiero gdy schował identyfikator i urządzenia pod poncho, Gluskap zapytał:

— Do czego panu potrzebne?

Uśmiechnął się. — Do niczego. Za chwilę je zniszczę.

Późnym popołudniem, minąwszy małą stację paliw, agent zatrzymał samochód na poboczu drogi. Wypakowali bagażnik i zagłębili się w las.

Drzewa rosły w odstępach kilkumetrowych, na podłożu słał się szary mech; było wilgotno i zupełnie cicho. Agent prowadził, wprowadziwszy współrzędne domu do swojego komunikatora.

— Nie obawia się pan korzystać z publicznych łączy? Przecież mogą — ktokolwiek miałby to być — nas namierzyć — zauważył Gluskap.

— To jest niepubliczne — odparł Tych Gier, nie obejrzawszy się. — Bezpieczne.

Po godzinie wędrówki Tania albo Tess zdjęła plecak, oparła się o drzewo.

— Dokąd on nas prowadzi?

Gluskap tylko westchnął. Oprócz plecaka dźwigał bagaż, który zabrali z domu, oraz torbę z żywnością.

— Zamiast obiecanego domu, dzikie ostępy! Nie mam siły.

Tych Gier zawrócił, przyjrzał się uważnie dziewczynie.

— Krótko odpoczniemy — zadecydował. — Zjemy.

Gdy siedzieli w trójkę, Fernand zapytał:

— Dlaczego ktoś miałby mnie zabić?

— Lepiej niech pan uwierzy na słowo — odrzekł Tych Gier.

— To trochę mało. Chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie. W domu, w pierwszej chwili, nie zdziwiła mnie ta informacja. Teraz jednak coraz bardziej w nią wątpię.

Tych Gier ugryzł kolejny kęs jabłka.

— Być może w posiadłości starczy czasu, żeby o tym spokojnie porozmawiać.

— Proszę powiedzieć teraz!

— Nie. Kończcie jeść i ruszajmy.

— A jeśli nigdzie nie pójdę?

— Nie będę pana zmuszał. Odejdę. Jednak proszę pamiętać: z chwilą, gdy dotrzecie do najbliższych zabudowań, o ile oczywiście zdołacie odnaleźć kierunek, może się pan już gotować na bezpowrotną śmierć. Fast Foot nigdy nie zaprzestaje polowania, prędzej czy później wpadnie na trop.

Tych Gier wstał, Tania albo Tess z nim. Gluskap spojrzał ponuro.

— Po co wobec tego uciekamy? Po co w ogóle opuściliśmy Serce?

— Żeby zyskać na czasie. Przygotować się do obrony. Zamierzałem przerzucić was na północną półkulę, do zaprzyjaźnionego gospodarstwa agroturystycznego Pocahontas, ale pan zdecydował inaczej. Ruszajmy.

— Sądzi pan, że w owym gospodarstwie byłoby bezpieczniej? — pytał dalej Gluskap, krocząc tuż za agentem.

— Nie wiem.

— Pojedźmy tam…

— W obecnej sytuacji wybieram pańską posiadłość. Bliżej.

Noc przespali na ziemi, w kilku warstwach odzieży. „O namiocie nie pomyślałem.” — Tych Gier rozłożył ręce. Po namowach Tani albo Tess zgodził się na rozpalenie małego ogniska, jednak bez wahania zalał je resztką kawy, gdy tylko upewnił się, że dziewczyna i Fernand śpią głęboko.

Dalszą wędrówkę rozpoczęli przed świtem. Agent wyprzedzał dwójkę uciekinierów o kilka metrów, skupiając uwagę na przepatrywaniu okolicy. W takcie postojów nie zagadywał; na zadawane pytania odpowiadał zdawkowo. Był zadowolony, ponieważ dziewczyna i Fernand wyglądali na coraz bardziej zaniepokojonych.

Pustka i cisza lasu.

Wreszcie ujrzeli dom.

Cisza i ciemność. Gdyby dane mu było wrócić do Serca, i gdyby na prośbę ciekawskiego miał opisać dom i przestrzeń wokół, zacząłby właśnie od ciszy i ciemności. W tej ciszy brzmiała też prędka rzeka, ale czy brzmiała na pewno? Czy cisza nie pochłaniała jej szumu?
Wyjście na dwór po zmroku mogło być niebezpieczne dla tych, którym natura nie zabrała wzroku lub, jeśli kto woli — pozostawiła. Tutaj wzrok nie przyzwyczajał się do ciemności albo czynił to na tyle długo, że zanim nastąpiło, patrzącego ogarniał niepokój — przepędzał go z dworu, z powrotem do domu.

Mieszkać w nim samotnie znaczyło mierzyć się każdego dnia z nadmiarem pomieszczeń, wąskich, słabo oświetlonych korytarzy i stopni schodów wiodących z salonu na piętro i poddasze. O ile rozległa przestrzeń salonu, który rozciągał się na prawo i lewo od głównego wejścia, mogła przyprawić o zawrót głowy, o tyle pokoje na kondygnacjach zaskakiwały swą ciasnotą.

Ron Tych Gier wypił duszkiem szklankę wody, potem zgniótł naczynie, a szkło posypało się do umywalki. Wypatrywał w lustrze własnego odbicia, ale wciąż majaczyła twarz Gluskapa. Lucy była bezlitosna: wtłaczała mu do głowy myśli Fernanda, jego niepewność i lęki, jak choćby te o ciszy i ciemności.

Jak długo tak stał? — nie potrafił ocenić. Dopiero, gdy nogi zaczęły mu cierpnąć, zrozumiał, że wreszcie staje się sobą. Rozejrzał się po małym pokoju, do którego światło wpadało przez dachowe okno. Na krześle leżała koszula zachlapana krwią.

Z dołu dobiegała muzyka, leniwe dźwięki. Gluskap i dziewczyna siedzieli zapewne w salonie albo w przylegającej do niego kuchni.

Cisza i ciemność. Ledwie zapadał zmierzch, dom pogrążał się w mroku, ponieważ agent zabronił włączania lamp. Używali świec. Zabronił też palenia w kominku i głośnego grania muzyki, co najbardziej rozdrażniło Gluskapa. Gluskapa. Gluskapa… Dość!

Tych Gier opadł na łóżko. Teraz i ono splamiło się krwią, tym razem ze skaleczenia na jego dłoni.

Cicho zabrzęczał komunikator. Agent nie podnosząc się, wyciągnął rękę w stronę stolika.

— Oto jest linia podziału — powiedział.

— Jaka linia? — zapytał głos. — Gdzie jesteście?

— Dawne hasło… Nieważne. Zmieniliśmy kierunek, nie jedziemy do Pocahontas.

— Dokąd zatem?

— Dopóki nie zorganizujesz oddziału medycznego, nie ma potrzeby, byś wiedział. Nadarzyła się okazja, by zaszyć się w innym miejscu.

— Bezpiecznym?

— Chyba nie chciałeś zadać tak głupiego pytania. I mam nadzieję, że mnie teraz nie lokalizujesz, a jeśli tak, skasuj. Oby Fast Foot jak najpóźniej nas odnalazł, bo że odnajdzie, jestem pewien. Póki co, mam na karku Profetów…

— Przykro mi to słyszeć.

— Będą nam uprzykrzać życie, ale dzięki temu Gluskap utwierdzi się w przekonaniu, że grozi mu niebezpieczeństwo, i może nie będzie się palił do powrotu. Coś jeszcze? Nie jestem w nastroju do długich, niepotrzebnych pogawędek…

— Posprzątałem po Bullmaisterze; mój człowiek zajął jego miejsce. Wszystko… Aha, agentka, która opiekowała się Gluskapem jest poddawana deprywacji.

— Wątpię, czy będzie miała coś ciekawego do powiedzenia, ale na wszelki wypadek prześlij mi zapis przesłuchania. Amen.

Ron Tych Gier uznał, że najwyższy czas zejść do salonu, by porozmawiać z Fernandem i Tanią albo Tess.

Rano, po pierwszej nocy spędzonej w domu, wyszli w trójkę na dwór i zobaczyli człowieka, który kręcił się w pobliżu ogrodzenia. Tania albo Tess zaczęła przeraźliwie krzyczeć, a obcy rzucił się do ucieczki, w głąb lasu.

Tych Gier dopadł uciekiniera w odległości dwustu metrów od zabudowań. Nie udało mu się wydostać od niego żadnej informacji. Tamten wiedział, jaki los go czeka, więc milczał jak grób. W płaskim plecaku, oprócz resztek prowiantu i butelki z zimną kawą, Ron znalazł kartę kredytową, kord i komunikator. Urządzenie i kartę zniszczył, potem zjadł kanapkę.

Gdy wrócił, nie mógł się dostać do domu. Drzwi zatrzaśnięte, jedyny klucz dostępu był w posiadaniu Gluskapa, który nad wyraz poważnie potraktował polecenie nie wpuszczania nikogo. Nie odpowiadał na wołanie i pukania. Ron usiadł przed wejściem. Wtedy właśnie zażył plasterek Lucy.

Nie pamiętał, kiedy mu otworzono; jak pijany wszedł na górę, zamknął się w pokoju.

Teraz znalazł Gluskapa z dziewczyną siedzących przy kuchennym stole, pochylonych nad filiżankami.

— Pozwólcie, że napiję się mocnej czarnej kawy, a następnie wszystko wam wyjaśnię — powiedział.

Milczeli, jakby bali się przy nim odzywać.

Opowiedział im prawie wszystko: o związku Fernanda z rządowym programem produkcji klonów (na wieść o tym, Tania albo Tess zaszlochała); o wyroku wydanym na Gluskapa po sukcesie twistrolla; o aspiracjach Profetów; wreszcie o decyzji Ciała Rządzącego, by ocalić Fernanda i jego taniec.

— SEN poszło po rozum do głowy i słusznie uznało, że pańska śmierć nie wpłynęłaby korzystnie na społeczne nastroje — skłamał Tych Gier. — Oczywiście umocniłaby zwolenników Konwencji Życie, lecz tylko pod warunkiem, że nie wyszłoby na jaw, że oni sami maczali palce w zamachu na… ciebie. Jeśli pozwolicie, przejdźmy na „ty”; to nam ułatwi codzienne kontakty… Otóż… jesteś zbyt popularną postacią; jeśli umrzesz, dziennikarze nie spoczną, póki nie dojdą do prawdy.

Gluskap stukał palcami w blat stołu; wreszcie rzekł, patrząc na dziewczynę:

— W pobliżu tego domu jest cmentarz z grobami mojego ojca i dziadka.

Tych Gier udał zaskoczenie.

— A więc informacja, że jesteś klonem jest pomyłką… Tym bardziej należy cię uratować. Powinieneś żyć.

— Tym bardziej… — mruknął Fenrnand zapatrzony przed siebie. — Jakie mam szanse?

— Uff… Uchylmy na chwilę okno. Musimy wietrzyć te pomieszczenia od czasu do czasu. Tylko nie zapominajcie potem zamykać. Szanse… Nie wiem. Nie spotkałem wcześniej Szybkiej Stopy, ale powiadają… że jest niezawodny. Cóż, zrobię, co w mojej mocy, byś żył.

— Jak długo tu zostaniemy?

— Przez pewien czas. Kilku agentów próbuje nawiązać kontakt z Fast Footem, żeby anulować zlecenie, ale to może być bardzo trudne. Podstawą każdego kontraktu z Szybką Stopą jest to, że jego postanowienia nie mogą ulec zmianie… Wygodne, ale też bezpieczne podejście. Dla zleceniodawców pewnych swego jest to doskonała gwarancja, że nikt nie przeszkodzi Szybkiej Stopie w wykonaniu zadania, chyba, że śmierć.

— Będziemy tu tak na niego po prostu czekać?

— Może za jakiś czas przeniesiemy się do Pocahontas. Na razie mamy na głowie Profetów.

— Przecież moje zniknięcie z Serca też nie pozostanie bez echa! Miałem zaplanowane koncerty!

— Dlatego będę się starał, byś jak najszybciej do Serca powrócił. Tymczasem Karol Bullmaister wie, co robić.

Fernand wstał i ruszył do salonu.

— Poczekaj, dokąd idziesz? — zawołała Tania albo Tess, jakby nagle odzyskała głos.

— Nigdzie się nie wybieram. Płyta się skończyła, nie słyszycie? Włączę inną.

Agent pokiwał głową.

— Doskonale. Muzyka umili nam rozmowę. Wróć do nas, ponieważ musimy określić zasady postępowania na co dzień, przekażę wam parę wskazówek…

Zanim jeszcze opuścił swoje gospodarstwo, Ron Tych Gier przewertował stary notatnik, w którym zapisywał ważne kontakty. Po przybyciu do Serca, ze stacji udał się prosto do małej restauracji z dala od centrum. Lokal był prawie pusty; przy jednym ze stolików czekał na niego mężczyzna. Przywitali się milcząco, uściskiem dłoni, usiedli.

— Sprawy toczą się szybko — powiedział mężczyzna. — Nie ma czasu na analizy, scenariusze, organizowanie się.

— Będziemy improwizować.

— Jesteś pewny, że to on?

— Nie. Po Lucy nigdy nie można być pewnym, z Horoskopu za każdym razem odczytuję co innego. Ale zakładam, że wizja się ziści. Jeżeli, jak mówisz, SPSEN zleci mi ochronę Gluskapa, przewiozę go i dziewczynę do Pocahontas. Zadbaj o zaprowiantowanie i odzież. Czy jesteś w stanie zorganizować odpowiednią grupę medyczną?

— Postaram się. Ale to może nie wypalić.

— Dlatego musimy ich wywieźć z miasta. Jest szansa, że na odludziu zrobią, co do nich należy, a przy odrobinie szczęścia… Liczę, że szczęście się uśmiechnie. Lecz przedtem dowiedz się jak najwięcej: jaki tryb życia prowadzą, co jedzą, jakie leki biorą, jaką stosują antykoncepcję, i tak dalej. Masz dobę. Jutro spotykam się z Ciałem. Nie mogę się potem ociągać, będą mi patrzeć na ręce.

Kelner podał kawę. Tych Gier zaciągnął się lekko cygarem.

— Ustalmy sposób komunikacji…

To była pierwsza noc po przybyciu do domu w lesie. Tych Gier wydobył z wewnętrznej kieszeni opakowanie tabletek, które jego człowiek w SPSEN zdołał mu dostarczyć przed ucieczką. Tania albo Tess i Gluskap powinni już spać twardo po tym, jak do kolacji wypili herbatę ze środkiem nasennym.

Nacisnął klamkę i wszedł do pokoju na piętrze. Poświecił latarką. Zatrzymawszy się przy dużym łóżku, krótką chwilę przyglądał się wtulonym w siebie postaciom.

Poszukiwania nie trwały długo: w szufladzie nocnej szafki znalazł identyczne jak to, które posiadał, opakowanie tabletek. Zanim je podmienił, sprawdził, ile pigułek brakuje, po czym ze swojego opakowania usunął taką samą ilość. Tabletki schował do kieszeni. Następnie ostrożnie, nie spiesząc się, przeszukał rzeczy Fernanda. Spory zapas prezerwatyw spoczywał jeszcze w torbie. Agent zabrał wszystkie. Gluskap, gdy nie będzie mógł ich znaleźć uzna, że zapomniał zabrać z domu, albo że wypadły w drodze. Zresztą wszystko jedno, co sobie pomyśli.

Tych Gier opuścił pokój, upewniwszy się, że nie pozostawił żadnych śladów, i zszedł na dół do salonu. Za oknami była tylko czerń nocy, zlewające się w jedno szum drzew i szum rzeki. Agent wiedział, iż czeka go długi i męczący pobyt na tym odludziu.

© 2008 Lech Głowacki

mroczna.art.pl > Rękopisy > Twistroll > Gluskap (część 2)

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput