Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№46 grudzień 2010

Z cyklu „Twistroll”:

Dom część 2 Lech Głowacki

Regularnie wieczorami wspinał się na rozłożyste drzewo. Usadowiony na gałęzi, wyposażony w noktookulary i słuchawki, obserwował przez okno sypialnię Gluskapa i dziewczyny. Samo podsłuchiwanie z dowolnego punktu domu by wystarczyło, lecz nie potrafił sobie odmówić przyjemności podglądania. Mimo że przez wiele dni nie było na co patrzeć. Tania albo Tess nie kryła swego rozczarowania, ale dla Fernanda seks bez prezerwatyw neutralizujących nasienie był nie do pomyślenia, jego przyzwyczajenia z Serca, będące w istocie głębokim uwarunkowaniem, wygrywały z pożądaniem. Tych Gier rozłożył ręce i pokręcił głową na zadane któregoś dnia przez Gluskapa pytanie o prezerwatywy. Czekał jednak cierpliwie, przekonany, że długi pobyt na odludziu pozbawi Fernanda z zahamowań.

Co noc, gdy Gluskap i Tania albo Tess już spali, agent przemierzał najbliższą okolicę. Przez wiele dni nie znalazł śladu człowieka, więc zaczął przypuszczać, że Profeci przynajmniej na razie zrezygnowali z śledzenia Gluskapa. Albo ich wysłannik, którego Tych Gier zabił, nie zdążył przekazać wiadomości o lokalizacji domu. Lub wreszcie uczynił to zawczasu, a Profeci czekali teraz na dogodny moment, by dopaść Fernanda. Tak czy owak, Ron sumiennie przeczesywał teren, nierzadko oddalając się od domu na kilometr i dalej. Noce były coraz chłodniejsze, często mżyło, a w powietrzu dało się wyczuć zapach jesieni. Przy okazji rozglądał się za cmentarzem, przeczuwając, że w końcu Fernand zapragnie do niego dotrzeć.

- Chcę odnaleźć cmentarz – powiedział Gluskap pewnego dnia.

Tych Gier pokiwał głową. Poinformował Fernanda, że jak dotąd nie natrafił na ślad grobów w najbliższej okolicy.

- Co prawda w materiałach, które mi przekazano po śmierci ojca, nie wskazano miejsca, ale coś mi mówi, że cmentarz jest położony gdzieś dalej – odparł po chwili wahania Fernand. – Niewyraźne wspomnienie podpowiada, że należy szukać w górze rzeki.

- Dobrze. Zrobimy tak: w dogodnym momencie wybiorę się w górę rzeki. Jeśli znajdę groby, wybierzemy się tam razem.

- Dlaczego nie mogę iść z tobą od razu?!

- Z tego samego powodu, dla którego nie wychodzicie poza obręb ogrodu. To niebezpieczne.

- Cholera! Od wielu dni nic się nie dzieje, słychać tylko las i rzekę. Pustka. Gdzie to twoje niebezpieczeństwo?

- Wierzcie mi, nadejdzie – odparł Tych Gier.

Gluskap wycedził: - Mam jedyny klucz od tego domu!

Agent pokiwał głową, kwitując milczeniem ostatnią uwagę Fernanda, pozornie bez związku, jednak dającą powód do niepokoju.

Któregoś południa zostawił Tanię albo Tess z Fernandem w ogrodzie i w kuchni zabrał się za przygotowanie obiadu. Like a hurricane, płynący z głośników w salonie wprawił go w dobry nastrój. Następny był Hey Hey, My My (Into The Black), a gdy dobiegł końca, postanowił włączyć obydwa utwory od początku. Z nożem w dłoni wyszedł do salonu, zatrzymał się przy odtwarzaczu. Zerknąwszy w bok, zobaczył przez okno Tanię albo Tess – samą. Wybiegł na zewnątrz.

- Gdzie jest Fernand?

Dziewczyna odpowiedziała spokojnie:

- Postanowił rozejrzeć się po okolicy. – Po czym zaraz dodała, jakby na usprawiedliwienie:- Co w tym złego?

Ron nie miał zamiaru kontynuować rozmowy, która zabrałaby mu cenne sekundy. Na tłumaczenie, co w tym złego, na wyrzuty, na „Zabroniłem się wam oddalać”, i tak dalej później przyjdzie pora. Nie wypuszczając noża z ręki, rzucił się w stronę bramy, którą Gluskap pozostawił otwartą.

Spojrzał w prawo i w lewo; łatwiejszą, na pierwszy rzut oka bardziej przyjazną ścieżką wydawała się ta prowadząca na północny zachód. Była to również najkrótsza droga do rzeki, ale Gluskap pewnie tego nie wiedział. Tych Gier przyklęknął w poszukiwaniu śladów; nic nie znalazł.

Po krótkim wahaniu wybrał kierunek wschodni.

Biegł ostrożnie, jakby uprawiał jogging, rozglądając się uważnie. Spojrzenie przenosił z mchów pod stopami na pnie drzew i kępy krzewów, następnie daleko naprzód, i z powrotem ku ziemi.

Przed nim, w odległości kilkudziesięciu metrów, zerwał się do lotu spłoszony ptak. Tych Gier przystanął. Przez minutę nic się nie wydarzyło, nikogo nie dostrzegł, więc ruszył dalej.

Ścieżka, pnąc się łagodnie w górę, skręciła na południe. Ron wiedział, że sto pięćdziesiąt metrów dalej jest dogodne zejście nad brzeg Danzski, do brodu. Przepatrując okolicę, tam zwykle przedostawał się na drugą stronę rzeki, po czym zawracał, by nabrzeżem dotrzeć w pobliże domu.

Teraz postanowił zatrzymać się przy brodzie. Usiadł na zwalonym drzewie i zapatrzył się w spokojną w tym miejscu Danzskę.

Gluskap musiał był jednak wybrać drogę na północny zachód. W przeciwnym razie, przy założeniu, że nie poruszał się biegiem, Tych Gier powinien go już napotkać. Chyba że Fernand od razu ruszył nabrzeżem. „Jeśli poszedł na północny zachód – rozważał agent – dotarł w końcu do rzeki, więc, jeśli rzeczywiście poszukuje cmentarza, powinien skierować się w górę jej biegu, czyli na południe. Podobnie, jeżeli od razu wybrał nabrzeże.”

Szelest zarośli parę minut później oderwał spojrzenie Tych Giera od rzeki. Nie zmieniając pozycji, wpatrzył się w miejsce, skąd dobiegał hałas, ciekawy, czy potwierdzą się jego przypuszczenia.

Gluskap, wynurzywszy się z nadrzecznej kępy, stanął jak wryty.

- Gdziekolwiek się wybierasz, ruszamy z powrotem – powiedział Tych Gier, a ponieważ Gluskap nie odpowiedział, dodał: - Wracamy do domu.

Fernand zamachał ręką, spojrzał za siebie, po czym zrobił krok w stronę agenta, następny.

- Przepuść mnie.

- Nie.

- Zamierzam odnaleźć cmentarz.

Tych Gier zeskoczył z pnia.

- Oto co proponuję: jutro z samego rana wybiorę się w górę rzeki, ale nie dalej niż na odległość, która pozwoli mi wrócić na czas, gdyby pod domem pojawili się Profeci albo Szybka Stopa. Jeśli odnajdę cmentarz, następnego dnia cię zaprowadzę. Jeśli nie, rozważymy dłuższą wspólną wyprawę.

- Nie mam zamiaru być twoim więźniem – wycedził Gluskap. – Idę teraz, i nie myśl, że przestraszysz mnie tym swoim groźnym tonem albo… albo tym nożem.

- Ach, nóż. – Agent spojrzał na trzymany w ręku przedmiot. – Nie, nie użyję go. Ale jeśli się nie zatrzymasz, będę musiał cię ogłuszyć.

Dwie sekundy później spełnił swoją groźbę, po czym, westchnąwszy, zarzucił sobie Gluskapa na barki i krok za krokiem powędrował do domu.

Tych Gier uśmiechnął się i ostrożnie zmienił pozycję, w której siedział na gałęzi. Znowu ścierpły mu nogi, ale warto było czekać.

Noc była późna, Tania albo Tess i Gluskap spali wtuleni w siebie, wyczerpani po miłosnym spełnieniu. Bezwzględna postawa Tych Giera, fakt, że bez skrupułów ogłuszył Gluskapa, a następnie zabronił im wychodzić za próg, wyraźnie ich rozdrażniły, ale też, jak się domyślał, wzbudziły przed nim lęk. Nie tknęli kolacji.

Tej nocy, siedząc naprzeciw siebie w łóżku, długo rozmawiali; jak na złość, nagle zawiodło urządzenie posłuchowe, więc Tych Gier wychwytywał przez uchylone okno fragmenty.

- Muszę ci się do czegoś przyznać – mówił Gluskap. – Po tym, jak profesor Tiraboshi zginął w habitacie, zażyłem... Pośród mnóstwa wizji, których doświadczyłem po połknięciu czerwia, mam teraz wrażenie, że była ich nieskończoność… jedne zachodzą na drugie, mieszają się… Czasem przychodzą do mnie w snach… Pośród tych wizji jest jedna, którą dobrze zapamiętałem. Zabijam cię w niej! Zabijam cię nożem, czasami siekierą albo innym narzędziem, a gdy to czynię, krzyczę, że zniszczyłaś twistrolla, przeszkodziłaś mi osiągnąć sukces… Tiraboshi... on zobaczył co innego: kobietę, która mnie uśmierca. A potem Manuelle Graciella wbiła mu nóż w szyję… - Tania albo Tess chwyciła Gluskapa za ręce, a on pochylił się do dziewczyny, zniżył głos i Tych Gier przez chwilę nie mógł zrozumieć ani słowa. Dopiero ten fragment: - są pomieszane, jak w kalejdoskopie, albo raczej źle ulepione, głowa zamiast ręki… Ktoś jednak zostanie zabity, boję się, że ja!

Tania albo Tess przytuliła go. Gluskap szlochał.

- Klony, które uciekły z Instytutu... Te dzieci, czy wiesz, że nie żyją?...

- Jestem pewna, że nie umrzesz! – powiedziała dziewczyna. – To pewne, rozumiesz? Wszystko będzie dobrze, wszystko… - znów niedosłyszalne szepty.

Tych Gier uśmiechnął się wtedy po raz pierwszy. „Oczywiście, że jesteś pewna – pomyślał – ale nie przyznasz się, skąd masz tę wiedzę.”

Zaczęło padać, a Tania albo Tess i Gluskap, nadzy, złączyli ze sobą, jakby w nadziei, że cielesne zaspokojenie uleczy ich niedolę.

Następnego dnia pogoda zepsuła się na dobre. Zrobiło się zimno, od rana lało. Tania albo Tess i Gluskap nie przyszli na śniadanie, przyrządzone przez Tych Giera. Gdy później niż zwykle opuścili sypialnię, agent siedział w salonie, paląc cygaro. Ujrzawszy Fernanda, poinformował go, że na razie nie spełni obietnicy danej nad rzeką, ponieważ warunki na dworze nie sprzyjają wyprawie. Gluskap nic na to nie odrzekł. Podążył za Tanią albo Tess do kuchni.

Ani Tych Gier, ani Fernand z dziewczyną nie wychodzili z domu przez kolejnych siedem dni. Wiało i padało nieprzerwanie, słońce przestało docierać do tego zakątka, więc trudno było odróżnić dzień od wieczoru. Nie rozmawiano ze sobą; tylko cicho grała muzyka. Gluskap przynosił kolejne płyty, których na strychu było całe mnóstwo.

Pewnego popołudnia Tych Gier spostrzegł, że za chwilę zabraknie mu cygar, i fakt ów tak go rozdrażnił, że zamknął się w swojej sypialni, i postanowił nawiązać kontakt z człowiekiem w SPSEN, który nie odzywał się od wielu dni.

- Przyjemniejsze od twojego głosu byłoby słuchanie Soul of Things, które dobiega z salonu na dole – warknął – ale są pewne obowiązki. Są obowiązki! Dlaczego mnie nie informujesz?

Miałeś dostarczyć stenogram przesłuchania tej agentki!

- Właśnie zamierzałem się odezwać – odpowiedział cicho tamten.

Tych Gier miał ochotę wyłączyć komunikator, po czym wejść pod prysznic, by resztę dnia spędzić na szorowaniu ciała; ale tylko potarł czoło, z cieniem zadowolenia stwierdził, że jego własne uszy nie są zbyt gorące, i czekał, co powie interlokutor.

- Za około tydzień będę miał lekarza – zabrzmiało z komunikatora. – Specjalistę, którego potrzebujesz.

- Tylko jednego? Miał być cały zespół medyczny…

- To specjalista. W rozmowie zapewnił mnie, że sobie poradzi. Zresztą sprawdzam go po raz kolejny.

Ron Tych Gier zasępił się.

- Tydzień czasu… Spróbuj przysłać go szybciej. Przetrzymywanie Gluskapa i dziewczyny jest z dnia na dzień coraz trudniejsze. Nie czują zagrożenia, bo Profeci przestali się kręcić w pobliżu.

- Szybciej się nie da. Dostaniesz lekarza za tydzień. Ale potrzebuję dokładną lokalizację.

- Przekażę ci położenie w ostatniej chwili. – Agent skupił nagle myśli na opakowaniu Lucy, które znajdowało się w szafce przy łóżku, jednak starał się kontynuować rozmowę. – Przypominam, że do transportu musisz użyć śmigłowca. Lekarza… Przygotuj go do trudnej wyprawy, teren leśny, pagórkowaty, deszcze, ciągle pada… Co ze stenogramem?

- Będziesz go miał dzisiaj wieczorem.

- Świetnie. Kończymy.

Tych Gier doszedł do wniosku, że nie może spuszczać oka z Tani albo Tess i Fernanda. Zanim jeszcze zaczęły się ulewy, ukradł Gluskapowi i zainstalował w komunikatorze zapisany na papirusie klucz, który szczęśliwie obsługiwał również okiennice, przy czym znajdujące się na parterze niezależnie od tych na piętrze. Dzięki temu w nocy, a także gdyby zaszła konieczność w dzień, agent mógł ubezwłasnowolniać dwójkę towarzyszy.

Na dole, w ciemności pokoi, huczała muzyka. Gluskap celowo, jak gdyby na znak sprzeciwu, puszczał ją coraz głośniej. Tych Gier kilkakrotnie ostrzegł go, że zniszczy odtwarzacz, ale Gluskap chyba zorientował się, że agent nie będzie w stanie tego uczynić.

Gdy Tania albo Tess i Fernand, tupiąc wściekle, tańczyli przy dźwiękach Burn The Witch, Tych Gier odczytywał fragmenty przesłuchania agentki. Jak na osobę poddaną deprywacji, odpowiadała niezwykle przytomnie, aż nazbyt składnie, co wzbudziło w Tych Gierze podejrzenia, czy przypadkiem stenogram nie jest fałszywy. W każdym razie trudno mu było uwierzyć, iż wypowiadała je osoba poddana psychicznym torturom.

#
[p]
- Czy mam rozumieć, że łączył cię z kobietą przedstawiającą się jako Tania albo Tess stosunek emocjonalny?

[a]
- Tak.

[p]
- Zdajesz sobie sprawę, że to wbrew regulaminowi?

[a]
- Czym jest regulamin wobec przyjaźni?

[p]
- Odpowiedz na pytanie!

[a]
- Tak. Wiem, że złamałam regulamin.

[p]
- Pomagałaś kobiecie przedstawiającej się jako Tania albo Tess?

[a]
- Przestań z tym „przedstawiającej się jako”. Miała na imię Tania albo Tess. I tak, z całego serca ją popierałam.

[p]
- Zaraz dojdziemy do tego, w jaki sposób cię zmusiła…

[a]
- Już ustaliliśmy, że łączyła nas przyjaźń.

#
[p]
- Powiedziałaś, że to kobieta przedstawiająca się jako Tania albo Tess chciała się zaprzyjaźnić z Fernandem Gluskapem. Z jakiego powodu?

[a]
- Żeby być jak najbliżej niego, gdy tworzył twistrolla. I tylko udawała, że chce się z nim zaprzyjaźnić.

[p]
- Jaki miała w tym cel? Udział w sukcesie, prestiż, pieniądze…

[a]
- Nic z tych rzeczy. Nie domyślacie się nawet…

[p]
- Proszę powiedzieć.

[a]
- Tania chciała zniszczyć twistrolla. I udało się jej.

[p]
- Mylisz się. Przecież Gluskap odniósł sukces. Nic nie jest tak popularne w ostatnich tygodniach, jak jego taniec.

[a]
- To nie jest twistroll. A w każdym razie nie prawdziwy twistroll.

[p]
- Proszę przestać mówić zagadkami! Proszę opowiedzieć wprost, co wiesz na temat Tani albo Tess, kim była, i jakie miała cele do zrealizowania.

[a]
- Była moją przyjaciółką! Nie Gluskapa, lecz moją! Zmieniając twistrolla, zapobiegła tragedii.

[p]
- Jakiej?

[a]
- Wyjaśnię ci w sposób, w jaki ona mi wyjaśniła.

[p]
- Słucham.

[a]
- W niedalekiej przyszłości stworzony przez doktora Fernanda Gluskapa z Instytutu Yokoulis taniec, nazwany twistrollem, zawładnie umysłami ludzi. Czy znasz bajkę o fleciście z Hameln? Z pewnością nie, więc posłuchaj: dawno, bardzo dawno temu plaga szczurów opanowała miasteczko Hameln. Wynajęty przez mieszkańców szczurołap muzyką graną na flecie wywabił gryzonie z miasta i utopił je w pobliskiej rzece. Potem za pomocą cudownego instrumentu zawładnął wszystkimi dziećmi z Hameln. Urzeczone dźwiękami fletu, podążyły za nim, w nieznane… Otóż twistroll Gluskapa zawładnie ludźmi niczym muzyka flecisty z Hameln. W ciągu kilku miesięcy nadejdzie autorytaryzm; grupa polityków, pozyskawszy Gluskapa, pod sztandarem Konwencji Życie omami społeczeństwo, a następnie odrzuci wolność jednostki i tolerancję, podporządkowując sobie wszystkie dziedziny życia… Serce w przeciągu dekady pogrąży się w mroku, serca ludzi będą żywić się nienawiścią, jak nigdy dotąd. Wszystko za sprawą niewyjaśnionej mocy twistrolla. Jednostki na tyle silne, by się mu oprzeć, skryją się na Przedmieściach, w kryptach starych budowli.

[p]
Dość! Co to za bełkot!

[a]
Tania albo Tess opowiedziała mi to wszystko. Ona przybyła z przyszłości.

[p]
Twój profil osobowościowy nie wskazuje, że jesteś osobą łatwowierną, poddającą się wpływowi innych osób…

[a]
A mimo to Tania albo Tess przekonała mnie.

[p]
Jakim sposobem?

[a]
Któregoś dnia zabrała mnie do Przedmieść, na stary cmentarz przy Hagia Sophia. Powiedziała: „W przyszłym tygodniu część cmentarza się zapadnie.” I tak się stało. Potem przewidziała śmierć Havela, tego iluzjonisty... Poza tym czytałam razem z nią papirus pochodzący z przyszłości, fragmenty o skutkach wprowadzenia Konwencji Życie; paliłam papierosy, które zostaną nielegalnie wyprodukowane za kilkanaście lat...

[p]
Może była jedną z Profetek. Z drugiej strony, nie trzeba być ćpunem, by odgadnąć, co może się stać ze starym cmentarzem albo starym iluzjonistą... A rekwizyty... Spreparowane.

[a]
Możliwe, możliwe, lecz... Ja w każdym razie wierzę, że Tania albo Tess przybyła z przyszłości. Przybyła, by zniszczyć twistrolla. Odpowiednio przeszkolona, uczestnicząc w treningach Gluskapa, subtelnie, krok za krokiem, zmieniała choreografię tańca. Nie pozwoliła, by powstał prawdziwy twistroll, tylko marny ersatz, który nie ma cudownych właściwości, nie omami ludzi tak bardzo, jak uczyniłby to taniec tańców.

[p]
Dlaczego po prostu nie zabiła twórcy?

[a]
Nie zapominaj o Konwencji Życie. Za kilkanaście lat będzie najważniejszą, powszechnie respektowaną normą społeczną…

[p]
Na wszystko masz gotową odpowiedź. Zastanawiałaś się, dlaczego twoja przyjaciółka, znając przyszłość, nie ostrzegła cię, że zabijesz człowieka? Media trąbią o tym.

[a]
brak odpowiedzi

[p]
Z którego roku przybyła kobieta przedstawiająca się jako Tania albo Tess?

[a]
3051

[p]
Chcesz powiedzieć, że za pięćdziesiąt lat będziemy dysponować wehikułem czasu? A może wcześniej?

[a]
O tym powinniście wiedzieć lepiej ode mnie.

#
[a]
- Popełniła błąd, powierzając mi swój sekret. Ale możecie być pewni, że fakt, iż zdradzam teraz wszystko, w niczym wam nie pomoże. Już za późno. Stało się, twistroll został zmieniony. Twistroll nigdy nie powstał…

[p]
- Możemy stworzyć nowego Fernanda Gluskapa na podstawie materiału genetycznego, który nam dostarczyłaś…

[a]
- Będziecie musieli sami zdobyć jego geny, bo dostarczony materiał pochodził od kogo innego…

#

Lekarz pół godziny czekał na polanie, w ulewie. Tych Gier najpierw okrążył polanę, by sprawdzić, czy przybyszowi nikt nie towarzyszy, po czym przycupnął w odległości trzech metrów, w kępie zarośli, i obserwował go. Mężczyzna nie ruszał się z miejsca, w którym postawił pokaźną walizkę. Od czasu do czasu rozglądał się na boki albo za siebie.

Wreszcie Tych Gier uznał, że może się pokazać.

- Przepraszam za spóźnienie – powiedział i wyciągnął rękę do lekarza.

Tamten chwycił walizkę. Był chudy, niskiego wzrostu.

- Rozmary Probost – przedstawił się. – Czy możemy ruszać? Napiłbym się herbaty i wódki.

- Chodźmy. – Tych Gier wskazał ręką w ciemność.

- Oczywiście wypiję tylko herbatę! – zaśmiał się Probost i podążył we wskazanym kierunku.

Przez całą drogę nie zamienili już słowa. Zresztą bijący o ziemię deszcz utrudniałby swobodną rozmowę. Tych Gier trzymał się pół kroku za lekarzem, który co chwilę oglądał się za siebie, by upewnić się, czy nie zbacza z trasy. Wówczas agent albo kiwał głową, albo gestem ręki korygował kierunek.

Gdy przemoknięci stanęli przed drzwiami domostwa, Rozmary Probost zapytał bardziej rzeczowym tonem:

- Podał im pan środki nasenne?

- Tak. Zgodnie z ustalonymi dawkami.

- Dobrze. Napiję się herbaty, przygotuję do zabiegu, i możemy zabierać się do pracy.

Weszli do środka.

- Nie wolałby pan poczekać do jutra? – zaproponował Tych Gier, zdejmując poncho. Chwilę mocował się z fałdami materiału. - Przespać się trochę, odpocząć po podróży?

- Nie, dziękuję. Nie wiadomo, jak pacjent jutro zareaguje na mój widok.

Odwiesiwszy okrycia, przeszli do kuchni; agent zabrał się za przygotowanie herbaty.

- W ogóle dziwię się, jak udaje się panu utrzymać dwie osoby na takim odludziu przez tak długi czas – kontynuował lekarz.

Tych Gier odnotował w myślach fakt, że Probost zna tło operacji. Co jeszcze wiedział?

- Od pewnego czasu prawie nie wychodzą ze swojego pokoju – odparł, po czym zmienił temat: – Jak pan zamierza pobrać potrzebny materiał? Będzie pan potrzebował mojej pomocy?

Rozmary Probost uniósł brwi.

- Poradzę sobie. To nie potrwa dłużej niż godzinę, może krócej. Narkoza – powiedział z zachwytem i przeciągle powtórzył: - Narkoza... Następnie zasadnicza część, czyli biopsja jąder, mająca na celu pozyskanie od pacjenta spermatyd i – i to wszystko. – Pogładził ręką podbródek. – Nie licząc oczywiście wybudzenia. Jeśli pan sobie życzy.

- Oczywiście, że sobie życzę.

- Oczywiście. Dziękuję za herbatę. Co za paskudna pogoda! Ale okolica piękna, z tego co zdołałem zaobserwować w tych ciemnościach. – Rozmary Probost zarechotał, a rechot zamienił się w kaszel. Wstał, przeszedł się po kuchni, zajrzał do salonu, w którym panował nieprzenikniony mrok. – Piękny dom.

- Czy pacjent zauważy na sobie ślady zabiegu?

Probost popatrzył na swoje dłonie, podniósł wzrok na agenta.

- Sprawię, że nie.

Lekarz zajął pokój sąsiadujący z sypialnią Gluskapa i Tani albo Tess. Podczas gdy przygotowywał pomieszczenie do zabiegu, Tych Gier, przysiadłszy na skrzypiącym fotelu w korytarzu, próbował zebrać myśli w racjonalny plan działania. Przeszkadzał mu w tym powracający do głowy fragment piosenki zasłyszanej dziś rano. Gdy zapytał pochylonego nad płytami Fernanda, cóż to za pogodny utwór, ten mruknął nie podnosząc głowy: Stone the Crow, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku schodów. Teraz Tych Gier powstrzymywał się, by nie nucić porywającego motywu. Rozmary Probost budził w nim niepokój. Lekarz należał do ludzi, o których agent zwykł mówić, że mają wzrok świra i są kompletnie nieprzewidywalni, i z którymi unikał współdziałania. Spojrzenie w karty Hawańskiego Horoskopu jak zwykle nic nie dało. Tych Gierowi pozostało wierzyć, że jego współpracownik dobrze sprawdził Rozmary Probosta, i być czujnym. Zdawał sobie sprawę, że jutro, o ile oczywiście planowany zabieg się powiedzie, czeka go podjęcie trudnej decyzji: czy powierzyć doktorowi dziewczynę i pozwolić, by odtransportował ją do Pocahontas?.

Drzwi pokoju otworzyły się i stanął w nich doktor Probost, ubrany w strój operacyjny. Tych Gier pomyślał, że Stone the Crow nie jest właściwym utworem dla tej chwili; za to dźwięki Delirium Cordia odpowiadałyby nastrojowi. Wstał.

- Co teraz? – zapytał.

- Teraz pomoże mi pan przenieść pacjenta – odparł lekarz, krzyżując ramiona - a potem poczeka za drzwiami, jak przed chwilą. Reszta należy do mnie.

- Doskonale. Chodźmy. – Tych Gier podszedł do sypialni Gluskapa. Mając Probosta za sobą, po raz kolejny odrzucił myśl, że doktor i Fast Foot to ta sama osoba.

Słoneczny poranek następnego dnia zapowiadał poprawę pogody. Tuż przed świtem przestało padać. Las otaczający dom lśnił w słońcu.

Tych Gier zapukał do drzwi sypialni. Nikt nie odpowiedział, nacisnął klamkę.

- Dzień dobry – powiedział, gdy Tania albo Tess uniosła głowę.

- Co się stało? – zapytała dziewczyna. Tymczasem Gluskap przeciągnął się i jęknął.

- Wszystko w porządku – odpowiedział agent z uśmiechem. – Przyszedłem powiadomić was, że mamy gościa.

Tania albo Tess podciągnęła kołdrę pod brodę, na jej twarzy odmalował się dobrze już znany Tych Gierowi niepokój.

- Ależ fatalnie się czuję – westchnął Gluskap. – Niedobrze mi.

- Masz szczęście: gość, który czeka na dole jest lekarzem. Z pewnością zaradzi na twoje dolegliwości.

- Co tutaj robi? – zapytała dziewczyna.

Tych Gier popatrzył na ostatnie cygaro, które trzymał w dłoni. Powąchał.

- Nie zejdziecie na śniadanie? Zapraszam, na dole wszystkiego się dowiecie.

To powiedziawszy, wyszedł z pokoju, zamknął za sobą drzwi. Zmierzając korytarzem w kierunku schodów, uśmiechał się z zadowoleniem. Dziś Rozmary Probost wydawał mu się sympatyczniejszy od postaci, którą oceniał ubiegłej nocy. Tych Gier nie tracił jednak czujności; zdawał sobie bowiem sprawę, iż zmiana nastawienia do lekarza spowodowana była wiadomością, którą ten wczoraj mu obwieścił. Po zakończeniu zabiegu i zabezpieczeniu pobranego od Gluskapa materiału rozrodczego, doktor Probost zbadał jeszcze Tanię albo Tess. „Wygląda na to, że dziewczyna jest w ciąży.” – oświadczył. – Tych Gier był podekscytowany. – „Jest pan pewien?” – „O pewności nie może być mowy, trochę za wcześnie, by zawyrokować. Ale jest szansa.” „A więc jednak.” – pomyślał agent. Taki rozwój wydarzeń sprawił, że coraz bardziej skłaniał się ku zamiarowi jak najszybszego wyprawienia Tani albo Tess do Pocahontas, w towarzystwie Probosta. Lekarz co prawda nie wypytywał o dalszy plan działania, lecz Ron postanowił, iż jeszcze tego dnia podejmie w tej sprawie decyzję.

Zastał go w salonie, przeglądającego płyty.

- Wspaniała kolekcja! – zawołał doktor Probost. Od rana chodził w okularach z ciemnymi, okrągłymi szkłami.

Tych Gier usiadł na kanapie.

- Trzeba by tutaj spędzić pół roku, żeby wszystkiego dokładnie posłuchać – odparł.

Lekarz pokiwał głową.

- Wybrałem kilka płyt, można włączyć? Tylko… nie wiem, jak uruchomić to stare urządzenie.

- Pokażę panu.

Agent zbliżył się do odtwarzacza i włożył jeden z kompaktów wybranych przez doktora Probosta.

- Teraz wystarczy nacisnąć ten przycisk – wyjaśnił.

Nie zdążył jednak włączyć muzyki, bo na górze, na antresoli, rozległ się łomot. Tych Gier i doktor Probost jednocześnie odwrócili głowy w stronę, skąd nadbiegł hałas. Zobaczyli Fernanda Gluskapa, który, pochylony, uchwyciwszy się balustrady, zmierzał w kierunku schodów.

- Słabo mi – wymamrotał.

Doktor Probost pierwszy skoczył w jego kierunku.

- Spokojnie, spokojnie, pomogę panu. – Wspiąwszy się po stopniach, złapał Gluskapa w pasie. – Jestem lekarzem. Zejdźmy na dół, położy się pan.

Tych Gier podtrzymał Fernanda z drugiej strony i w trójkę dotarli do kanapy. Pobladły na twarzy Gluskap ułożył się na niej bez protestów.

- Będzie pan tak uprzejmy i przyniesie mi moją torbę z pokoju na górze? – zwrócił się do agenta Probost. – Zostanę przy pac… panu Gluskapie.

- Naturalnie.

Tych Gier wbiegł po schodach na piętro i skręcił w ciemny korytarz prowadzący do pokoi. Mijając łazienkę, usłyszał szum wody, więc uznał, że to Tania albo Tess bierze prysznic.

Gdy był już o krok od pokoju, który doktor Probost zajął w nocy, zabrzęczał komunikator. Agent westchnął, odebrał.

- To jest ukartowane – usłyszał szept swojego współpracownika w Sercu – Fast Foot już po mnie idzie, nie ucieknę… Za chwilę przybędzie do was...

- Co ty wygadujesz? – również szeptem odparł Tych Gier, rozejrzał się po korytarzu. – Jak może być u ciebie, a zaraz tutaj?...

- Doktor jest w zmowie, połączy się z nim... Pośpiesz się! Transmisja nastąpi za chwilę, transmisja Szybkiej Stopy… Radiowo, a potem za pomocą impulsów elektrycznych w ciało doktora… Pośpiesz się!

Agent zawrócił i ruszył biegiem. Będąc już na antresoli, jednym spojrzeniem ocenił sytuację: Fernand Gluskap wciąż spoczywał na kanapie, z przymkniętymi oczami; Rozmary Probost z uśmiechem rozmawiał z kimś za pomocą małego komunikatora, który przyłożył do twarzy; drugą ręką manipulował przy odtwarzaczu.

Tych Gier nie zatrzymując się, wielkim susem pokonał balustradę, poleciał na dół, gubiąc po drodze kapelusz. Huknął obcasami o podłogę, co sprawiło, że doktor Probost odwrócił się w jego kierunku. Agent, nie mogąc się już zatrzymać, przeturlał się po ziemi i z impetem wpadł na małego lekarza.

- Co pan wyprawia?! – wrzasnął Probost.

Tych Gier podniósł wzrok. Rozmary Probost leżał na plecach, u stóp fotela, lecz ręce miał puste. Agent rozejrzał się w poszukiwaniu komunikatora i – znalazł. Urządzenie, które lekarz najwidoczniej wypuścił z dłoni w chwili upadku, spoczywało na brzuchu Gluskapa. Nim Tych Gier zdążył cokolwiek zrobić, Fernand wziął komunikator do prawej ręki. W chwilę później, dokładnie w momencie, gdy z głośników popłynęła muzyka, jego ciałem wstrząsnął dreszcz, po czym podniósł się gwałtownie do pozycji siedzącej.

Rozejrzał się, zatrzymując wzrok kolejno na Tych Gierze i doktorze Proboscie. Nieprzytomne spojrzenie sprzed chwili znikło, zastąpione spojrzeniem bystrym i spokojnym, lodowatym.

Lekarz jęknął, zaczął się nieporadnie gramolić na fotel.

- Utwór - wyszeptał Gluskap - którego pierwsze dźwięki brzmią, Million Faces, to doskonały wybór. Pod koniec czwartej minuty usłyszymy wyborną kakofonię dźwięków, tworzących piękną kulminację, która urzeka mnie za każdym razem, niezmiennie.

Tych Gier wstał i zrobił krok ku schodom, Gluskap przeciął mu drogę. Stanęli naprzeciw siebie, w odległości może dwóch metrów, pochyleni, mierząc się spojrzeniami, jakby szykowali się do ataku.

- Mam zatem nie więcej niż cztery minuty – mówił dalej Fernand – by wykonać zadanie. Nie ukrywam, że będę najbardziej usatysfakcjonowany, jeśli dopadnę F. Gluskapa w chwili, gdy zabrzmi kulminacja…

Doktor Probost przełożył nogi przez oparcie fotela i postąpił w kierunku drzwi wyjściowych.

- Stój! – wrzasnął Gluskap zmienionym głosem, prawie falsetem. – Siadaj z powrotem!

Lekarz posłuchał.

- Przeczuwam, że będziesz mi potrzebny, bo wstąpiłem nie w to ciało, co trzeba.

Tych Gier, pilnując, by zachować dystans do Fernanda, zrobił kolejny krok. Schody były blisko.

- A domyślam się, że dżentelmen nazwiskiem Tych Gier – Gluskap powrócił do szeptu – Ron Tych Gier nie posłuży mi pomocą, nie odda swojej powłoki...

- Nie zamierzam, Fast Foot – odparł agent.

Na twarzy Gluskapa pojawił się grymas, który mógł oznaczać uśmiech.

- Wiem, że jesteś niezłomny, wiem. – Przymknął oczy, ze świstem wciągnął powietrze przez nos. – Czas ucieka… Chcę tylko F. Gluskapa… Bądź rozsądny, zostaw mi go, odejdź.

Tych Gier nie zastanawiał się ani przez chwilę. Wiedział, że konfrontacja z Szybką Stopą, jeśli to rzeczywiście był Szybka Stopa, może źle się dla niego skończyć, a przecież musiał przeżyć, żeby doprowadzić sprawy do końca. Gluskap… Poświęcenie go, choć przykre, zdawało się nieuchronne.

Skinął głową.

- Rób, co musisz robić – powiedział. – Ja zabiorę swoje bagaże i wyniosę się stąd.

- Dziękuję – wysyczał Gluskap. – Odejdź w stronę zachodzącego słońca.

- Pójdę z panem... – wyjąkał doktor Probost.

Fernand Gluskap odwrócił głowę i ruszył prosto na lekarza.

- Nic z tego.

Tych Gier nie czekał dłużej. Wbiegł na piętro, zajrzał do łazienki, Tani albo Tess nie było. Nie pukając, wszedł do sypialni, którą zajmowała z Gluskapem. Stała przy łóżku, w samej tylko bieliźnie.

- Ubieraj się szybko! – zażądał. – Za chwilę po ciebie wrócę, musimy uciekać! Musimy uciekać! – powtórzył, widząc, że dziewczyna otwiera usta. – Szybka Stopa jest tutaj.

Zostawiwszy Tanię albo Tess, pośpieszył do pokoju lekarza. Na stoliku przy oknie znalazł to, po co przyszedł: utrzymujący odpowiednią temperaturę wnętrza pojemnik ze spermatydami Gluskapa. Schował go pod poncho, do obszernej, zapinanej na guziki kieszeni, i wrócił po dziewczynę. Gdy był jeszcze na korytarzu, rozległ się krzyk doktora Probosta.

Tania albo Tess czekała ubrana.

- Co z Fernandem? – zapytała.

Tych Gier chwycił ją za rękę, nie pozwolił się wyswobodzić.

- Nie wiem, może mu się uda, ale musi liczyć tylko na siebie.

Nie opierała się bardzo, gdy wyprowadzał ją z pokoju. Tym razem z dołu dobiegł krzyk, a właściwie przeraźliwy wrzask Gluskapa.

- Musimy mu pomóc! – zawołała dziewczyna, rozdygotana.

- On musi liczyć tylko na siebie – powtórzył Tych Gier. Pociągnął ją korytarzem w stronę antresoli, zastanawiając się, co takiego dzieje się w salonie. Gestem nakazał Tani albo Tess pozostać u wylotu korytarza, wychylił głowę i… zadrżał. Odwrócił się do dziewczyny w chwili, gdy na dole rozbrzmiał kolejny krzyk, który już nie ustał, przemienił się w skowyt, błagalne zawodzenie, przeszywające jęki. Mieszały się z dźwiękami muzyki, piękną kakofonią dźwięków…

- Co się tam dzieje? Proszę cię…

Agent przyłożył dziewczynie palec do ust, zamilkła.

- Posłuchaj. Nie możemy zejść do salonu. Przedostaniemy się teraz na drugi koniec antresoli i dalej, korytarzem do okna, przy którym na zewnątrz jest drabinka. Zachowaj spokój, pod żadnym pozorem się nie odzywaj i nie patrz na dół. Ty wiesz najlepiej, że Fernand powinien przeżyć; to nie jest przecież dzień jego śmierci, prawda?

Objął ją w pasie.

- Ruszamy – szepnął. Ustawił się w ten sposób, żeby być między dziewczyną a balustradą. Nie udało mu się jednak powstrzymać Tani albo Tess przed spojrzeniem na salon. Gdy to zrobiła, natychmiast zasłonił jej usta dłonią i brutalnie pociągnął w stronę korytarza, a następnie w kierunku okna. Próbowała się wyrwać, ale nie miała szans. Wcześniej, gdy agent był w pokoju doktora Probosta, komunikatorem odblokował zewnętrzne rolety. Teraz trzeba było tylko otworzyć okno, lecz, aby to zrobić, musiał uwolnić dziewczynę z uścisku. Wybuchła tłumionym przez niego aż do tej chwili szlochem.

- On go… on go… - słowa więzły jej w gardle. Zachwiała się, Tych Gier uratował ją przed upadkiem.

- Chodźmy – powiedział spokojnie. – Chodźmy, bo inaczej czeka nas to samo.

Tania albo Tess, zgięta wpół, dostała torsji, jednak nie miała czym zwymiotować. Agent czekał cierpliwie, aż atak minie, niespokojnie zerkając w stronę antresoli. Jęki Gluskapa nagle urwały się.

- Chodźmy – powtórzył Tych Gier.

Dziewczyna pierwsza wyszła przez okno. Drabina prowadząca na dach nie sięgała co prawda samej ziemi, ale zeskok nie sprawił im większych trudności. Biegiem, trzymając się za ręce, przecięli ogród, wydostali się na ścieżkę.

- Tędy! – zakomenderował Tych Gier. Obejrzał się za siebie. Nikt za nimi nie podążał.

Po pół godzinie zwolnili. Zboczyli ze ścieżki, zagłębili się w las. Tych Gier torował drogę przez zarośla, Tania albo Tess nie ustępowała mu kroku. Słońce przebijało się przez zieleń, ogrzewając im twarze; ciepły dzień wzmagał pragnienie. Gdy minęło następne pół godziny Tania albo Tess poprosiła o odpoczynek. Znaleźli płytki strumień, który być może był odnogą Danzki; usiedli i zanurzyli stopy w chłodnej wodzie.

Parę chwil później ruszyli w dalszą drogę. Tania albo Tess nagle chwyciła Tych Giera za ramię.

- Cmentarz!

Agent spojrzał we wskazanym kierunku. Pomiędzy grupą drzew, pośród gęstych, wysokich chaszczy, majaczyły groby. Wiedział, czego pragnęła dziewczyna. Zrobiła krok. Zawahał się, czy na to pozwolić, lecz gdy postąpiła dalej, nie zatrzymał jej.

- Poczekam – powiedział. – Ale postaraj się nie za długo.

Rozejrzał się, nasłuchując. Nikt ich nie gonił. Ostrożnie podążył w ślad z dziewczyną.

3. Nocny kowboj

Kupiony w Czarnej Oazie nr 66 stary Subaru Legacy dał im schronienie przed deszczem. Bagażnik był zapełniony prowiantem; Tania albo Tess, oparłszy stopy na kokpicie, jadła sałatkę warzywną z sosem mingusowym. Szosa biegła przez jałową krainę, prosto, bez jednego zakrętu, aż po horyzont. Zbliżała się noc, a samochód zmierzał w objęcia burzy.

Ron Tych Gier, z nie zapalonym cygarem w ustach, układał sobie w myślach krótką opowieść dla dziewczyny. O tym, że dobrze wie, iż przybyła z przyszłości z określonym zamiarem, który udało się jej zrealizować. O tym, że mieli sporo szczęścia, iż Szybka Stopa pojawił się tak późno. O ile to był naprawdę on. Im dalej byli od domu, tym bardziej Ron wątpił.. Lecz przede wszystkim o tym, że twistroll, taniec Fernanda Gluskapa, zarówno prawdziwy, jak i ten zmieniony dzięki Tani albo Tess, nie ma większego znaczenia dla nadchodzących dni. Najważniejsze bowiem było to, iż ona, dziewczyna z przyszłości, przetrwała, i że prawdopodobnie już teraz, jeśli doktor Probost się nie pomylił, nosiła w sobie dziecko Gluskapa. Twistroll się nie liczył. Najważniejsze dla przyszłości było dziecko. Syn klona i kobiety z przyszłości, który zmieni oblicze świata.

Tych Gier sięgnął ręką do poncho, które leżało na tylnym siedzeniu, i z wewnętrznej kieszeni wydobył płytę, włożył do odtwarzacza.

- Skąd ją masz? – zapytała po chwili Tania albo Tess.

- Zabrałem z tamtego domu.

- Muzyka wydaje mi się znajoma…

- Słuchałem jej zwykle w nocy, gdy już spaliście. To ostatni utwór z płyty.

- Jak się nazywa?

- Midnight Cowboy. Wspaniały, prawda?

Tania albo Tess wzruszyła ramionami.

- Nie zatańczysz przy tym twistrolla.

– Z pewnością nie - przyznał Tych Gier. Wrócił do swoich myśli.

Najważniejsze było dziecko.

Lista utworów (kursywa), albumów, wykonawców (pogrubienie), wymienionych w opowiadaniu.

  1. All Along The Watchtower; Electric Ladyland; Jimi Hendrix

  2. Talking Heads: 77; Talking Heads

  3. Mr. Bungle

  4. The Clash

  5. Sonic Youth

  6. London Calling ; The Clash

  7. None Of Them Knew They Were Robots; California; Mr. Bungle

  8. Retrovertigo; California; Mr. Bungle

  9. Ritual De Lo Habitual; Jane’s Addiction

  10. Sketches For My Sweetheart The Drunk; Jeff Buckley

  11. Curtis; Curtis Mayfield

  12. (Don’t Worry) If There’s Hell Below We’re All Going To Go; Curtis; Curtis Mayfield

  13. The Other Side Of Town; Curtis; Curtis Mayfield

  14. Move On Up; Curtis; Curtis Mayfield

  15. Bless The Weather; John Martyn

  16. Nothing’s Shocking; Jane’s Addiction

  17. Mommy, What’s A Funkadelic; Funkadelic; Funkadelic

  18. Pornography; The Cure

  19. Cold; Pornography; The Cure

  20. Turn Out The Light; The Music; The Music

  21. Fragment tekstu z utworu Man Of Golden Words; Apple; Mother Love Bone

  22. Ch-Check Your Head; To The 5 Boroughs; Beastie Boys

  23. Like A Hurricane; Live Rust; Neil Young

  24. Hey, hey, My, My (Into The Black); Live Rust; Neil Young

  25. Soul of Things; Tomasz Stańko

  26. Burn The Witch; Lullabies To Paralyze; Queens Of The Stone Age

  27. Stone The Crow; NOLA; Down

  28. Delirium Cordia; Fantômas

  29. Million Faces; Pig Inside The Gentleman; Contemporary Noise Quintet

  30. Midnight Cowboy; Angel Dust; Faith No More

© 2010 Lech Głowacki

mroczna.art.pl > Rękopisy > Twistroll > Dom (część 2)

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput