Z cyklu „Twistroll”:
Fernand Gluskap obudził się pewnego dnia z myślą, by zatańczyć twista. Albo rock and rolla w wersji sport.
Prześladują mnie wspomnienia, które nie są moją własnością. Udają, że tak jest. Coraz częściej ujawniają się w głowie, nagle, bez uprzedzenia; jak podmuch wiatru w trakcie spokojnego dnia albo jak sznur samochodów, które wyłoniły się zza kolejnego zakrętu. Prześladują — złe słowo. Większość wspomnień jest nawet miłych, a przynajmniej zwyczajnych; rzadko zdarzają się koszmary lub coś podobnego. Rzecz w tym, że, jak powiedziałem, udają, że są moje, a przez to wywołują nostalgię za przeszłością, której przecież nie mam. Oni uznali, że przyczyną zjawiska jest naturalna reakcja umysłu, dla którego wspomnienia są niezbędne jak minerały w organizmie; więc w moim przypadku wymyśla je, przetwarzając memetyczne zasoby. Może i tak, choć analogia do zapotrzebowania na minerały wydaje mi się naciągana.
Interesujące. — powiedział kiedyś Kudpas Pawłow. — Budzić się co rano z myślą: co przyniesie dzień i co przyniosą wspomnienia? Totalna niewiadoma.
Nie moje wspomnienia. — zauważyłem. — A poza tym, najczęściej wiem, co przyniesie mi kolejny dzień, żadnych niespodzianek.
Kudpas skrzywił się, ale raczej z powodu przełkniętej kolejki whisky. Kolega z Instytutu, jedyny człowiek, z którym od czasu do czasu ucinałem sobie pogawędki, składające się z długich chwil milczenia, przerywanych oszczędnymi uwagami.
Jakby się zastanowić, z samej definicji wspomnienia wynika, że należy do tego, u kogo się wykluło. — kontynuował. — Jest jego własnością; inaczej nie byłoby wspomnieniem.
Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po sok ze świeżych marchwi. W owym czasie starałem się nie nadużywać alkoholu.
Co za różnica, czy przeżyłeś to kiedyś naprawdę, czy nie. Ważne, że masz wspomnienia. I że, jak sam mówisz, układają się w całkiem spójną całość. — Stuknęliśmy się szklaneczkami, a Kudpas wycelował we mnie palec. — Najlepsze w życiu są wspomnienia.
Nie dokładając specjalnych starań, w pewnym momencie — prawdziwym kiedyś — zacząłem traktować obce obrazy w mojej głowie jak własne. Jak wspomnienia właśnie. Z czasem przywykłem do nich. Teraz jednak — dzisiaj — mam mętlik w głowie.
Nie przyznałem się prawnikowi, który mnie odwiedził, kim naprawdę jestem.
Jest pan pewien, że spadek dotyczy mojej osoby, może to pomyłka? — zapytałem ostrożnie.
O pomyłce nie może być mowy. — oświadczył młody mężczyzna w peruce na głowie. — Na tym papirusie znajdzie pan całą dokumentację, z której wprost wynika, że jest pan jedynym spadkobiercą swojego ojca. — Wręczył mi kartę. — Papirus zawiera również klucz do domu, nie jest imienny. Proszę nie zgubić, to jedyny egzemplarz.
Siedzę w fotelu z filiżanką herbaty. Przede mną, na podłodze stoi otwarty kufer pełen archaicznych nośników danych, zwanych kompaktami. Należały do człowieka, który według dokumentów zapisanych na papirusie był moim ojcem. To tylko część dużej kolekcji, którą odkryłem w domu położonym w Lasach, pięćset kilometrów od Serca. Pochodziła podobno z przełomu XX i XXI wieku, a do leśnej siedziby przywiózł ją budowniczy domu, czyli mój dziadek. Najlepiej od razu przekazać kolekcję do zakładu przetwarzania odpadów, jest bezużyteczna. — podpowiedział prawnik. — Zrobimy to za pana, proszę się nie kłopotać drobiazgami. Odruchowo przytaknąłem, a potem musiałem się niemało natrudzić, żeby przekonać przedstawicieli firmy SHARK do pozostawienia płyt, tym bardziej, że prawnik zapłacił im z góry. W domu odkryłem również dwa stare urządzenia służące do odtwarzania kompaktów. Po raz pierwszy, jak tylko wściekłe rekiny odleciały pustym transporterem, włączyłem urządzenie stojące w salonie, przy kominku. Działało. Wybrałem na chybił trafił płytę. Z głośników popłynęło „All Along The Watchtower”.
Ojciec, dziadek — obce mi słowa. Obce postacie. Jak dotąd nie pojawiały się we wspomnieniach.
Mniejszy odtwarzacz stoi teraz na komodzie w moim habitacie, cicho gra muzyka, jeden z wielu albumów, których słucham od kilku miesięcy. Do domu w Lasach na razie nie wracam. Podobno gdzieś po drugiej stronie rzeki znajduje się mały cmentarz, na którym spoczywa również mój ojciec. Procedura spadkowa przewidywała badania DNA, jednak kancelarie prawne, mimo iż powinny, nie zlecały badań z własnej inicjatywy, by nie ponosić dodatkowych kosztów. Choć byłem świadomy swoich praw, nie naciskany przez prawnika, nie zażądałem odszukania grobów i przeprowadzenia ekshumacji. Chyba nigdy tego nie zrobię w obawie, że wyniki badań potwierdzą prawdę o mnie. Jednak myśl o ojcu, podobnie jak wspomnienia, stała się przyjemna; przyjemnie z nią żyć. I ta muzyka. Jak to możliwe, że została zapomniana?
Już dawno minęła północ. Tylko na chwilę wychodzę do kuchni, by zaparzyć sobie kolejną herbatę. Kusi mnie kawa. Mała czarna kawa, której smak jest bliski wyobrażeniu o tym, jak powinna smakować — na tym polega urok picia espresso.
Następnego dnia rano Darth ogłasza wiadomości poranne:
Koniec lata; jednak słońce wzeszło prawdziwie kalifornijskie, niebo jest błękitne, zalecany czas pracy: dwie do trzech godzin.
Darth jak zwykle fantazjuje, zupełnie jakby był zaprogramowany na prowokowanie rozmowy. Ale to tylko niedoskonałość systemu. Przeżuwając zastanawiam się, czy zadać mu pytanie o definicję kalifornijskiego słońca, czy, od biedy, o sposób, w jaki wyliczył mi czas pracy. Darth mnie uprzedza:
— Parkę klonów z projektu Viscera XIII znalazł w swoim domu w sypialni Barnaba Echelberg. Śpiące klony udało się złapać i żywe przewieźć do Instytutu Yokoulis.
Odkładam nadgryzioną kanapkę; właśnie odechciało mi się jeść i wyruszyć się do pracy — do Instytutu.
— Do diabła z tobą, Darth!
Wychodzę. Szeroka parkowa aleja wiedzie lekką pochyłością, w dół, prosto do kompleksu białych budynków. Spacer zajmuje mi nie więcej niż dziesięć minut. Mijam grupę znudzonych demon-strantów, przechadzających się leniwie wokół typfonowej fontanny. Tym razem przybyli — jak można się było spodziewać — żółto-pomarańczowi, czyli proklonowcy. Przed oszklonymi drzwiami po raz kolejny uświadamiam sobie swoją niechęć do oczekujących mnie białych pokoi, sterylnych przyrządów i nieposzlakowanych idei, rzucam ostatnie spojrzenie na biały żwir alei, błyszczący w słońcu, i postępuję naprzód.
Spoglądam na lustro weneckie, zapełnione wierszami danych. Ciekawe, że do produkcji takiego lustra wykorzystuje się identyczny materiał, jak do wytworzenia plazmitrowów — przezroczystych rur, w których przechowuje się prochy ludzi. Za mną stoi, dysząc mi w potylicę perfumowanym oddechem, potężna Dotty Capiewski, wieczna doktorantka: ciemne wełniste włosy, karminowa szminka, nie tylko na ustach, mnóstwo — za dużo — lśniących zębów.
— Co by pocieszyć — mówi Dotty — gdyby miały przetrwać, profesor z pewnością mnie powierzyłby prowadzenie developu, psia twoja mać. Byś sobie nie poradził, panie Gluskap.
— Z pewnością — przytakuję, nie odrywając wzroku od lustra.
Schwytane klony mają trzy i cztery lata. Chłopiec i dziewczynka. Przyglądają się wszystkiemu uważnie, w milczeniu tymi zbyt dużymi oczami. Nie przemieszczają się jednak, tkwią nieruchomo pośrodku pustego pokoju.
Zbyt duże oczy. Chłód w spojrzeniu.
— Ta plama na podłodze?
— Samiec zsikał się, gdy pobierałam mu krew. Panie Fernand…
Ostrożnie zerkam w stronę Dotty, gotując się na przyjęcie kolejnej fali przesłodzonego zapachu.
— Powiadają, że Y-komputer coraz częściej zatrzymuje cię za brak higieny, panie Fernand. — Dotty uśmiecha się, prezentując swoje uzębienie, dolną i górną szczękę, między którymi ukazuje się co i rusz mięsisty język. — Sama widziałam te, psia twoja mać, plamy potu w okolicach, hmm, pod pachami. Dobrze ci radzę, panie Gluskap…
— Kiedy zostaną poddane utylizacji? — przerywam jej uprzejmym tonem.
Dotty Capiewski, wyraźnie rozczarowana, że nie podjąłem tematu, przenosi wzrok na lustro weneckie. Klony trwają w swej katatonii.
— Za pięć dni, o ile profesor nie postanowi inaczej — odpowiada doktorantka, przez „inaczej” rozumiejąc zapewne powierzenie jej developu. Potem wychodzi.
Odprowadzam ją wzrokiem. Dotty lubi koloryzować. Z pewnością już w chwili umieszczania klonów w Instytucie wpłynął do profesora Abokova dezyderat SEN, by je natychmiast zutylizować, a następnie przekazać mediom informację, iż „nie przetrwały”. Taki rytuał, bo i media, i publika wiedzą o utylizacjach, i je akceptują. Z drugiej strony Abokov, choć oddany SEN, miewa odwagę postępować wbrew — jeśli leży to w interesie Instytutu. Abokov jest zwolennikiem developów, których nienawidzę. Marzę, by wieść od Dotty o utylizacji była prawdziwa. By męczarnia klonów skończyła się jak najszybciej.
Koniec pracy.
Zawartość płyt kompaktowych, które nieoczekiwanie stały się moją własnością, najpierw mnie zaskoczyła. Z głośników płynęły dźwięki, jakich wcześniej nie znałem. Muzyka. Nie miałem pojęcia, że kiedyś muzyka była tak odmienna od obecnej. Jakby miała inną definicję. Zaskoczenie szybko zmieniło się w fascynację. Nie mogę przestać słuchać. Każda chwila w Instytucie bez muzyki jest udręką.
Popołudnie. Słońce wciąż przyjemnie grzeje; być może rzeczywiście jak kalifornijskie. Siedzę w ulubionej restauracji, w pośpiechu kończę posiłek. Popijam wodę. W moim lewym uchu tkwi skryta mała słuchawka; w słuchawce cisza, choć spodziewałem się usłyszeć utwory z „Talking Heads: 77”. W habitacie naprzeciwko komody stoi nadajnik z mikrofonem, który miał przekazywać do słuchawki muzykę włączoną przeze mnie przed wyjściem. Cisza. Nie rozgryzłem jeszcze do końca starego odtwarzacza; może coś źle ustawiłem, może nie zadział przycisk ciągłego odtwarzania i płyta się po prostu skończyła? Darth mi nie pomoże. Zresztą nie mam zamiaru integrować z nim odtwarzacza. Popijam wodę; wychodzę.
Kim był mój dziadek? — zapytałem prawnika, gdy lecieliśmy do domu w Lasach.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
Myślałem, że pan wie. Pański dziadek był słynnym football player. Wielki Dobromir Gluskap.
Trudno, żebym pamiętał wszystko z okresu, gdy byłem małym dzieckiem. — odpowiedziałem pośpiesznie. — A ojciec zbyt wiele o dziadku nie opowiadał.
Prawnik się uśmiechnął.
Zamknięty w sobie, jak prawdziwy oficer.
Oficer. Na papirusie znalazłem później krótką wzmiankę na ten temat:
Siły Powietrzne. Centrum Dowodzenia i Naprowadzania. Major.
Tylko tyle. Przestałem się tym zajmować; wolałem nie szukać zbyt dociekliwie z tego samego powodu, z jakiego nie dopomniałem się o przeprowadzenie ekshumacji i badań DNA spadkodawcy.
W kuchni zaparzam czarną herbatę; przygotowuję caprese: odrobina oliwy, bazylia, doprawiam pieprzem. Jest już noc; od dobrych kilku godzin przesłuchuję wybrane albumy kolejnych zespołów. Zwróciłem uwagę na Mr. Bungle, a wcześniej The Clash i Sonic Youth. Przeszukuję websferę, zagłębiam się w informacje o ludziach i ich twórczości; przyglądam się twarzom, czytam, co mówili dawno temu i odnotowuję słowo, które pojawia się najczęściej, wyraz wspólny tym wszystkim twórcom. Jest nim nieznana mi wcześniej nazwa gatunku: rock.
Czytam i słucham aż po świt. Nad ranem zasypiam.
Trzy i pół dnia później dzwoni Kudpas.
— Co się z panem dzieje? — pyta bez wstępów.
— Dzień dobry — odpowiadam, odnotowawszy, że zwrócił się do mnie per „pan”. — Żyję.
— Nie przychodzi pan do pracy; Y-komputer zaczyna plotkować.
— Jak by się zastanowić — to pocieszające, iż maszyna, nie człowiek, jest największym plotkarzem w Instytucie. Albo raczej plotkarą — dodaję, mając na myśli ostatnią twarz Igreka, zainstalowaną zgodnie z wolą respondentów. Twarz Marilyn Monroe. — Może nowy wizerunek tak na niego wpływa!
Dowcip jakoś nie rozbawił Kudpasa.
— Wskazane jest, by się pan jutro pojawił w Instytucie.
— Tylko dlatego do mnie dzwonisz? Żeby przypomnieć mi, że mam się stawić do pracy? I daj wreszcie spokój z tym „pan”.
— Nie, nie dlatego, wspomniałem przy okazji — odpowiada Kudpas, a ponury wyraz na jego twarzy znika.
— Póki co gadamy o „przy okazji”. Co z meritum?
— Wpadniesz do mnie dziś wieczorem? Będzie sporo gości.
Udaję, że się zastanawiam. Nie przepadam za spotkaniami u Pawłowa, na które przychodzą tłumy obcych. Jednak najczęściej przychodzę, ponieważ nie potrafię mu odmówić.
— Tak, będę.
Przybywam najpóźniej, jak to możliwe. Wyposażony w komunikator, który ma chronić mnie przed uszkodzeniem słuchu, a także służyć do porozumiewania się, przecinam ogród z basenem i sztuczną falą do surfingu, mijam grupki osób rozstawione jak przeszkody. Po posiadłości przetacza się dudnienie: basowe potężne kompozycje dobywają się z licznych małych głośników, sprytnie poukrywanych wśród kwietnych klombów, geometrycznych rzeźb, w cieniu gzymsów, i cholera wie, gdzie jeszcze. Przestępuję próg willi. Wewnątrz mnóstwo gości, trudno się przecisnąć; głośniej niż w ogrodzie, bez komunikatora nie dałoby się wytrzymać. Dzielnie przedzieram się ku barowi, którego kontuar, zbudowany na planie okręgu, stoi w centrum sali. Spodziewam się zastać tam gospodarza, Kudpasa: pokażę mu się, zjem, wypiję i wrócę do domu. Taki jest plan. Dotarłszy, zamawiam wodę mineralną z wiśniowymi pasemkami. Nigdzie nie widzę Pawłowa, więc próbuję za pomocą komunikatora: wchodzę na chat Willa Gertruda, sprawdzam czy prywatny v-pokój Kudpasa jest aktywny. Na przyklejonym do twarzy okularze pojawia się potwierdzenie. — Cześć, Kud — mówię do mikrofonu. Brak odpowiedzi. — Cześć, Kud; tu Gluskap, jesteś? — Jest, gdzieś jest; ale z pewnością zajęty pogawędką z jedną ze swych przyjaciółek. — Jak znajdziesz chwilę, tkwię przy barze. — Opadam na pobliską sofę, gdzie akurat zwolniło się miejsce. Obok mnie dwie półnagie dziewczyny oglądają z bliska swoje ciała, centymetr po centymetrze. Mają ładne peruki. Sącząc wodę myślę o tym, jak chętnie napiłbym się wódki. Odurzył na chwilę. Tłum gości faluje, co chwila ktoś mnie potrąca; jakiś żartowniś przypięty szelkami do liny zawieszonej u sufitu klepie mnie w potylicę; dziewczyny poczynają sobie coraz śmielej, zrzuciły ubrania, zdjęły gogle, pozostając tylko w nausznikach. Po chwili rozkładają się bezceremonialnie na całej długości sofy, z nogami na moich kolanach. Jedna ma na łopatce tatuaż przedstawiający wielkiego smoka. Ostatnio pokusiłem się o zainstalowanie nowych aplikacji w komunikatorze, i dzięki nim mogę teraz obserwować, jak smok kołysze się nad głową właścicielki, powolnie rozkłada i składa skrzydła, łypie na mnie okiem. Biorę ostatni łyk wody, wyrzucam szklankę do stojącej przy sofie niszczarki. Zastanawiam się, czy iść po następną, ryzykując utratę miejsca, czy czekać tu na Pawłowa. Wybieram to drugie, i tak mija prawie pół godziny. Dwie dziewczyny się uspokoiły; być może nawet drzemią. Wreszcie jest odpowiedź od Kudpasa, w formie tekstu na okularze: — Cześć, Fern, cieszę się, że przyszedłeś. Teraz nie mogę, rozumiesz? Potem cię znajdę! — Jasne — odpowiadam. Nie spodziewając się prędkiego nadejścia gospodarza, a właściwie nie spodziewając się go wcale, włączam „LondonCalling”, który udało mi się zapisać w komunikatorze — zamykam oczy. Po chwili w umyśle rodzi się wspomnienie. Upał, słońce rozlało się na niebie, tak że jest prawie biało na świecie. W krótkich spodenkach i sandałkach idę nad staw, który jest otoczony trzcinami, obok moja młodsza siostra. Prowadzi nas ciocia, ale właśnie jakiś młody chłopak, dużo jednak starszy ode mnie, zagadnął ją z uśmiechem. Jest z nią na ty, ciotka odpowiada mu uśmiechem, mam ochotę mu przyłożyć, kopnąć go w kostkę. Moja siostra nie odzywa się, jest za mała, by cokolwiek rozumieć, taka kruszyna. Na szczęście, jak wrócimy do domu, tam już będą czekały pyszności zrobione przez babcię. Pyszności — jakie to były pyszności?…
Zrywam się, toruję sobie drogę do baru. — Wodę mineralną. Albo nie, podwójną whisky. Pociągam dwa łyki, odstawiam szklankę. Chwila namysłu; kolejny, duży łyk. Wytarłszy usta, ruszam w głąb domu, w kierunku pokoju na piętrze, gdzie, znajduje się centrum dowodzenia, wyposażone w maszynę zaprogramowaną na generowanie otaczającego mnie hałasu. W pokoju nie ma nikogo. Pamiętam, że urządzenie nie obsługuje transferu na odległość, więc podłączam do niego komunikator. Trochę czasu zajmuje mi przekopiowanie utworów i przeprogramowanie maszyny. Wciskam play. Basowa pulsacja cichnie, ustępując miejsca pierwszym dźwiękom „LondonCalling”. Wychodzę; z antresoli obserwuję zachowanie tłumu. Powoli przestaje falować, ludzie, jak wyrwani z transu, prostują się, rozglądają. Przełączam komunikator na publiczny v-pokój, z gwaru rozmów, z bełkotu próbuję wychwycić pojedyncze wypowiedzi. Bezskutecznie. Co poniektórzy tańczą, ale być może dlatego, że, zbyt pijani, nie zorientowani, co się dzieje. Jednak większość gości zauważyła zmianę; stoją wodząc okularami po sali. Ktoś szarpie mnie za rękę. — Cześć, Kud. — uśmiecham się — wreszcie jesteś. — Ty to włączyłeś? — pyta Kudpas. — Świetne, co? Nazywają się The Clash. — Ty to włączyłeś? — pyta po raz drugi. Widzę, że jest wściekły. — Tak, ja. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać, wiesz. — Powariowałeś? — syczy w moich nausznikach. — Odbiło ci? Odbiło ci, pytam się! — Uspokój się, Kud. Posłuchaj tylko, jak grają. Taka odmiana się przyda. Te basowe kawałki są cokolwiek nużące. — Gówno się przyda! — wrzeszczy Kud. Robię zaskoczoną minę, nie podejrzewałem, że aż tak się rozzłości. — Kto ci dał prawo? Kto ci dał prawo? — Ok, przepraszam cię, zaraz z powrotem puszczę, co było. Liczyłem, że się wam spodoba — dodaję. — Zostaw, kurwa! I nie wchodź więcej do tego pokoju! Wynoś się, wracaj do siebie! Przeliczyłeś się, nudziarzu, pieprzony klonie! — Głos Pawłowa przechodzi w szept. — Jesteś tylko klonem. Wynoś się. — Kudpas czeka nieruchomo, a ja odnotowuję sporą listę gości w jego v-pokoju, co oznacza, że mogli śledzić przebieg naszej rozmowy. Ruszam do wyjścia. W chwilę potem na nowo rozbrzmiewają basy, a ludzie, jakby pociągnięci niewidzialnymi sznurkami, zrywają się do rytmicznego podrygiwania. Kolejna fala wypycha mnie do ogrodu, potykam się, ktoś podtrzymuje mnie za rękę — dziewczyna. — Widzę, że potrzebujesz opieki — mówi. — Chcesz, to pójdę z tobą. — Wysoka, zgrabna. Zdejmuję jej okulary, by dokładniej przyjrzeć się twarzy. Dziewczyna się śmieje. — Zabierzesz mnie? — Zaciskam dłoń na jej delikatnych palcach. — Chodźmy.
Następnego dnia budzę się z myślą, by zatańczyć twista. Albo rock and rolla w wersji sport. Myśl przyszła nagle, zanim otworzyłem oczy. Sen? Nie pamiętam, by cokolwiek mi się śniło, spałem spokojnie i twardo. Dłonią przyłożoną do piersi sprawdzam rytm bicia serca; nie czuję ani duszności, ani uścisku na lewo od mostka, więc wygląda na to, że odrobina whisky u Pawłowa, w połączeniu z seksem w nocy, jednak mi nie zaszkodziła, co tylko potwierdza zdanie lekarzy na ten temat. „Niech nie uśpi to mojej czujności; niech nie zabije silnej woli. Lepiej nie sięgać po kolejną odrobinę.”
Obok mnie, zwrócona tyłem, śpi poznana wczoraj dziewczyna o pięknym ciele koloru brąz Madagaskaru. Krótko rozważam, czy by nie przytulić się do niej, nie posiąść znowu, lecz potrzeba zatańczenia nie daje mi spokoju. Wstaję energicznie i maszeruję do łazienki.
Wiadomości poranne:
Koniec lata; słońce wzeszło prawdziwie kalifornijskie, niebo jest błękitne, zalecany czas pracy: dwie do trzech godzin.
Opieram się rękoma o brzeg umywalki, spoglądam w lustro.
„Taniec, to dobre!. Jak się tańczy twista?”
Jedną ręką nabieram wody, ochlapuję twarz, naciągam skórę na policzkach i pod oczami.
Zawstydzony, lekko kucam i zaczynam poruszać prawą nogą: szuram bosą stopą, jakbym przydeptywał papierosa. Raz, drugi; za trzecim razem dodaję ruch głowy — kiwanie jej na prawo i lewo, które wydaje się naturalne w połączeniu z „przydeptywaniem papierosa”. Uśmiecham się z zadowoleniem. Przykucam znowu, by tym razem wypróbować lewą nogę. Ulga, bo wychodzi nie gorzej.
W umyśle pobrzmiewa mi jeszcze „None Of Them Knew They Were Robots”, który ubiegłej nocy wprawił dziewczynę w zdumienie… i ekstazę. Odtwarzało się w kółko; dopiero, gdy osiągnąłem spełnienie, zmieniłem utwór na „Retrovertigo”, teatralnie szepnąłem do ucha dziewczyny truth is a ruin i — zasnąłem.
Wrzucam do buzi kostkę do mycia zębów i wracam do sypialni, co parę kroków kucając i wykonując „przydeptywanie papierosa”, na zmianę prawą i lewą stopą, i rytmicznie kiwając głową, śmieję się w głos. Nie przerywając tańca, wpatruję się z przyjemnością w śpiącą dziewczynę, śliczny brąz na tle białego prześcieradła. Zapamiętuję się w radosnym podrygiwaniu, piana wycieka mi z kącików ust na brodę; czuję, że muszę dodać jakiś ruch rąk, więc skupiam się, uważnie obserwuję pstryknięcia palcami. Od dawna nic tak mnie nie zaabsorbowało, jak pragnienie zatańczenia twista tudzież rock and rolla. Drepczę niezmordowanie po sypialni, a porcja miętowej piany kollapsuje spiralnie na podłogę, wbrew Regułom Ochrony Kodu. Nabieram przekonania, że gesty, które sprawiają mi tyle radości, są gestami podstawowymi w całej gamie ruchów i figur, czekających na odkrycie.
Nie zauważyłem, jak dziewczyna się obudziła. Dopiero jej śmiech sprawia, że podnoszę wzrok. Śmieje się uroczo, a jej dłonie miętoszą prześcieradło.
— Śmiało! Odwagi! — woła, tak samo jak w nocy, i klaszcze.
Spluwam resztką pasty do zębów i tańczę dalej, ze zdwojoną energią. Moja widownia klaszcze, piersi dziewczyny podskakują, gdy ona podryguje na łóżku; wreszcie nie wytrzymuje, zrywa się na nogi, przyskakuje do mnie i zaczyna naśladować.
W trakcie śniadania postanowiłem, że pokażę się w Instytucie.
Słoneczna pogoda, chrzęst żwiru pod stopami zachęcają mnie do wirowania. Owego dnia po raz pierwszy żałuję, że mam tak blisko do pracy. W regularnych odstępach czasu wykrzykuję niezbyt głośno, lecz za każdym kolejnym razem coraz śmielej — krótkie „Ha!” Minąwszy pierwsze drzwi, wsuwam głowę do obszernego, sztywnego rękawa, w którym każdy wchodzący do kompleksu musi spojrzeć w skaner Y-komputera, w twarz Marilyn.
Wysiadam z windy i natychmiast słyszę: Fernand Gluskap proszony o natychmiastowe stawienie się w gabinecie profesora Abokova!
Uśmiech znika mi z twarzy. Rozglądam się po pustym białym korytarzu. Panuje absolutna cisza, ale wiem, że jeśli będę zbyt długo zwlekał, komunikat zabrzmi ponownie. Jest tylko jeden sposób, by zresetować wezwanie.
Profesor Abokov wita mnie ponurym spojrzeniem, po czym wstaje zza biurka i skrywa się za stojącą przy regale lampą z kryształowych embrionów. Udaje mi się milczeć w przeciągającej się chwili pełnej napięcia. Ciszę przerywa Abokov:
— Co się z panem dzieje, doktorze…? Nie myślałem, że kiedykolwiek zadam panu podobne pytanie.
— Wszystko w porządku. — Nie dodaję: „profesorze”. — Nigdy nie czułem się lepiej.
Abokov wychyla się zza lampy. Na jego bladej, oślizłej twarzy maluje się wściekłość. Jest rybą, która mnie za chwilę połknie.
— Zaczynam żałować, że przyjąłem pana na mój wydział! — wrzeszczy. — Taki obiecujący, taki obiecujący… — Chowa się z powrotem za kryształkami.
Tym razem, w ciszy jaka zapanowała w gabinecie, zaczynam się denerwować. Przesadziłem. — myślę. — Zastanawiam się, jak wybrnąć z dyskomfortowej sytuacji, co powiedzieć, by wydostać się czym prędzej na korytarz. Jak ja go nienawidzę.
Abokov przemawia ponownie, lecz tym razem cicho, jadowicie:
— Rozważam, czy by nie powierzyć panu developu klonów, doktorze, ale ostatnio zaniedbuje pan pracę… Y-komputer przebąkuje coś o rosnącym prawdopodobieństwie dezynwoltury. W ostatnim sonecie nadmienił o jakiś ekscesach z pana udziałem w Willi Gertrudzie… Niepoprawny plotkarz.
Donosiciel, kurwa. — mam ochotę wykrzyczeć. — Denuncjator, który swoją niecność ubiera w formę tetrastychów i tercyn… A ty jesteś przekonany, że nie marzę o niczym innym tylko o developie.
— Myślałem, że panna Capiewski ma zająć się developem — mówię.
— Ona się nie nadaje.
Nie wierzę ci, sukinsynu.
— Jutro klony zostaną zutylizowane. No, chyba że pan się nimi zajmie. Oczywiście pod warunkiem, że zrobi najpierw porządek w swoim życiu, jak przystało na kogoś, komu praca naukowa była pisana od początku. Taak. — Ryba znów wychyla się zza kryształowej lampy z otwartym pyszczkiem, z półuśmiechem. — Co pan na to, doktorze? Przyjmuje pan propozycję?
Wpatruję się w przełożonego. Odmów. Powiedz po prostu: Nie, dziękuję. Nic więcej, nie tłumacz się. Odmów i wyjdź.
— Nie wyobrażam sobie, by kto inny miał zająć się developem — mówi Abokov. — I sądzę, że to może być dla pana jedyny… ratunek.
Nie, dziękuję. — odpowiadam bezgłośnie; w rzeczywistości: — Dziękuję, profesorze. Dziękuję za tę szansę. Zrobię co w mojej…
— Jest pan stworzony do pracy naukowej — mówią mi kryształowe embriony. — Nie ma dla pana innej drogi.
— Moja matka twierdziła, że w dzieciństwie marzyłem, by zostać footballplayer — odpowiadam łamiącym się głosem.
Abokov wybucha śmiechem. Śmiejąc się, zasiada na krześle, za biurkiem.
— Wyborny żart, doktorze! Naprawdę. Co to ja… Naprawdę!
Po dobrych dwóch i pół godzinach wprowadzania rutynowych algorytmów testujących, zinterpretowanego przez Y-komputer jako przygotowanie do developu, zaszywam się w restauracji położonej w Czwartej Wenecji. Serwowane tutaj potrawy należą do tych nielicznych wolnych wyborów (freels), które wzbudzają we mnie szczery podziw. Mam szczęście, bo wolny jest mój ulubiony stolik: stojący samotnie, na małym ukwieconym balkonie. Darth kilkakrotnie próbuje się ze mną skontaktować — ignoruję. Czekając na sardynki z jabłkami, skupiam się na dźwiękach „Ritual De Lo Habitual”; drażnią mnie, a jednocześnie pociągają, nie chcę, nie potrafię przestać, choć słuchanie piosenek zapisanych na komunikatorze nie jest tak przyjemne, jak ze starego odtwarzacza. Dziwne; jednak to prawda. Gdy kelner przynosi wodę mineralną, wyciągam słuchawki z uszu i mówię:
— Zmieniłem zdanie. Oprócz wody chciałbym napić się jeszcze wina.
— Jakie wino pan sobie życzy?
— Proszę zaproponować.
— Do sardynek z jabłkami wybrałbym calvados, lecz jeśli obstaje pan przy winie, niech wolno mi będzie polecić Sen Tezeusza o Ariadnie.
— Zatem poproszę lampkę Snu.
— Służę.
— Jeszcze jedno… Czy macie papierosy albo cygara?
— Przykro mi, nie mamy.
— Mimo to, niech pan sprawdzi. Może coś się znajdzie.
— Służę.
Chwilę później szef lokalu pojawia się przy moim stoliku z butelką i kieliszkiem.
— Dzień dobry! Jak mogę szanownemu panu służyć? — pyta nalewając wina.
— Dzień dobry. Dziękuję, już zamówiłem.
— Naturalnie, sardynki z jabłkami, bez deseru. Wkrótce. Hmm… — Szef kuchni ścisza głos, przez co wydaje mi się jeszcze niższy, niż jest w istocie. — Jednak te papierosy…
— Albo cygaro. Szczerze mówiąc wolałbym cygaro.
— Kłopot w tym… Kłopot w tym, że papierosy i cygara nie znajdują się na naszej liście freels.
— Ach tak… Jest pan pewien? — pytam, choć przecież doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
— Mogę wyrecytować panu całą listę do piątego poziomu grupowania.
— Nie trzeba, z pewnością ma pan rację. Czy wobec tego znajdę w innej restauracji?
— Obawiam się, że na terenie Serca — nigdzie.
— No tak. Naturalnie. Proszę wybaczyć. Więc…
— Słucham uprzejmie.
— Proszę zostawić mi całą butelkę Snu.
— Oczywiście. — Szef lokalu stawia przede mną wino. — Na koszt firmy.
— Oo… Dziękuję. — Chwytam i jednym haustem opróżniam kielich.
Mały człowieczek patrzy z niedowierzaniem. Uprzedzam go, sam sobie dolewam, a on na szczęście się oddala. W zamian za szefa dostaję sardynki. Jem i piję — Nagle umysł projektuje mi obraz człowieka. Rozwijające się wspomnienie każe mi myśleć o nim jak o moim dziadku. Dostrzegam nawet pewne podobieństwo rysów twarzy. Dziadek. Footballplayer. Jego uśmiech w zmarszczkach koło oczu — prawdziwa radość. Radość z tego, że jestem — Siedzimy z siostrą na podłodze, zapatrzeni w niego. On w fotelu, czyta na głos; za fotelem horyzont, a może koniec świata.
Przed zmrokiem docieram do domu, trochę pijany. W drzwiach wita mnie dziewczyna.
— Byłaś tu cały czas?
Śmieje się.
— Darth wygonił mnie tylko na chwilę, kazał wyjść na okres kwarantanny.
— A ty go posłuchałaś, maszyny? — Dziewczyna nie odpowiada, zaskoczona najwyraźniej szorstkością mojego głosu. — Wychodzisz? Jestem pijany.
Zdezorientowana, zbiera się, by opuścić mieszkanie; jednak odwraca się jeszcze.
— Będziesz tańczył?
Podnoszę wzrok. Nieśmiało wypowiedziane pytanie sprawiło mi przyjemność.
— Jak ci na imię?
— Tania albo Tess. — Robi krok z powrotem.
— No idź już. Idź. Jeśli masz ochotę zatańczyć, przyjdź jutro. Po południu.
— Przyjdę na pewno — odpowiada Tania albo Tess.
Zamykam drzwi. W salonie, z kieliszkiem koniaku, zasiadam naprzeciw komody. Jeszcze w drodze do domu postanowiłem, że muszę wybrać odpowiednią muzykę dla mojego tańca. Taką, która pomoże mi w dalszym jego tworzeniu. Nie tworzeniu, lecz odkrywaniu. — poprawiam się teraz, wodząc palcem po tytułach albumów.
Włączam „Sketches For My Sweetheart The Drunk”. Popijam koniak. Szczerość — to jest właściwe, ani trochę banalne słowo dla opisania tej płyty. Ale album oczywiście nie jest do tańca; on służy samym poszukiwaniom. Łyk koniaku. Brakuje tylko papierosa.
Dotty Capiewski walczy w Jaskiniach Przeznaczenia — wyjechała najprawdopodobniej na wieść o tym, że będę prowadził develop klonów. Od rana doskwiera mi ból w okolicy mostka, promieniujący ku lewej ręce. Wiem, że to nic groźnego, lecz mimo to odczuwam niepokój, który potęguje dolegliwości, które potęgują niepokój.
Dziś prolog developu; siedzę wyprostowany na krześle, w nieskazitelnie białym pokoju, zamknięty w Instytucie. Duszę się. Co chwila popijam wodę. Szukam sposobu na ukojenie nerwów, zaczynam cicho nucić piosenkę; wstaję, kucam z głową między kolanami, tak lepiej. Myśleć o czym innym, odwrócić uwagę umysłu od pracy serca; wrócić na miejsce, usiąść, zająć się pracą, zapomnieć. W końcu pochłania mnie praca. Prolog będzie dla klonów najgorszy. Inicjacja, w trakcie której przeżyją zaskoczenie, zdumienie, być może strach. Nie będą rozumiały tego, co z nimi robimy; nie będą potrafiły zaakceptować własnych reakcji. Być może z czasem, po kilku sesjach się przyzwyczają, a wtedy będzie łatwiej. Dla nich, i dla nas. Dla mnie… Odbieram komunikat, że podano im już środek odurzający. Wychodzę na korytarz. Chwilę później pojawia się asystent, za nim podążają wolno dwa klony. Wodzą wokół wzrokiem, nagle razem, jak na komendę, zatrzymują spojrzenie na mnie. Szybko się odwracam, ruszam.
— Dalej! — ponagla asystent. Słyszę za sobą tupot małych nóg.
Gdy docieramy do sali sesyjnej, wpisuję kod, drzwi się uchylają, daję asystentowi znak ręką, by wprowadził klony do środka. Czuję, że mijając, znów podnoszą na mnie wzrok. Być może namiastka ciekawości przebija się przez otępienie. Już są w środku, asystent krząta się przy fotelach, sprawdza ustawienia oprogramowania, przestępuję próg sali, chłopiec i dziewczynka czekają pośrodku.
Asystent przygotowuje…
Zatrzaskuję drzwi — nie zobaczycie, nie dowiecie się.
Tania albo Tess zjawia się około drugiej, chwilę po moim powrocie z Instytutu. Jestem jej wdzięczny; cieszę się, że nie będę sam spędzał popołudnia. Przygarniam ją do siebie, a moja ręka wędruje w kierunku jej pośladków, a potem piersi. Odpycha mnie delikatnie.
— Zatańczymy? — pyta i przechodzi w głąb mieszkania. — Napiłabym się sensuri, masz?
— Myślałem, że łączy nas przyjaźń — mówię, zmierzając do kuchni. Wyciągam liście sensuri i filiżanki. — Drobno zmielone?
— Wolę raczej średnio niż drobno. Z cytryną albo pomarańczą.
— Jest — z cytryną lub pomarańczą. Pierwsza dla Tani, druga dla Tess.
Dziewczyna wybucha śmiechem.
— Zabawny jesteś. Mogę włączyć jakąś muzykę?
— W odtwarzaczu jest płyta, właśnie zamierzałem jej posłuchać. Wystarczy nacisnąć play.
Ekspres do herbaty cicho rozdrabnia liście, podstawiam filiżanki. Z salonu dobiega:
— Chyba sobie nie poradzę! Nie mogę znaleźć play.
— Z prawej strony, poniżej… Idę, poczekaj…! Tutaj, proszę.
Tania albo Tess zaczyna podrygiwać do pierwszych dźwięków Curtisa.
— Tam, w Willi Gertrudzie, chodziło mi tylko o przyjaźń — mówi — ale zauroczyłeś mnie swoim tańcem. — Wykonuje dwa podskoki i dodaje: — To nie było eleganckie ze strony Kudpasa Pawłowa — wyzywać od klonów. Dziwię się, że nie zareagowałeś na taką obelgę.
Sztywnieję. Czuję, że purpurowieję na twarzy, więc odwracam się, mamroczę, że herbata gotowa, wychodzę do kuchni. Gdy wracam z parującymi filiżankami, Tania albo Tess najwyraźniej już zapomniała o poruszonym temacie — zrzuciła pantofle, wiruje po całym pokoju.
— Co takiego cię w nim zauroczyło? — pytam stawiając filiżanki na stoliku.
— Jest inny niż wszystkie tańce — odpowiada dziewczyna nie przerywając wirowania. — Osobliwość. O-so-bli-wość!
— Dlaczego osobliwość?
— Nie-wiem! Tak mi przyszło do głowy. — Tania albo Tess podbiega do mnie, robi teatralny dyg. — Zatańczymy?
Uśmiecham się; sam zaczynam podrygiwać, przytupywać nogą.
— Pewnie, że zatańczymy.
Chwytam ją za ręce, „(Don’t Worry) If There’s Hell Below We’re All Going To Go” rozwinęło się pięknie, porywa nas, wciąga, czaruje…
— Sensuri stygnie — mówię Tani albo Tess do ucha.
— Niech stygnie — opowiada z półprzymkniętymi powiekami.
Tańczymy jak w transie, pierwszy utwór z płyty zdaje się nie mieć końca. Tania albo Tess jest gibka, porusza się lekko i zgrabnie, bezbłędnie wyczuwa każdy mój krok, bezkolizyjnie podąża w ślad, szybko reagując na moje skinienia, na chimeryczną fuzję zaproszeń i odrzuceń, na pomyłki, nieporadność, czasem brutalność. „The Other Side Of Town” daje nam parę chwil wytchnienia; wtedy popijamy sensuri, moja przyjaciółka zrzuca z siebie ubranie, pozostając w samej bieliźnie i peruce, przytulamy się. Oddalam fantazje jak gęsty miód wpływające mi do brzucha; liczy się taniec. Tania albo Tess nie zostawia światła pomiędzy naszymi ciałami, przełączam szybko na „Move On Up”, który każde dziewczynie oderwać się ode mnie, bierze we władanie jej ręce, nogi, głowę. Tańczymy jak w transie.
Przez kolejne dni każde przedpołudnie spędzam w Instytucie, udając kogoś kim już nie jestem. A może jeszcze jestem, lecz coraz mniej. Już bez asystenta, jedynie ze wsparciem technologicznym Igreka, kontynuuję develop — męczę klony. Są dzielne, ale jednak coraz mniej. Krzyczą, płaczą, lecz o nic nie proszą. Będę z wami do końca, do końca tej rzeki bólu. — mówię do nich w myślach. Gdybyż mogły mnie usłyszeć.
Popołudnia zaś spędzam z Tanią albo Tess. Słuchamy kolejnych albumów z kolekcji: przy „Bless The Weather” pijemy wino; tańczymy przy dźwiękach „Nothing’s Shocking.” Tańczymy w domu albo w parku, nie bacząc na przyglądających się przechodniów. Czasami kończymy w łóżku.
Któregoś dnia jeden z klonów, dziewczynka, podnosi na mnie oczy i mówi: — Proszę o litość.
Nic więcej.
Więcej nie potrzeba. Przerywam natychmiast badanie i mimo protestów Y-komputera wychodzę. — Proszę pozostać na stanowisku! — woła Igrek. — Nie mogę teraz; źle się poczułem. — Nalegam, doktorze Sverdlov. Znów migrena? Udzielimy panu wszelkiej pomocy. — Marylin ma jak zwykle bałagan w danych osobowych, nie prostuję jej… go. — Jedyne czego potrzebuję, to wyjść na powietrze, chyba nie podważysz mojej oceny sytuacji? — Y-komputer milczy. — Zanotuj, że to chwilowa niedyspozycja, jutro z samego rana wznowię pracę. — Za zakrętem korytarza spotykam Dotty Capiewski, z jej miny wyczytuję, iż, zawsze czujna, zorientowała się w sytuacji. — Panie Fernand… Omal nie krzykłam na pana nędzny widok, lecz się miarkuję. Pragmatyzm nakazuje… wrócić do swoich protagonistów. — Zastępuje mi drogę swoim potężnym, umięśnionym ciałem. — Szanowna pani — mówię, siląc się na spokój. — Czy pod literą P w słowniku, który tak zawzięcie pani studiuje, znajdzie się wyjaśnienie słowa przyjebać? Jeśli nie, zamierzam właśnie przyjebać w ten pani śliczny ryj — i wszystko stanie się jasne! — Dotty, wcale nie zbita z tropu, podnosi wrzask i rozkłada szeroko ramiona, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza mnie przepuścić. W nagłym przypływie agresji stosuję zidana, Dotty upada na tyłek, robię zwód, przedostaję się w stronę wyjścia i krzycząc „Świeżego powietrza!” wybiegam z Instytutu.
Spaceruję wzdłuż szpaleru tężni, w tę i z powrotem, w tę i z powrotem, i zastanawiam się, co robić. A właściwie — myślę o tym, co przed chwilą zrobiłem, analizuję krok po kroku całe zajście do momentu szarży na doktor Capiewski. Dlaczego nie zawróciłem, gdy Igrek mnie wzywał? Dlaczego nie posłuchałem Dotty? I co mnie, do cholery podkusiło, by ją zdzielić głową? Zaczynam chichotać. — Dobrze — cedzę cicho przez zęby. — Dobrze jej tak. — Lekki podmuch przynosi od strony tężni kropelki wody. Oddycham głęboko. Przystaję, pochylam się, opierając ręce na ugiętych nogach. „Stało się, nie ma odwrotu” — Aa-dobrze! — wypluwam z siebie, prostując się gwałtownie. — „Nie ma odwrotu, tylko — co dalej?” Znów zaczynam wędrówkę wzdłuż alejki. Zaraz będę wiedział, co dalej. Zaraz? — Wiem już. Wiem, ale muszę jeszcze połknąć, zjeść, wydalić własny strach.
Wolnym krokiem zbliżam się do budynku Instytutu, w okolice typfonowej fontanny. Demon-stranci, proklonowcy wylegują się wokół leniwie — przyszli politycy. Zagaduję tego, który wygląda na lidera, jednak okazuje się, że źle wybrałem. Dopiero po chwili podchodzi do mnie drobna kobieta, bez peruki, pytam ją o głośniki, wyjaśniam, do czego będą mi potrzebne.
— Przygotujcie się na jutro, będzie się dużo działo — mówię, ale nie zdradzam jej wszystkiego, w szczególności zamiarów w stosunku do moich klonów.
Tania albo Tess jest zaskoczona moim wcześniejszym powrotem. Zamiast tańca — jakby wyczuwała, że nie mam ochoty — proponuje mi kawę.
— Chętnie napiję się kawy — odpowiadam. W salonie zapadam w fotel.
— Nic nie włączysz?
Zerkam na stojącą w progu dziewczynę.
— Nie. Może za chwilę.
— Jasne. Czy coś się stało?
— Nie, nie… — Widząc, że przygląda mi się uważnie, dodaję na wszelki wypadek: — Nienajlepiej się czuję. Przepraszam cię, ale dzisiaj chyba nie zatańczymy.
Tania albo Tess przynosi mi po chwili gorący napój. Czuję jej badawcze spojrzenie, ale na szczęście nie zadaje więcej pytań. Popijam z filiżanki.
— Darth zaplanował kwarantannę na jedenastą — odzywa się po chwili.
— Nie za często? Co mu się stało?
— Twierdzi, że to przeze mnie. Im więcej osób zamieszkujących habitat, tym większa częstotliwość wykonywania kwarantanny.
Jeszcze jeden łyk kawy.
— Darth! Czy nie możesz przesunąć terminu kwarantanny na, powiedzmy, porę lunchu? Albo lepiej na jutro?
— Wykonanie przeze mnie tej sugestii nie jest wskazane. Zbyt dużo jest wokół pozostałości, które mogą zawierać państwa materiał genetyczny. Skonfigurowany poziom zabezpieczeń reguluje częstotliwość kwarantanny…
— Dobrze… Zatem, Taniu albo Tess, przejdźmy się, zróbmy sobie spacer, nieśpiesznie… Potem udamy się na lunch. Darth, wykonaj, co masz wykonać. I jedno — gdyby ktokolwiek próbował się ze mną skontaktować — nie ma mnie, nie wiesz, gdzie jestem.
Trzeba przyznać, że dziewczyna ma intuicję: doskonale wyczuwa mój nastrój, cierpliwie znosi milczenie, i, co najważniejsze, wciąż powstrzymuje się od zadawania pytań. Zerkam na nią od czasu do czasu, idącą obok, i chwilami zdaje mi się, że dostrzegam w jej oczach zrozumienie, sprawia nawet wrażenie, jakby odczytywała moje myśli, moje zamiary.
— Violenza Domestica — mówię.
— Co?
— Od dziś Darth nie nazywa się Darth, lecz Violenza Domestica. Zresztą, nieważne… Zabawimy się po lunchu?
Tania albo Tess kiwa potakująco.
Zbliża się wieczór. Zaparkowałem auto na parkingu w pobliżu Instytutu, w cieniu drzewa. Oparty o pień, oglądam papierosa, którego podarowała mi Tania albo Tess po tym, jak padliśmy wykończeni po kilku godzinach tańca. Po raz pierwszy trzymałem w ręku dziwnego papierosa w białej bibułce o nazwie Klubowy; nie chciała zdradzić, skąd go ma, śmiała się, choć jej oczy wcale nie były uśmiechnięte. Wychodząc, na pytania dokąd? i kiedy? odparłem z równie udawanym uśmiechem, że też mam swoje tajemnice. Chowam papierosa z powrotem do kieszeni. Czas działać.
Jak dostać się do Instytutu bez alarmowania Y-komputera? Kiedyś przypadkowo odkryłem sposób, tajemnicę quoprofesorów i grupy członków SEN. Jest w budynkach Yokoulis korytarz pozbawiony monitoringu, który wiedzie do cel i więzionych w nich klonów. Czasami przychodzą do nich z odwiedzinami ludzie, którzy mają niespokojne sny. Przychodzą zamieniać je w rzeczywistość.
Przemykając w cieniu przedostaję się na tyły kompleksu. Sekretny korytarz zaczyna się w jednym z luków odpadowych, kończy w mniejszym prosektorium. Nie zabrałem żadnej latarki ani komunikatora, którego ekranem mógłbym oświetlić drogę — idę po omacku. Kilkanaście minut, wzrok się przyzwyczaja, odróżniam cienie pośród cieni. W tunelu jestem jeszcze zakonspirowany; w prosektorium Igrek ma już szansę mnie wypatrzyć jedyną kamerą; jednak gdy wpiszę kod, by otworzyć celę klonów — Y-komputer dowie się na pewno o mojej obecności. Zanim przekroczę próg kostnicy, muszę się przygotować. Skórzane rękawiczki założyłem w samochodzie, do tego ciemna koszula i takież spodnie — pozostaje osłonić twarz. Nie znalazłszy w walizce Tani albo Tess pończoch tudzież rajstop, musiałem się zadowolić majtkami. Przywdziewam, przewiązuję tasiemką. Pachną grejpfrutowo; są i otwory na oczy. Ruszam. Przecisnąwszy się między regałami zasłaniającymi wejście, skradam się środkiem mniejszego prosektorium, by po chwili znaleźć się przed drzwiami, za którymi znajduje się korytarz prowadzący do cel. Y-komputer się nie odzywa, ale być może śledzi mnie w milczeniu. Już spotniały mi ręce. Opuszczam powieki, oddycham głęboko, pozwalając, by owocowy zapach przeniósł mnie pod błękit nieba. Stop! Wracam. Ostrożnie wychylam się na korytarz, po czym przedostaję się ku pomieszczeniu, w którym uwięzione są „moje” klony. Przede mną kolejne zamknięte drzwi. Odliczam do trzech: raz-dwa-trzy-cztery i błyskawicznie wstukuję kod. Zamek puszcza, wsuwam się do celi.
— Wstęp do pokoju nr 69 wzbroniony! — odzywa się Y-komputer. — Proszę opuścić pokój nr 69 i zmierzać we wskazanym przeze mnie kierunku! W sektorze Possum przeprowadzona zostanie identyfikacja tożsamości, wymagana do poruszania się po Instytucie.
Nie włącza się żaden alarm, nie zapalają światła, ale ja wiem, że Igrek widzi mnie doskonale, a strażnicy są w drodze. Sam nie widzę nic.
Pierwszymi jasnymi punktami w fuliginowej ciemności są oczy dziewczynki. Patrzą prosto na mnie z poziomu, po którym wnioskuję, iż leży na pryczy. Czekam parę sekund, licząc, iż klony same się podniosą, o ile mają dość sił. Na wszelki wypadek mam ze sobą strzykawkę z jevosepiolem. Oczy ani drgną, hipnotyzują. Muszę się spieszyć. Robię krok, drugi, pochylam się, a wtedy coś dopada mnie z boku, gryzie w łydkę, dziewczynka podnosi krzyk, przewracam się — malec włazi na mnie — obrońca siostry — i wpija się zębami w mój policzek. Muszę włożyć sporo wysiłku, by zrzucić go z siebie. Na szczęście majtki ratują mi skórę. Dziewczynka nadal krzyczy; chwyciwszy młodego klona wpół, zbliżam się do niej, przyklękam i znów otrzymuję cios, bo zaczęła wymachiwać rękami. Przynajmniej nie muszę się martwić, że nie dadzą rady iść o własnych siłach. Kolejny cios. Kurwa! Przytrzymując jedną ręką wijącego się malca, drugą chwytam nadgarstek dziewczynki. Nie zważając na przyjmowane razy, ciągnę ją do wyjścia.
— Pana lub pani działanie zagraża bezpieczeństwu własnemu i innych! — ostrzega Y-komputer, jakby rozumiał, co czynię. — Proszę opuścić pokój nr 69 i podążyć we wskazanym przeze mnie kierunku! W sektorze Possum przeprowadzona zostanie identyfikacja tożsamości, wymagana do poruszania się po Instytucie.
Jakże mam ochotę wykrzyczeć głośno: Pocałuj mnie w tyłek! Zamiast przyciągam do siebie dziewczynkę i szepczę jej do ucha: — Przyszedłem was uwolnić, przyszedłem was uwolnić. Przyszedłem… — Uspokaja się, przestaje stawiać opór, całe szczęście, bo chłopak nagle wyślizguje mi się z rąk i rzuca do ucieczki. Biegniemy za nim, dopadamy go u wejścia do prosektorium, gdzie potknął się o własne nogi. Przed otwarciem drzwi rozglądam się na boki, za siebie; dziewczynka cicho przemawia do młodszego klona, głaszcząc go po głowie. Delikatnie popycham ich do środka. — Jeszcze kawałek i będziecie wolne — mówię. — Tędy. — Zatrzymali się pośrodku prosektorium, chłopak najwyraźniej się ociąga. Zawracam i szepczę: — Pospieszcie się, strażnicy zaraz tu będą, złapią was i wrócicie do celi. — Nie odpowiadają. — Cóż, ja idę, nie chcę, by mnie złapano. — Ruszam biegiem w kierunku tajnego korytarza, dotarłszy, zdejmuję majtki z głowy, chowam do kieszeni. Wtedy dobiega do mnie: — Czekaj, idziemy za tobą!
Po niespełna pół godzinie docieramy bezpiecznie do zaparkowanego auta. Zegarek: piąta piętnaście. Do szóstej nie wolno poruszać się samochodem po Sercu, za złamanie zakazu grozi co najmniej utrata pozwolenia na prowadzenie pojazdów. Nie mogę jednak tkwić tutaj z klonami, muszę zaryzykować przedostanie się poza centrum, do Przedmieść; tam je wypuszczę, tam mają szansę przeżyć. Ruszamy. Zapalam papierosa.
— Jeśli jest wam zimno, w schowku między siedzeniami znajdziecie koc.
Wydostajemy się z Serca nie zatrzymywani. Czy nie zauważeni — nie wiem. Na terenie Przedmieść taksówki i taxijety krążą nieprzerwanie. Tutaj też tętni życie ze wszystkimi swoimi brudnymi stronami. Podobno mieszkania, sklepiki, liczne milkbary, kawiarnie i darkknajpy pozbawione są sępów, jak nazywa się tutaj systemy do kwarantanny; zresztą tutejszym najwyraźniej to nie przeszkadza, noszą włosy, a ich śluz i płyny mieszają się swobodnie — DNA przelewa się przez krawędzie przestrzeni. Mówi się, że wtajemniczeni potrafią dotrzeć do handlarzy genami, tyle że niewiadomego pochodzenia.
Krótkie pożegnanie z parą klonów, „Dalej musicie radzić sobie same”, „Nie mówcie, że…” — odjeżdżam powoli, zostawiając dzieci (pomyślałem o nich „dzieci”?) w zaułku, lecz niedaleko ruchliwej, lepiej oświetlonej ulicy. Nagle przychodzi mi do głowy myśl, którą realizuję bez zastanowienia. Parkuję pod najbliższym lokalem, w barze wypijam trzy kolejki whisky, po czym proszę barmana, by wezwał taksówkę.
Czarne auto rusza, choć nie podałem kierunku. Zmęczenie sprawia, że długą chwilę jest mi wszystko jedno, dokąd może mnie zawieźć kierowca. Widzę tylko zarys postaci siedzącej za kierownicą i pomarańczowe światła wskaźników w otoczeniu czarnego kokpitu. Z głośników cicho sączy się muzyka. Nieruchomieję, zaciekawiony nastawiam uszu.
— Może pan zrobić głośniej?
Taksówkarz, jakby tylko na to czekał, odwraca się, uśmiecha.
— Podoba się panu?
— Jeszcze nie wiem, ale brzmi interesująco. Co to?
Taksówkarz wraca spojrzeniem ku przedniej szybie, robi głośniej.
— Wydobyłem tę płytę z dna szafy — mówi. — Przeszukując mieszkanie, nie miałem wielkich nadziei, że ją znajdę, lecz była, była na dnie szafy. Wie pan, co mnie do tego skłoniło? Pewnie słyszał pan albo widział w telewizji tego tańczącego człowieka. Niejakiego Gluskapa. No więc to on ze swoim tańcem i muzyką przypomniał mi dawne czasy. Chwileczkę, puszczę panu od początku…
Na sekundę, dwie zapada cisza, gdy kierowca przełącza utwory. Wbity w czarną kanapę, zanurzony w cieniu, patrzę przez szybę na ulicę i ważę słowa wypowiedziane przez kierowcę. O czym on, kurwa, mówi? Boję się zapytać.
— Proszę posłuchać, „Mommy, what’s a funkadelic”. Pamiętam jak dziś. To była nasza piosenka, to znaczy moja i mojej żony. Siadywaliśmy pod wzorzystą ścianą, zapalaliśmy skręta… No więc siedzieliśmy pod ścianą, popalając na zmianę, w półmroku, i słuchaliśmy na okrągło tej piosenki. „Mommy, what’s a funkadelic”.. — Kierowca podryguje, pstryka co pół taktu palcami. — Najczęściej kończyło się… pożyciem intymnym, ha ha! If you will suck my soul, I will lick your funky emotions… Nasze małżeństwo nie trwało długo. Porzuciłem ją dla innych dziewczyn. Dawno temu. Dziś, dziś znowu słucham tej muzyki — sam.
Taksówkarz milknie, nie odzywam się.
— Dokąd pana zawieźć?
— Do Serca. XV ulica.
— Proszę uprzejmie, zapłaci pan dwieście trzydzieści.
— Nie powiedział mi pan, co to za zespół.
— Funkadelic, proszę pana. Funkadelic.
— Dziękuję. Zapamiętam. Czy możemy trochę przyspieszyć?
— Do dynamicznej jazdy najlepiej nadaje się utwór numer cztery. — Kierowca wybucha śmiechem, czuję jak samochód przyspiesza. — Chcę panu powiedzieć jeszcze jedno… Mam zamiar ją odnaleźć. Mam zamiar odnaleźć moją żonę.
© 2008 Lech Głowacki
mroczna.art.pl > Rękopisy > Twistroll > Gluskap (część 1)
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput