Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№35 listopad 2008

Z cyklu „Twistroll”:

Gluskap (część 2) Lech Głowacki

Tania albo Tess śpi. Uważając, by nie robić za dużo hałasu, w kuchni przyrządzam espresso. W komunikatorze znajduję wiadomość od profesora Abokova: „Pańskie klony zbiegły! Proszę jak najszybciej stawić się w Instytucie.” Odnotowuję fakt, iż napisał „zbiegły”, a nie na przykład „ktoś je uwolnił”. Wiadomość przyszła przed niespełna pół godziną, więc nie muszę się aż tak śpieszyć.

Drzemię; wstaję po ósmej, biorę prysznic, zakładam świeżą odzież.

— Idę do Instytutu! — wołam do wiercącej się w pościeli Tani albo Tess.

— Tak wcześnie! Która jest w ogóle godzina?

Ostatni kęs rogalika, łyk zimnej kawy; ucisk w okolicy mostka sprawia, że przystaję w drzwiach, odruchowo przykładam rękę do piersi. Nerwy, nerwy.

Quoprofesor Abokov wita mnie zimnym spojrzeniem.

— Wygląda pan na zmęczonego.

— Trochę wypiłem wczorajszej nocy, ale to chyba nie jest zabronione?

Nie odpowiada, więc kontynuuję:

— Jak to możliwe, że uciekły? Co zapisały kamery?

— Nic. Z jakiegoś powodu system monitoringu zawiesił się. Do tego Y-komputer podaje, że klonami zajmował się doktor Sverdlov, a nie pan…

— Zawiesił się. Rozumiem. Domyślam się, iż w rejestracji wejść i wyjść też nie znajdziemy nic ciekawego? Strażnicy nic nie zauważyli?

— Zgadza się.

— Czyli ktoś, kto pomógł klonom w ucieczce — same przecież się nie wydostały z celi — owa osoba musiała przedostać się do Instytutu jakimś skrytym, skrytym przynajmniej przed oczami Igreka, przejściem.

Abokov wybucha śmiechem.

— Chyba za dużo pan wczoraj wypił, doktorze! Ostrzegam, nie ma u mnie miejsca dla pijaństwa! Policja przesłuchuje w tej chwili strażników, jestem pewien, że w końcu któryś się przyzna. Proklonowcy nie pozostają bez wpływów na zwykłych ludzi; nie pierwszy to przypadek próby — tym razem udanej — uwolnienia jednostek badawczych, i nie ostatni.

Standardowa procedura dla niestandardowych wydarzeń w Instytucie przewiduje wystąpienie tudzież konferencję — na trawniku, przed gmachem instytucji. Należy poinformować zebranych, w tym media, o zaistniałej sytuacji.

W oczekiwaniu na wystąpienie, które zapowiedziano na godzinę 10.15, zaglądam do pustego pokoju klonów. Służby policyjne nie pozwalają na dokładniejsze oględziny, więc w końcu wychodzę przed budynek, do parku, gdzie na ławce spotykam się z drobną kobietą bez peruki. Do tej pory nie zdecydowałem, które nagranie jej przekazać: „Move On Up”, czy też „None Of Them Knew They Were Robots”.

Pozwalam, by wybrała na chybił-trafił.

— Szanowni państwo! — zaczyna Abokov po staroświecku. Towarzyszy mu jeszcze pięciu naukowców o przyjaznych rysach twarzy, w tym trzy kobiety. Kobiety łagodzą obyczaje.

Przed Instytutem zgromadziło się wiele osób, panuje ożywiona atmosfera. Żółto-pomarańczowi zdają się być w mniejszości, najliczniejszą grupę stanowią zwolennicy skrajnej interpretacji Trzynastej Poprawki — zorganizowani w strukturę demon-stracji, jak też niezrzeszeni mieszkańcy Serca, którzy przybyli wyrazić swój sprzeciw.

— Precz z klonami!

— Rzucić je na pożarcie! Lwy na nich, tygrysy!

Abokova nie słyszę, zbyt przejęty tym, co za chwilę się wydarzy. Nie ma już odwrotu; proklonowcy zaraz przystąpią do działania, wodzę lekko nieprzytomnym wzrokiem po kolorowym tłumie. Dziennikarze rozsiedli się na trawniku, na wprost mównicy, wyglądają na pochłoniętych wywodem quoprofesora. Upływają sekundy, zdaje mi się, że wśród ludzi dostrzegam twarz Tani albo Tess. Nagle rozbrzmiewają pierwsze dźwięki piosenki Curtisa Mayfielda. A więc „Move On Up”… Muzyka zagłusza przemówienie, Abokov pytająco spogląda na mnie, na pozostałych asystentów. Czuję pulsowanie w skroniach, drżenie nóg.

— Co się dzieje? Dlaczego nie można tego wyłączyć? — szepcze w moją stronę koleżanka, doktor Balbina. — Ależ pan jest blady! Doktorze Gluskap!

Omijam ją, wychodzę przed mównicę, na trawnik. Na chwilę zastygam w pozie „przydeptywania papierosa” — Zaczynam tańczyć.

Dołączywszy doskonale wyćwiczony ruch głowy — kiwanie jej na lewo i prawo, och, nie mogę się powstrzymać przed wykrzykiwaniem „Ha!” na koniec każdego taktu — pstrykając palcami obu rąk, wspinam się na szczyt schodów. Odwracam się teatralnie ku zgromadzeniu; przez tłum przechodzi pomruk. Abokov woła do mnie z wyraźną pretensją w głosie, z zaskoczeniem na twarzy, ja jednak nie zatrzymuję się. W mojej głowie pobrzmiewa porywający rytm muzyki, serce bije z jej rytmem, ciało tańczy samo, twarz rozjaśnia uśmiech. Nie widzę i nie słyszę dokładnie wszystkiego, co dzieje się wokół.

— Doktorze śmierć klonom co pan wyprawia na pożarcie lwy tygrysy oszalały albo nigdy albo nigdy…

Tańczę. Przede mną obrazy ukazują się, jakby w zwolnionym tempie: falujące fartuchy naukowców, żółte i niebieskie krople wody kreślące w powietrzu łuki, masa ludzi, jak jeden wielki organizm, przedostająca się do stóp schodów.

— Cisza! — Okrzyk z tłumu dociera do moich uszu wyraźnie. — Cisza! Patrzcie!

— Tańczy! — piszczy młoda dziewczyna, wbiega po stopniach i zaczyna podrygiwać.

Przytomnieję nagle, zorientowawszy się, że ludzie tańczą razem ze mną. Na początku wygląda to bezładnie. Ci najbliżej schodów naśladują moje ruchy, pozostali, którzy są dalej, cisną się w zbitej, rozkołysanej gromadzie; jednak z czasem taniec rozprzestrzenia się, rozochoceni gapie zaczynają pląsać, poskakiwać, klaskać, pokrzykiwać. Wreszcie z tego radosnego chaosu powoli wyłania się uporządkowana forma: coraz więcej ludzi zgodnie tańczy coś, co przypomina mój taniec. Jestem szczęśliwy. Pracownicy naukowi, na czele z quoprofesorem Abokovem, uciekli w popłochu. Nie, jeden pozostał: mężczyzna, trochę niezdecydowany, trochę wystraszony, jak ja przed chwilą. Andszej Krock nabrał odwagi, rozpina, zdejmuje biały fartuch i ciska go w roztańczoną gromadę, po czym wbiega po schodach i z okrzykiem „Trzymajcie mnie!” skacze przed siebie.

Po prawej stronie, pomiędzy smukłymi drzewami widać skrawek nieba. Na jego tle pojawiają się nagle dwa czerwone mediajety, zniżają lot i zawisają nie więcej niż dwadzieścia metrów nad typfonową fontanną.

Uśmiecham się, zachwycony.

Niewygodne jest krzesło w policyjnym namiocie — przenośnym biurze dochodzeniowym. Dwaj panowie z chirurgicznie wykrojonymi permanentnymi uśmiechami na twarzach zadają mi pytania, ale sprawiają wrażenie, jakby byli znudzeni całą sytuacją.

— Gdzie był pan wczoraj wieczorem?

— Wybrałem się do Przedmieść, wróciłem o świcie.

— O świcie… Ładnie nam pan tu zatańczył, ładnie. Czy ci ludzie zamierzają kiedykolwiek się rozejść, Holubek?

Uśmiechnięty funkcjonariusz nazwany Holubkiem wygląda dyskretnie z namiotu.

— Nie mają chyba zamiaru. Rozpalili ogniska, rozstawili lampiony.

— Ładnie nam pan tu zatańczył. — Przesłuchujący celuje we mnie palcem. — Proszę przypomnieć, jak się taniec nazywa.

Zastanawiam się chwilę.

— Twistroll — mówię, robiąc drwiącą minę.

— Twistroll, hmm… Moim obowiązkiem jest poinformować pana, że zeszłoroczne Pierwsze Rozporządzenie zabrania posługiwania się w czynnościach śledczych wykrywaczami kłamstw i innymi narzędziami tortur, więc w zasadzie może pan mówić nieprawdę. Z tego punktu widzenia wolałbym mieć pana martwego z endoreprozowanym mózgiem, który można prześwietlić do cna. Ale przecież takie badanie jest zbyt kosztowne! — Policjanci spoglądają na siebie śmiejącymi się oczami; usta mają rozciągnięte do granic i nimi już bardziej śmiać się nie mogą.

— Co robił pan na Przedmieściach?

— Bawiłem się.

— Jak się pan bawił?

— Pyta pan o moje samopoczucie, czy o konkretne czynności?

Chwila milczenia.

— Proszę o jedno i drugie.

Nie wiem, co we mnie wstępuje, by odpowiedzieć:

— Przykro mi, ale może pan wybrać tylko jedno pudełko z nagrodą.

Śledczy wzdycha; Holubek wyglądając z namiotu:

— Niektórzy tańczą wokół ognisk. Coś nucą.

— Więc wrócił pan o świcie. Co potem?

— Położyłem się spać. Potem stawiłem się w Instytucie.

— Na wieść o ucieczce klonów?

— Zgadza się.

— Czy domyśla się pan albo wie, dlaczego i jak zbiegły?

Rozkładam ręce.

— Niestety. Prawdę mówiąc, nie potrafię sobie wyobrazić, jakim sposobem zdołały tego dokonać. Nieprawdopodobne to jest…

— Sugeruje pan, że informacja o zniknięciu jest fałszywa? Gdzie wobec tego są klony?

— Niczego nie sugeruję. Wyraziłem tylko swoją, pewnie błędną, opinię na temat możliwości wydostania się z Instytutu jednostek zniewolonych.

Po raz pierwszy policjant spogląda na mnie z wyraźnym zainteresowaniem.

— Jak pan powiedział? Zniewolonych?

— Taak… Tak mi się jakoś powiedziało, chodziło mi o jednostki…

Nie pozwala mi dokończyć.

— Świetnie. W razie jakiś nowych okoliczności, pytań, skontaktujemy się z panem. Dziękuję. Holubek, proszę przepuścić doktora Gluskapa.

— Czy mogę skorzystać z wyjścia po przeciwnej stronie?

— Tam jest żywopłot — mówi Holubek.

— Tym lepiej.

Wymieniają spojrzenia. Śledczy kiwa głową.

— Oczywista, proszę przez żywopłot… Jak pan go nazwał, jak się nazywa pański taniec?

— Twistroll — odpowiadam i rozgarniam gałęzie.

Wysoki mężczyzna w łachmanach wyrósł jak spod ziemi.

— Witam, doktorze! Ależ mam szczęście!

Milczę. Po opuszczeniu policyjnego namiotu przemykałem wzdłuż żywopłotu, a potem od drzewa do drzewa, chcąc uniknąć spotkania z grupkami spacerujących ludzi. Widziałem jak niektórzy próbowali wykonywać mój taniec, jakieś wybrane figury; towarzyszyły temu okrzyki i wybuchy śmiechu. Fragmenty rozmów, które pochwyciłem, dotyczyły występu przed Instytutem. Z obawy przed rozpoznaniem i jego konsekwencjami, które napawały mnie lękiem, kluczyłem nie bacząc na kierunek, aż zawędrowałem w nieznane mi rejony parku. Ledwo porzuciłem czujność, pojawił się ten człowiek.

— Ależ mam szczęście! — powtarza. — Pozwoli pan, że się przedstawię. Nazywam się Aaron Tiraboshi, znam pana z Instytutu. Jak się miewa profesor Abokov? Wciąż kolekcjonuje motyle?

— Tak — odpowiadam odruchowo.

Aaron Tiraboshi postępuje w moją stronę.

— Przejdziemy się? Mamy piękny wieczór.

— Przykro mi, ale nie znam pana. Jest pan pracownikiem Instytutu?

— Byłem. Teraz jestem żebrakiem.

— Ma pan pozwolenie? — Już mnie zaciekawił, już wciągnął w rozmowę. Robi parę kolejnych kroków, zmuszając mnie do podążenia za nim, jeśli chcę poznać odpowiedź. Szpera w warstwach wyświechtanych lumpów, po czym demonstruje zawieszony na szyi plastikowy identyfikator.

— Bez tego nie ryzykowałbym poruszania się po Sercu.

— Nie do wiary! Jak pan go zdobył?

— To kwestia umiejętnego stąpania po gruncie, powiedzmy, towarzyskim. Oczywiście zawdzięczam to też pracy w Instytucie. Taak… Jestem quoprofesorem fizyki odmętów, nie praktykującym rzecz jasna. Abokov lekceważył tę dziedzinę, ale lubiłem go. Razem chodziliśmy na dziewczynki. Taak… Strawiłem lata na wytyczenie granic Babilonu, pierwszego odmętu… Ale porozmawiajmy lepiej o tańcu.

— A więc widział pan — zatrzymuję się, olbrzym również. — Śledzi mnie pan?

— Skądże! Już mówiłem, diabelsko mi się poszczęściło. Siedzę dziś sobie w barze Gablota, barman postawił mi kawę i wódkę, popijam ciesząc się każdym łykiem, i wtedy w telewizji zaczynają nadawać relację z Instytutu. Najpierw o ucieczce klonów, o tym wiedziałem, trąbią od rana, a potem już na żywo, przemówienie Abokova, wreszcie pana występ. Dopiłem zimną kawę, wódka już dawno wypita, i przeniosłem się do parku. Ludzie się jeszcze teraz bawią przed Instytutem; ja postanowiłem się oddalić, pan, jak widzę, podobnie. Przepraszam, ale, choć znam pana z widzenia z Instytutu, nie pamiętam nazwiska…

— Gluskap. Fernand Gluskap.

Mrok gęstnieje. Mijamy ławeczki zachęcające do odpoczynku i białe posągi, które wychylają się zza drzew. Spacerując powoli, toczymy rozmowę, choć tak naprawdę więcej mówi Tiraboshi.

— Niech pan nie przestaje tańczyć, doktorze. Mogę się mylić, ale kto wie, czy nie stoi pan przed szansą stworzenia czegoś znaczącego.

— Miałem nadzieję, że twistroll się komuś spodoba, jednak dzisiejsza reakcja ludzi mnie zaskoczyła.

— Ogląda pan czasem telewizję? Znajdzie pan tam tańczące jędrne pośladki, które zajmują całą powierzchnię ekranu. Nie przeczę, przyjemnie popatrzeć, ale twistroll może zmienić sposób widzenia, właściwie już zaczął zmieniać. Co prawda nie wiem, czy może pretendować do miana prawdziwej sztuki — prawdziwa sztuka umarła w poprzedniej epoce.

— Sztuka? Co ma pan na myśli?

— Oglądam w starych książkach reprodukcje obrazów. Oryginałami, choć tkwią gdzieś pewnie w swych ramach, mało kto się zachwyca, zabiegi konserwatorskie, zamiast podtrzymać przy życiu, doprowadziły je w istocie do ruiny, zdeformowały, sfałszowały. Obrazy na płótnach nie wytrzymały próby czasu; zostały reprodukcje, które pokazują, czym jest, czym była prawdziwa sztuka.

— Albo stare płyty z muzyką, tak?

— Proszę?

— Muzyka, do której tańczyłem twistrolla, pochodzi z końca XX wieku. Interesująca.

— Być może, być może, nie znam się zbytnio na muzyce… Ale rzeczywiście, ma w sobie coś szczególnego, podobnie jak twistroll. Przywrócił pan właściwą perspektywę: znów będą się liczyć ruchy rąk, nóg, głowy — całego ciała. Oto jest anatomia tańca.

— Odważna przepowiednia — wybucham śmiechem.

— Zobaczy pan, że mam rację. Proszę tylko nie zapominać, że siła tkwi jak zawsze w prostocie, oszczędności, w tym wypadku oszczędności gestów.

Zmęczenie sprawia, że, jak mi się zdaje, przestaję uczestniczyć w rozmowie; mówi tylko żebrak, choć i tego w cale nie jestem pewien. Wleczemy się, a przynajmniej o mnie można powiedzieć, że się wlokę — jak zbieg wyczerpany wielogodzinną ucieczką. Przytomnieję nagle, pośrodku prostej, prowadzącej nie wiadomo dokąd dróżki, słysząc oświadczenie Tiraboshiego:

— Tutaj pana pożegnam, doktorze.

— Nie wiem co prawda, czym wyróżnia się owo „tutaj” od znajdującego się parę kroków dalej, ale — oczywiście. Chciałbym na koniec zadać panu jedno pytanie, mogę?

— Hmm… Zróbmy tak: pan da mi parę groszy, od południa właściwie nic nie jadłem, barmani częstują tylko napojami, zatem da mi pan parę groszy, a ja odpowiem na zadane pytanie.

— Zgoda — odpowiadam znów nie mogąc powstrzymać uśmiechu. — Dlaczego porzucił pan Instytut?

Tym razem Tiraboshi się uśmiecha.

— Ponieważ mam w dupie akademickie zadęcie. Ma gavte la nata, powiadali, i to jest dobra dewiza.

Zadowolony, sięgam po kartę kredytową, umieszczam ją w przenośnym czytniku quoprofesora i uruchamiam przelew.

— Ciekawy jestem, czy trafię stąd na XV ulicę.

— Proszę iść dalej, w kierunku, w którym dotąd zmierzaliśmy — odpowiada Tiraboshi. — Nie sposób się zgubić. Ja zawracam.

Chwilę odprowadzam go wzrokiem, po czym sam ruszam z nadzieją, że droga do łóżka nie będzie daleka.

Zaczyna się od pewnego menadżera. Jeszcze w tym samym dniu, w którym Abokov wysyła mnie na przymusowy urlop (przed wyrzuceniem mnie z Instytutu powstrzymuje go chyba tylko lęk, że znam tajemnicę sekretnego przejścia), pojawia się Karol Bullmaister i składa mi propozycję. Zachwyca się każdym swoim zdaniem, sprawiając wrażenie, jakby szczytował mniej więcej co drugą kropkę. Potem przychodzą następni, podobni Karolowi, choć zdarzają się też niepozorni i małomówni. Ci ostatni zdają się mieć najwięcej do zaproponowania, lecz Bullmaister, raz zająwszy upatrzone pozycje, skutecznie odpiera wszystkie ataki. Potem pojawiają się producenci, a za nimi dziennikarze, ale dopiero po moim pierwszym występie na trzeciej co do wielkości scenie w Sercu, która nosi oryginalną nazwę niewiadomego pochodzenia: Kosztyporrow. Co prawda widownia się nie zapełniła, lecz Karol Bullmaister zapewnia, że jak na pierwszy raz frekwencja jest więcej niż zadowalająca. „Wiem, że więcej niż zadowalająca brzmi chłodno, beznamiętnie, ale nie potrafię lepiej określić naszego sukcesu.” — śmieje się.

Nagle, z dnia na dzień, w moich ulubionych restauracjach, obok stolika, przy którym zasiądę, ustawiają się kolejki nieznanych mi ludzi, proszą o autograf. Między jednym pośpiesznie przełykanym kęsem a drugim prezentuję twistrolla. Mówię niewiele, przede wszystkim tańczę, wciąż tańczę. Tymczasem Bullmaister prowadzi rozmowy w sprawie otwarcia szkoły twistrolla; zaś pewien stary mistrz walki wręcz proponuje, by zaadaptować jego techniki potyczek do mojego tańca albo odwrotnie — nie mogę się połapać. Gołe tyłki wypełniające ekrany telewizorów, o których mówił Tiraboshi, znikają, kamera odjeżdża i coraz częściej można zobaczyć pląsające dziewczyny w pełnej krasie. Dziewczyny upodobniają się do Twiggy: śliczne twarzyczki przyozdabiają sztucznymi rzęsami, zakładają mini i kolanówki w czerwono-białe pasy oraz obcisłe sweterki. Towarzyszą im panowie w okularach w rogowej oprawie, z uporem przydeptujący papierosy, gęby śmieją się im głupio; gdy nie tańczą, chodzą sztywno i żują gumę. Niebywałe, lecz ci panowie popadają często w romantyczne nastroje, robią się szarmanccy wobec kobiet. Nie przychodź na spotkania, jeśli nie znasz twistrolla. Pojawiają się jego przeciwnicy, ale są mile widziani. Ważne, by wykazać się znajomością tańca i albo go wielbić, albo zuchwale negować. „Twistroll jest niezwykły!” „Odważny, zachwycający!” „Pełen niedopowiedzeń.” „Ach, podniecający, rozpala moją duszę!”

Coraz mniej czasu poświęcam Tani albo Tess, ciągle Bullmaister… Którejś nocy odkrywam, że w moim łóżku śpią dwie kobiety.

— Moja przyjaciółka, Manuelle Graciella — mówi Tania albo Tess. — Zgodzisz się, by u nas mieszkała?

„Przyjaciółka? U nas?…”

— Tylko proszę, nie mów, że musisz się poradzić tego drania Bullmaistera.

Właśnie, Bullmaister. Tego dnia, zanim wróciłem do domu, powiedziałem mu:

— Mam wrażenie, że ktoś mnie śledzi, obserwuje.

— Sława — uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.

Manuelle Graciella rzadko się odzywa, za to często się śmieje tym delikatnym dźwięcznym śmiechem, który mnie zachwyca, a jednocześnie niepokoi.

Po czternastu dniach i nocach, których nie potrafiłbym opowiedzieć chronologicznie, bo zlewają mi się w kalejdoskop zdarzeń, po owych czternastu dobach niewiele chyba zostało z Fernanda Gluskapa doktora. Powoli przyzwyczajam się do nowego trybu życia: bycia w centrum uwagi, zasypiania o świcie, odczuwania ciągłego upojenia, ekscytacji, jakiegoś dziwnego rozedrgania, po którym następują momenty, kiedy wszystko toczy się jakby w zwolnionym tempie, niemo — to zmęczenie próbuje dać znać o sobie, lecz zostaje zduszone kolejną ekscytacją. Rzadko odzywają się wspomnienia.

Czternastej nocy od uwolnienia klonów, tuż przed wschodem słońca wracam z próby kolejnego koncertu w Kosztyporrow, który ma się odbyć za trzy tygodnie. Zdaniem Bullmaistera bilety sprzedadzą się na pniu. Jego człowiek, I. Excuser, odprowadza mnie od limuzyny pod drzwi habitatu, czeka aż wejdę do środka. Karol Bullmaister dba o moje bezpieczeństwo.

Stąpając na palcach, by nie obudzić dziewczyn, wchodzę do kuchni — opadam na krzesło. Tania albo Tess jest niezawodna — na stole czeka na mnie termos z niedawno sparzoną melisą. Nalewam do filiżanki. Manuelle Graciella jak zwykle zapomniała schować swoich ulubionych papryczek. Wstaję, chowam talerz do lodówki. Zamknąwszy drzwi, podskakuję razem z sercem, które mam przez moment w gardle.

— Ciii, spokojnie, doktorze. — Aaron Tiraboshi, który znów pojawił się znikąd, chwyta mnie za ramię.

— Ależ mnie pan wystraszył! Co pan tu robi? Jak się pan dostał do środka? Ależ mnie pan wystraszył…

— Ciszej, rozmawiajmy szeptem. Proszę siadać, wszystko panu wyjaśnię, o ile zdążę…

— Zdążę? Przed czym?

— Najlepiej by było, gdyby poszedł pan ze mną, przejdźmy się — jak ostatnio.

— Kiedy indziej, profesorze. Jestem wykończony, spać mi się chce jak diabli. — Popijam ciepłą melisę, bardziej skupiając uwagę na bólu w klatce piersiowej, niż na Tiraboshim; znów duszności… — Niech pan powie krótko, o co chodzi. Muszę się położyć, ale obiecuję, że w ciągu najbliższych dni spróbuję znaleźć czas na dłuższą rozmowę.

Quoprofesor rozgląda się na boki, za siebie.

— Dobrze, niech pan słucha: gdyby coś nam przeszkodziło, jeśli z jakiegoś powodu nie zdażę przekazać panu wszystkiego… Proszę wówczas zażyć, proszę zażyć… — odchyla połę płaszcza, dostrzegam szeroki skórzany pas, do którego przymocowanych jest kilka niewielkich fiolek, drżącą ręką sięga po jedną, podnosi na wysokość oczu.

— Co to jest? Co to za żarty?

— W fiolce znajduje się larwa czerwia szablastego — Tiraboshi ignoruje moje drugie pytanie — który wywołuje wizje przyszłości. Grozi panu niebezpieczeństwo, doktorze.

— Chyba nie mam ochoty na tego rodzaju rozmowę o tej porze. — Wstaję. — Pomówimy kiedy indziej.

— Niech pan sprawdzi, z jakiego powodu wyrzucili mnie z Instytutu…

— Po pierwsze jestem na przymusowym, bezterminowym urlopie, a po drugie wątpię, czy Y-komputer udostępniłby mi materiały na pana temat!

— W toku pracy nad odmętami przypadkowo odkryłem przesłanki istnienia M-świata, alternatywnej rzeczywistości — mówił pośpiesznie Tiraboshi — ale wobec sprzeciwu większości w Senacie, nie przyznano mi środków na dalsze badania.

— Co ja mam z tym wspólnego?

— Sądzę, że dużo, jak każda osoba, która silnie wpływa na rzeczywistość. Pana twistroll… Ale po kolei: najważniejszą, najbardziej fascynującą, a jednocześnie przerażającą cechą M-świata jest jego nieparalelność do naszego świata, dla rozróżnienia nazwijmy go W-światem.

Zrezygnowany, padam na krzesło, piję melisę. Tiraboshi znów ogląda się przez ramię i mówi dalej:

— M i W zbliżają się do siebie w czasie, jednak za mało danych, by zbadać zmienność ich funkcji z taką dokładnością, by stwierdzić, czy nastąpi… zderzenie. Widzę uśmiech na pana twarzy, mnie również trudno było uwierzyć, ale moje wyliczenia nie kłamią! Pewnie powątpiewałbym jak pan, gdyby nie przypomniało mi się pewne zdarzenie z młodości. Otóż, gdy byłem jeszcze młodym chłopakiem, pewnego wieczoru spotkałem w pustym pokoju biblioteki uniwersyteckiej… kogoś. Mówię kogoś, bo… nie jestem pewien czy człowieka. Już wtedy musiał wiedzieć, rzecz jasna dzięki czerwiowi, że w przyszłości wpadnę na ślad M-świata. Dość, że owa istota opowiedziała mi o nim, historia była fascynująca, ale wtedy włożyłem ją między bajki. Pamiętam, istota utrzymywała, iż zderzenie rzeczywiście nastąpi. Jej zdaniem M i W pędzą ku sobie, zmierzają ku jednemu punktowi w przyszłości, by zderzyć się ze sobą, w wyniku zaś ma powstać nowa rzeczywistość. Jednak nie będzie taka sama jak nasz świat tudzież jak M-świat. Nabędzie cechy M i W, ale nie wszystkie, tylko te najsilniejsze. Czy nowy świat będzie miał swoją rzeczywistość alternatywną, nie wiem, ale pewnie tak. „Cykl zacznie się od początku.” — powiedział mi przybysz. Pewnie ciekawy jest pan, kim była owa istota, której nie nazywam człowiekiem…

Zamierzam odpowiedzieć, że nie jestem ciekawy, by przerwać ten bzdurny monolog, lecz Tiraboshi, jakby przeczuwając, chwyta mnie za ramię, nie dopuszcza mnie do głosu:

— Powiedział, że jest jednym z Wędrowców, istotą, które — zapewne już się pan domyślił — podróżują pomiędzy oboma światami. Jest wielu Wędrowców, ale są wśród nich nikczemnicy. Łajdaków ci pozostali nazywają, zabawne — nocnymi kowbojami. Otóż ci nocni kowboje przeskakują z jednego świata do drugiego, ingerują w nie w ten sposób, by historie potoczyły się dla ludzkości możliwie jak najgorzej. Wszystko po to, by w kolejnym cyklu nowy świat był przesiąknięty zbrodnią, mającą się narodzić z narodzinami i rozwojem nowej ludzkości. Pozostali Wędrowcy stoją po stronie ładu; subtelnie wywierają wpływ na ludzi, by M i W ze swymi pierwotnymi opowieściami, przed zderzeniem, miały jak najwięcej korzystnych cech. Tu idzie o dobro ludzkości, doktorze!

— Dość! — przerywam. — Nie mam ochoty dłużej słuchać tych bredni. Niech pan już idzie, profesorze. — Ruszam ku wyjściu, ale Tiraboshi nie przestaje mówić, kroczy za mną.

— Wędrowcy wykorzystują różne psychotropy, pozwalające zaglądać do alternatywnego świata, a czasami również w przyszłość. Podobno najskuteczniejsze działanie profetyczne mają czerwie szablastozębe, które udało mi się wyhodować… — Żebrak wykonuje ruch ręką, jakby ocierał pot z twarzy. — Nie przeczę, nie przeczę, nie wszystko… są pewne nieścisłości, no bo… — Odnoszę wrażenie, iż zapomniał o moje obecności; że mówi do siebie. — Skoro znają przyszłość, i wykorzystując swą wiedzę modelują teraźniejszość… Takich par MW musi być nieskończenie wiele… Nie jestem… Ale te wzory… — Przenosi spojrzenie z powrotem na mnie. — Teraz, po kolejnej czerwizji, zdaje mi się, że widzę cel, swoją rolę w naprawianiu rzeczywistości, przynajmniej zarysy. Jestem jednym z wielu, jednym z tłumu tych, którym pozwolono zrobić coś dobrego. Jak czerwona krwinka w krwioobiegu…

„Wariat.” — dochodzę do przekonania, zastanawiając się jednocześnie, jak się go pozbyć, jak wyrzucić z habitatu, widząc, że nie ma ochoty, by go opuścić.

— Moje zadanie to uratować pana. Widziałem kobietę, być może tę, z którą pan mieszka. Widziałem jak, przytulona, wbija panu nóż w plecy, a może w szyję… Jeśli mi pan nie wierzy, proszę zażyć czerwia! Nich pan go połknie, proszę połknąć i czekać na wizję. Niech się pan nie boi. Może zobaczy pan to, co ja; a może coś lepszego.

— Nie jestem miłośnikiem kuchni z robalami w menu — odpowiadam i dodaję stanowczo: -Proszę, niech pan opuści habitat. — Dotykam delikatnie jego ramienia z zamiarem wypchnięcia go za drzwi.

Jakby dźgnięty igłą, Tiraboshi wykonuje coś w rodzaju podskoku, po czym chwyta mnie za gardło wielką łapą; mam wrażenie, że zaraz zmiażdży mi krtań, tracę równowagę, poddaję się natychmiast — zaciąga mnie do salonu. Tam przygniata do ziemi. Przytrzymując mi głowę, drugą ręką wyciąga i otwiera fiolkę. Do moich nozdrzy wdziera się smród, gdy przystawia mi flakonik do twarzy. Zaczynam wierzgać nogami, naprężam się, robię wszystko, by skręcić głowę w bok — bezskutecznie — wypycham język, byle tylko uniemożliwić mu wepchnięcie robala do gardła. Nagle Tiraboshi przybiera dziwną pozę — pantomimiczny ruch — czuję, że zwalnia uchwyt, wypuszczając jednocześnie fiolkę z drugiej ręki. Quoprofesor opada na mnie ciężko i nieruchomieje.

— Żyjesz? — słyszę głos Manuelle Gracielli.

Z trudem wydostaję się spod bezwładnego ciała; w szyi Tiraboshiego tkwi nóż, z leżącej na dywanie fiolki wydostaje się biała cuchnąca ciecz. Rzygam.

— Tak, trup. Niech ktoś szybko przyjedzie. Tak, adres wyświetlony w stopce. — Odkładam komunikator.

Siedzimy w kuchni, Manuelle Graciella zdołała zaparzyć herbatę. Nie chce mi się wierzyć, że w moim mieszkaniu właśnie został uśmiercony człowiek. Ledwo przełykam ciepły napój.

— Coś ty zrobiła? Dlaczego to zrobiłaś?

Dziewczyna patrzy z niedowierzaniem.

— Uratowałam ci życie.

— Skąd wiesz, że chciał mnie zabić?!

— Nie wiem. Zobaczyłam obcego człowieka, który cię dusił.

— I błyskawicznie zadźgałaś go nożem! W ogóle skąd wzięłaś ten nóż?

Manuelle Graciella poprawia nieuczesane włosy. Wygląda na roztrzęsioną nie mniej ode mnie.

— Trupa nie darują — mówię. — Wywiozą nas do jakiejś karnej kolonii.

— To ja go zabiłam! — wybucha dziewczyna. — W twojej obronie!

Przyglądam się uważnie: łzy napływają jej do oczu.

— Opowiemy, jak było. Dokładnie, bo VD w trybie nocnym niczego u mnie nie rejestruje. Ubierz się, Manuelle, a potem zbudź Tanię albo Tess… Aż dziw, że nie obudziły ją te wszystkie hałasy… Musimy jej wszystko wyjaśnić, zanim zjawi się policja.

Wstaję; w progu kuchni odwracam się.

— Dziękuję, Manuelle.

Boję się wejść do salonu. Ogromne ciało żebraka, leżącego twarzą do ziemi, wygląda jak zwłoki dzikiego zwierza, które widziałem na fotografii. Co to była za fotografia?

Za oknem wstał pochmurny poranek, od tygodni niebo nie było takie szare jak dziś. Ogarnia mnie poczucie pustki. W sypialni rozlega się krzyk Tani albo Tess, a ja zauważam raptem, że obgryzam paznokcie, zupełnie jak wieki temu, gdy byłem… małym chłopcem.

Pośpiesznie, zerkając co chwila na trupa, nalewam sobie koniaku. Wypijam, opadam na fotel. Długą chwilę wpatruję się w nieżywego Aarona Tiraboshi, po czym nagle przychodzi mi do głowy absurdalna myśl, że powinienem włączyć odtwarzacz i odpowiednią dla tej chwili piosenkę. Dla mnie i dla niego — niech zabrzmi, zanim go zabiorą w plastikowym worku. Przeszukuję zbiór płyt ułożonych w komodzie. Nie potrafię zdecydować, która będzie właściwa. — Nie wchodź tam! — woła Manuelle Graciella. — Chodź do kuchni, zrobię ci herbaty. — Którą wybrać? Co powinno popłynąć z głośników, gdy ja wyzionę ducha? Może „Pornography”? Wybieram siódmy, ulubiony utwór i wracam na fotel. Dopijam koniak. W następnej chwili mój wzrok pada — kolejny raz — na nóż tkwiący w szyi żebraka. Przypominają mi się jego słowa: „Widziałem jak, przytulona, wbija panu nóż w plecy, a może w szyję…” Zerkam za siebie — nikogo. Tania albo Tess chyba dała się namówić na herbatę w kuchni. Podchodzę i pochylam się nad zwłokami; dotykam, być może po to, by upewnić się, iż rzeczywiście nie żyje, po czym odgarniam płaszcz żebraka i wsuwam rękę pod jego brzuch.

— Proszę niczego nie dotykać.

W progu stoi mężczyzna. Podnoszę się z klęczek, ściskając w dłoni fiolkę z czerwiem.

— Proszę się nie ruszać! — Głos jest przytłumiony i zniekształcony, ponieważ przybysz ma na sobie błyszczący hełm i gogle; poza tym jest ubrany w granatowe polo, granatowe rękawiczki i jasne lniane spodnie do kolan. Do prawego uda ma przymocowaną kaburę z pistoletem.

„Policjant.” — Ostrożnie robię krok w kierunku fotela.

Funkcjonariusz nie żartował: wyciąga pistolet i celuje we mnie.

— Przecież powiedziałem.

Zastygam w niewygodnej pozycji. Wyobrażam sobie, że nieznajomy musi mieć niezwykle ponury wyraz twarzy.

„Cold” płynie z głośników.

Za policjantem pojawia się Manuelle Graciella, a za nią Tania albo Tess, obie w samych podkoszulkach, z filiżankami w dłoniach. Policjant kieruje broń w ich stronę.

— Kazałem wam zostać w pokoju!

— Kiedy pan kazał? — pyta Manuelle Graciella. — Jest pan z policji?

Funkcjonariusz spogląda to na mnie, to na dziewczyny. Pistolet wędruje wraz z jego głową, opatuloną hełmem.

— Dobrze, zostaniecie tutaj, to nawet lepiej; będę miał was na oku. Tylko proszę się nie ruszać, niczego nie dotykać.

Boję się tego funkcjonariusza o ponurym głosie i pewnie tak samo ponurym wyrazie twarzy, jednak cicho pytam:

— Czy mam tak zostać, czy też usiąść w fotelu?

— Niech pan siada. Co to za muzyka?

— Wyłączyć?

— Nie. Podoba mi się.

Chowa pistolet, podchodzi do trupa.

— Kim jest ten wielkolud? — pyta cicho Tania albo Tess.

Policjant spogląda na nią, a przynajmniej tak można wywnioskować z ruchu jego głowy schowanej w hełmie.

— Uprzedzam, że od chwili mojego przybycia wszystko się nagrywa. — Jeden z okularów rozbłyskuje krótko.

— Co pan zrobił?

— Zdjęcie, oczywiście.

To powiedziawszy, człowiek w hełmie podchodzi do okna; odwrócony do nas plecami, sprawia wrażenie, jakby uważnie śledził, co dzieje się na dworze. Milczenie. Wreszcie, nie zmieniając pozycji, odzywa się:

— Proszę państwa, proszę, żebyście współpracowali, a co najmniej nie utrudniali śledztwa. Każde wasze słowo, każda czynność zostanie skrzętnie odnotowana i zapamiętana — na zawsze. Dlatego proszę się postarać, zaangażować. A ponadto nie powodować, bym ponownie był zmuszony do wyciągnięcia broni. Pobiorę teraz próbki, które mogą zawierać materiał genetyczny, zabezpieczę odciski palców i inne ślady…

— To ja go zabiłam.

Gogle zwracają się ku Manuelle Gracielli; funkcjonariusz i ja — przemawiamy jednocześnie.

Funkcjonariusz:

— To się jeszcze okaże.

Ja:

— W mojej obronie.

— Zacznijmy od początku. Kiedy była ostania kwarantanna?

Nie udaje mi się odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ policjant nagle jak długi rzuca się na podłogę, turla w kąt pokoju; tam wyszarpuje pistolet z kabury i oddaje kilka strzałów. Huk miesza się z dźwiękami tłuczonego szkła, trzaskającego drewna, z moimi i dziewczyn krzykami. Chcę rzucić się do ucieczki, lecz staję jak wryty, osłupiały, bo oto funkcjonariusz jednym susem wskakuje na stół, niczym komandos przelatuje nad fotelem, naciskając raz za razem spust. Widzę, jak kule dosięgają Aarona Tiraboshi, dziurawiąc jego spokojne ciało jak tarczę. Potem lufa pistoletu kieruje się prosto na mnie, gapię się na nią drżąc jak w febrze, w chwili strzału obraz zmienia się jak w kalejdoskopie, przede mną wyrasta nagle postać Manuelle Gracielli, czerwona plama rozlewa się na jej podkoszulce, dziewczyna upada na mnie — upadamy. Jej oczy, chwilę wpatrzone we mnie — zamykają się.

Kolejne godziny nie należą do najprzyjemniejszych, mimo iż policjanci są nad wyraz uprzejmi i, jak raz za razem podkreślają, dokładają starań, by przesłuchanie przebiegło w możliwie łagodny sposób. „Antytraumatyczne przesłuchania naszą dewizą.” Wkrótce jednak nie mogę już patrzeć na ich permanentne uśmiechy-jokerki. Karol Bullmaister jakimś sposobem dowiedział się o wszystkim. „Już jestem w drodze. Musimy zatuszować sprawę: zabójstwo w twoim domu może zachwiać twoją popularnością, zabójstwo, mój Boże, w chwili, gdy Konwencja Życie czeka na uchwalenie! Chyba że, chyba że położymy nacisk na kontrowersyjność twojej postaci. Czekaj spokojnie, nie składaj zeznań, jestem w drodze!”

Zapadnięty w fotel, wpatruję się w mokre od deszczu okno. Bałagan w salonie pozostał, do zakończenia przesłuchania nie wolno mi niczego tknąć. Na szczęście zabrali ciało Aarona Tiraboshiego.

— Przyczyną niekonwencjonalnego zachowania policjanta z grupy Nadzoru O. — relacjonuje jeden z uśmiechniętych, tak jakby to jego przesłuchiwano — była wirtualna gra, nielegalnie zainstalowana w oprogramowaniu jego hełmu. Włączyła się przypadkowo w trakcie wykonywania czynności służbowych. Agent walczył przez chwilę z bazmantikorą… Co to za muzyka?

— The Music — odpowiadam. — „Turn Out The Light”. Mam wyłączyć?

— Nie. Nie trzeba. Ale do tego chyba nie da się zatańczyć tego pańskiego tańca? Zbyt powolne.

— Rzeczywiście. Zbyt powolne.

— Wracając do funkcjonariusza: postawiono mu stosowne zarzuty, grozi mu banicja, chyba że wniesie pan o ułaskawienie. Zgodnie z prawem przysługującym poszkodowanemu.

— Czy Manuelle Graciella nie powinna mieć więcej do powiedzenia? W końcu to ona bardziej ucierpiała.

— Bardziej ucierpiała? Ona wyliże się, a pana neoantyczne meble już raczej nie. Poza tym fakt, że zabiła Aarona Tiraboshi ogranicza ją w prawie do ułaskawienia.

— Ciekawe, czy quoprofesor by ją ułaskawił, gdyby żył — odmrukuję.

— To jest do sprawdzenia — odpowiada cicho policjant.

— Pan żartuje, zdążyliście endoreprozować jego mózg?

Uśmiechnięty kiwa głową.

— Macie już skany?

— Och, nie. Pan, doktorze Gluskap, powinien wiedzieć najlepiej, jak kosztowne jest to badanie. Aaron Tiraboshi musi poczekać w kolejce. Chyba że szybciej znajdzie się chętny do transplantacji; wówczas sam nam wszystko wyśpiewa. Póki co, liczymy na pana. — Policjant przełączył coś w konsoli, przy której siedział. — Moim obowiązkiem jest poinformować pana, że zeszłoroczne Pierwsze Rozporządzenie zabrania posługiwania się w czynnościach śledczych wykrywaczami kłamstw, więc w zasadzie może pan mówić nieprawdę. Z tego punktu widzenia wolałbym mieć pana martwego z endoreprozowanym mózgiem, który można prześwietlić do cna. — Policjant wzruszył ramionami, co, jak zdążył się już zorientować Gluskap, miało chyba oznaczać, że przestaje się uśmiechać. — Takie absurdalne prawo. No, ale pan zapewne będzie mówił prawdę, prawda?

Przytakuję.

— Do pasa denata przymocowane są małe fiolki, ale najwyraźniej dwóch brakuje. Jedną znaleźliśmy na dywanie przy zwłokach, lecz po drugiej nie ma śladu. Wie pan, co się z nią stało? Kto ją zabrał?

Kiwam przecząco.

— Może pan ją ma?

— Nie mam — odpowiadam z rękoma wciśniętymi w kieszenie.

Gdyby zaraz po przesłuchaniu ktoś mnie zapytał, jakie kolejne pytania mi zadano, nie potrafiłbym powtórzyć. Nie należały do zajmujących. Pamiętam tylko, iż zeznałem, że nie mam pojęcia, o czym mówił Tiraboshi tuż przed swoją śmiercią, ani że nie jestem w stanie przytoczyć jego słów i nie wiem, do czego miałyby służyć fiolki z ich zawartością. Karol Bullmaister dobijał się do mieszkania, ale policja go nie wpuściła. Na moje życzenie.

Tania albo Tess zapala lampę z olejkiem grejpfrutowym. Pijemy herbatę, dziewczyna usadowiona na kanapie, ja oparty o ścianę, tuż przy oknie.

— Ktoś z ulicy pytał, czy wyjdziesz zatańczyć — przerywa milczenie Tania albo Tess.

W parku pali się kilka sztucznych ognisk, sporo latarek; ponad drzewami krąży policyjny śmigłowiec patrolowy.

— Tam na dole może być więcej ludzi podobnych profesorowi — mówię.

— Co jest w twistrollu, że wywarł na ludziach takie wrażenie?… — Tania albo Tess odstawia filiżankę. — Chyba nie zamierzasz teraz przestać?

— Nie wiem, co zamierzam — odpowiadam. — A ty, czy nie powinnaś być teraz z Manuelle Graciellą?

Nieoczekiwanie Tania albo Tess wstaje, zbliża się, kładzie mi dłoń na ramieniu.

— Chcę być z tobą.

Dotyk dziewczyny jest przyjemny jak najprzyjemniejsze wspomnienia z dzieciństwa, z krainy szczęścia. Pięknie ona pachnie; dopiero teraz uświadamiam sobie, że jestem uzależniony od jej zapachu. Chcę, żeby ta chwila, właśnie ta chwila — gdy tak mało o sobie wiemy, gdy tak daleko nam do siebie, a przecież tak blisko, gdy jesteśmy tak grzeczni i kulturalni — żeby nie przestała trwać.

Wtedy ona zadaje pytanie:

— Zatańczymy? — I przechodzi na środek pokoju. — Ale nie tak jak ostatnio. Tak po prostu.

Gestem daję znak, by poczekała. Zmieniam płytę w odtwarzaczu.

I wanna show you something
Like a joy inside my heart
Seems I’ve been living
In the temple of the dog

Where would I live
If I were man of golden words
Or would I live at all

— Tak po prostu — mówię, chwytając ją za ręce.

Tańczymy przytuleni.

The knees bow
The tongue confesses.

Upewniwszy się, że dziewczyna zasnęła (obejmując dłonią jej pierś, całuję szyję), wymykam się do łazienki, zamykam od środka. Krótkie spojrzenie w lustro. Parę kropel wody na oczy.

Siadam na podłodze — fiolka na otwartej dłoni. Widzę go tam — robala, którego za chwilę zamierzam połknąć, czerwia w mlecznej zawiesinie. W kompletnym bezruchu, sprawia wrażenie, jakby był martwy. Dopiero gdy ostrożnie odkorkowuję fiolkę, robal wykonuje delikatne poruszenie, krótkie wzdrygnięcie, po którym znów zapada w katatonię. Lecz ja wiem, że on czuwa, że czeka w napięciu, gotowy do skoku…

Połykam.

© 2008 Lech Głowacki

mroczna.art.pl > Rękopisy > Twistroll > Gluskap (część 2)

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput