Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№27 marzec 2008

Kolory Paweł Zaremba

Miasto znowu jest pomarańczowe, trochę zimne, wydaje mi się, że czuję jak wkłada swoją lodowatą dłoń pod moją koszulę, kreśli jakiś znak, to nie przyjemne, ale jestem przyzwyczajony, dawno temu już miałem ten dotyk gdzieś pod skórą, przekazywany z pokolenia na pokolenie.

Zwinięty w kłębek leżał na mokrej październikowej ławce, pamiętam park bydgoski 2003, cierpiał na bezsenność i chodził za mną krok w krok, byliśmy głodni i baliśmy się wrócić do domu, za dnia spuszczaliśmy głowy i przemykaliśmy bocznymi uliczkami, wtopieni w oddechy bram, stawaliśmy się poszukiwaczami jakiegoś utajonego sensu, a może ratunku albo w ogóle jakiejś atrakcji, a może zwyczajnie pokutowaliśmy jak książęta bez ziemi, przemierzający wszystkie światy, wymiary, sfery, skazani na tułaczkę i pościg za czymś czego nigdy nie uchwycą, no bo jak tu uchwycić spokój w tak szaleńczym pędzie.

Nie znaliśmy wtedy nikogo, bo nasze krainy zdrowych pięknych ludzi, spełnionych, pogodzonych z życiem wypluły nas i ze wstydu zerwaliśmy wszelkie kontakty.

Do dziś ze szczegółami mogę opisać jego postać, szczupły blondyn, blady, miał nieco przydługie włosy, wypadały mu a on mówił, że to takie kaskady na ramiona, tak więc było nas dwóch jeden kat drugi ofiara, trudno powiedzieć kto był kim. Poza strachem złączeni byliśmy też wspólnym ciałem, ale nie było nam tam ciasno, dużo rozmawialiśmy, głównie o sobie, o naszej przyszłości. Planowaliśmy ją na każdy wieczór, potem szliśmy nad rzekę patrzeć na ludzi i sępić drobne od studentów, najczęściej naszych byłych kolegów oraz koleżanek, następnie, gdy miasto było już pomarańczowe, garściami srebrników kupowaliśmy sobie trucizny z plastikowym korkiem i szliśmy na psie pole pod most kolejowy. Nie wiem czemu to robiliśmy, jeden z nas zapewne pragnął tego usilnie, drugi musiał się poddać, trudno powiedzieć kto był kim. Dni tygodnia nie miały nazwy, godziny znaczenia, można by rzec, że żyliśmy obok świata, ale to bzdura, bo każde obok jest jednak w świecie. Wydawałoby się, że znaliśmy się dobrze, nie pamiętam teraz jego imienia, może nie miał żadnego, nigdy nie przyszło mi do głowy go oto spytać, a potem już nie było okazji. Kiedyś zasnąłem twardo po raz pierwszy od długiego czasu, obudziłem się w innym miejscu, było czyste i spokojne, i byłem sam. On gdzieś po prostu sobie poszedł, a szukałem go jeszcze przez parę dni, pewnie znudziliśmy się sobie, teraz go znajduję tylko w ułamkach sekundy przed umyciem twarzy, myślę że to ja byłem katem, bo tęsknię za jego skuloną postacią na mokrej ławce, albo się mylę i wszystko jest odwrotnie…

Miasto znowu jest pomarańczowe, mam jego zimny znak na plecach pod koszulą, wychodzę wraz z innymi, by nim rządzić, bo tylko w tych godzinach jest to nam dane i ta ulica należy tylko do nas. To będzie daleka podróż, pewnie też ciężka, choć znam tu każdy kamień i każde pęknięcie w każdym murze, różne nawoływania wypełniają powietrze: myśliwi, reproduktorzy, mściciele, samotni pijacy i ci nieliczni idący do pracy patrzący na nas być może z zazdrością, chociaż nie rozumiem czemu. Dryfujący, chorzy mentalni kloszardzi.

Moi współbracia, moje współsiostry.

© 2007 Paweł Zaremba

mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Kolory

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput