Miał malutkie króciutkie nóżki z trudem utrzymujące owalny nieco przydługi korpus zwieńczony poszarpanym cieniutkim ogonkiem. Na otaczający świat patrzył zawsze szeroko otwartymi czarnymi oczętami na ogół skrytymi za posklejanymi kudłami brunatnej sierści, głowę miał jamnikowatą a uszy spiczaste. Wołaliśmy na niego „Wałek” a cała postura tego zwierzaka aż się prosiła o to by mu dokuczyć w jakikolwiek sposób. Tak naprawdę wabił się Krecik i miał pana, który go kochał najbardziej na świecie – pana Roberta, tego zaś ulubionym zajęciem było rzucanie w nas pustymi butelkami po jabolach, taka zemsta za nasze kamienie w jego psa, i tak nigdy nie trafiał, był za wolny.
Jedno trzeba przyznać temu kundlowi, odznaczał się niesamowitą mądrością oraz przywiązaniem, nigdy nie zostawiał swego właściciela samego na trawniku, biegał wokół niego a potem jak zwykle leciał na drugi koniec osiedla po żonę Roberta albo jego córkę, te zazwyczaj przychodziły szybko i zabierały zwłoki do domu. Czasem pomagała im moja matka, widowisko miała cała okolica, ale tylko przez pierwsze kilka tygodni, później wszyscy przywykli, nikt się już potem nie dziwił, to był taki nieodzowny fragment naszego krajobrazu.
W sumie nawet się z tego wielu ludzi cieszyło zawsze to jakieś urozmaicenie na krańcu cywilizacji, w krainie wszechobecnego betonu, wiecznie budowanej hali sportowej, wiecznych dresiarzy w wiecznych klatkach schodowych. Wszyscy stąd uciekaliśmy, ale to nie było takie proste, zasysały nas rewiry wyznaczone przez koszmarne graffiti pełne ukrytych znaczeń, pełne komunikatu o tym, że nikt tu nikogo nie lubi, a zwłaszcza obcych. Dziś wiem że mieszkałem w Śródziemiu opanowanym przez Morrdor, pod którego władaniem znalazły się inne plemiona elfów, ludzi, hobbitów i krasnoludów bez prawa do sprzeciwu. Z jedynym prawem wychodzenia do pracy, jeśli ktoś ją w ogóle miał, i wracania na noc z powrotem w zimne betonowe ramiona. Tym miejscem władali orkowie z wygolonymi głowami, z trójpaskowym dresem, często naćpani, zawsze bezkarni. Policja bała się tego miejsca patrolując nie wychodzili nawet z samochodów, no chyba że w biały dzień i to do tego wczesnym rankiem. Wiem, że tak jest do dzisiaj na prawie wszystkich takich osiedlach.
Dlatego przeszedłem na ciemną stronę mocy, wraz z moimi uruk hai organizowaliśmy łupieżcze wypady do innych rejonów miasta, na ogół jedyną rzeczą jaką udawało mi się zagrabić były sińce i porozcinane łuki brwiowe, byłem kiepskim bandytą, w dodatku chyba zbyt smarkatym. Dlatego szybko się wycofałem z tej wojny, wolałem ją obserwować z mojego apartamentu na 9 piętrze. Zawsze jest lżej, kiedy wmówisz sobie że twoje nora to taki apartament na szczycie świata, a ty jesteś władcą i co wieczór obserwujesz swoje włości, sięgasz wzrokiem hen za zakole rzeki, łudzisz się, że tam gdzie sięga twój wzrok tam też sięga twoja władza. Wiem, byłem naprawdę dziwnym dzieckiem. Ale jak tu nie być dziwnym, kiedy wszystko co cię otacza jest dziwnością wręcz przesycone, zresztą może sobie tak wkręcam, przecież jak poznajemy świat to wszystko jest nietypowe.
Miałem zostać księdzem, cały ród Sobaków na mnie liczył, cały uświęcony katolicko – skrajny ród, a „czarni” gościli w naszym domu zawsze, znajomi rodziców z dawnych lat, ich byli katecheci, przyjaciele ze szkoły. Każdy z nich spoglądał na mnie lubieżnie i z niekłamaną nadzieją w głosie pytał: „No a ty Piotrusiu to kim byś chciał zostać…?”, czyli czytając między wierszami: „Chłopcze może myślałeś o zostaniu księdzem? Brakuje nam świeżej krwi...
Odpowiadałem wtedy wymijająco, że jeszcze nie wiem, ale to było kłamstwo. Moim dziecięcym marzeniem było przemożne pragnienie zostania jakimś dyktatorem, tyranem, władcą wszechświata, międzygalaktycznym imperatorem...
Ale lekko nie było, skazywano mnie na oglądanie durnowatego „Ziarna”, chodzenia na jakieś msze w niby kościelne święta, mówię „niby” no bo co to za święta, kiedy nie ma wolnego od szkoły, Boże Narodzenie, Wielkanoc, Boże Ciało, Wszystkich Świętych, no to ja rozumiem, ale napieprzanie do kościoła, kiedy inni na podwórku to już chyba skandal.
Zresztą słowo „kościół” w odniesieniu do naszego osiedla jakoś nie pasowało, funkcję tego miejsca pełnił drewniany barak od którego około dwa razy (jak nie więcej) była większa plebania ze swoimi salkami i pokojami dla księży. Nowa świątynia budowała się kilkanaście lat, a proboszcz, którego litościwie nazwiemy „N”, chyba nie skończył jej do dziś.
Jego „ulubieńcem” był pan Robert, monopolowy bowiem stał naprzeciwko proboskiego pałacyku, obaj kiedyś ze sobą pracowali, jeden uczył religii, drugi polskiego. Jeden katolik, drugi zatwardziały komunista, ich kłótnie przechodziły do historii, zwłaszcza akcja wypędzania religii ze szkół.
Właściciel Krecika pewnego dnia stwierdził że nie pozwoli na mącenie dzieciakom w głowach, wparował do pokoju nauczycielskiego i ryknął na całe gardło:
- Jak religia to do salek w waszym pałacyku! I to bezpłatnie, w społecznym czynie nauczać! Co budżetówki się zachciało?!!!
Wtedy na oczach całej szkoły wziął „N” za kołnierz i wywlókł na boisko, chodziłem do zerówki a przerwa była długa, z dwoma dzwonkami (czyli można było wyjść na powietrze).
Stworzyło się gigantyczne zbiegowisko a oni szarpali się jeszcze przez kilka minut, przyjechała policja, przyjechało pogotowie, kilka dni później przyjechał ktoś z kurii biskupiej.
Roberta oczywiście zwolniono, a księdzu jak to księdzu, oczywiście wszystko uszło płazem. Od tamtej pory były polonista regularnie rzucał kamieniami w szyby plebanii albo stawał pod jej drzwiami naciskał domofon i wyrzucał z siebie kilka łacińskich sentencji.
Poniekąd fascynował mnie ten lokalny antychryst, powszechnie znienawidzony, obgadywany na każdym kroku, ale jednocześnie budzący strach swą demoniczną, przepitą posturą, swym krzykiem, swoją historią. Nikt nie wie czemu tak naprawdę zaczął, chodził systematycznie do pracy, na spacery z żoną, nawet w kółku szachowym się udzielał, mówili o nim że łebski facet z niego tylko trochę porywczy. Matka mówiła, że to poeta, ojciec że buc, koledzy że dziwak. Nikt nie wie czemu zaczął, pewnego dnia wrócił zachlany jak messerschmitt, od tamtej pory wracał tak częściej aż doszło do tej akcji z księdzem, wtedy już nie wracał tylko leżał na trawniku i trzeba było go przyprowadzać. Nikt nie wie czemu zaczął, krążyły plotki o jego licznych kochankach, że wpadł z jedną i ma dziecko, że kogoś zabił dawno temu i ma teraz takie wyrzuty, że za komuny kogoś wydał...
Ale ja myślę że przyczyną był ten potwór, którego każdy nosi w sobie, u jednych się budzi u innych nie, ma rozmaite postacie, czasem jest wysokoprocentowym monstrum z czerwonym nosem i policzkami, czasem zieloną księżniczką o kolorowych oczach, a czasem różową landrynką z sex shopu. Jakiego potwora ja nosiłem pod skórą? Cóż trudno powiedzieć, pamiętam tylko jak podczas wieczornych spędów Krecik swoją cuchnącą postacią wyprzedzał swego pana, nieśmiało przekraczał próg naszego mieszkania i przedzierał się przez gęstą papierosową zawiesiną, przestrzeń wypełniało wieczorne wydanie panoramy, w oddali przeciągłym „kuuurrrrwwwwwaaaaaa!!!” swoje przybycie oznajmiał pan Robert. Zaraz za nim dreptał Palczewski – uczył plastyki, podobno uczy do dzisiaj, czasem wtaczał się wujek Karol.
Ojciec zawsze przyjmował ich z otwartymi ramionami, o ile matka miała na nocną zmianę bo jak była w domu to w ogóle o żadnym przyjmowaniu nie było mowy. Wtedy udawałem że śpię, udawałem i nienawidziłem, myślę że to było genezą moich marzeń o zostaniu panem wszechświata.
Siedzieli tak długie godziny, czasem się kłócili między sobą, debatowali i rozpamiętywali tę swoją „Solidarność”. Potem przychodził najgorszy moment, nagle niewiadomo skąd i dlaczego przypominali sobie o moim istnieniu, stary zaczynał się wydzierać : „A Piotruś namalował ostatnio taki ładny obrazek o jesieni, pokaż panom Piotrek, no pokaż”, biedny ja musiałem wygrzebywać gryzmoły sprzed paru lat, wszyscy nie wiedzieć czemu prawie się spuszczali na widok krzywego ludzika w czymś co mogło przypominać suknię i paru liści pomalowanych na sraczkowaty kolor. Krecik ładował swoje paskudne cielsko pod moją kołdrę, często się moczył, często moczyliśmy się razem.
Bzdura, nic takiego nigdy nie nastąpiło, może dlatego moja frustracja rosła a pragnienie bycia w tajnym zgromadzeniu drzemie we mnie po dziś dzień. Zacząłem włóczyć się sam po pobliskim lesie, nie wiem czemu Krecik podążał za mną, nie żeby tak przez cały czas w pewnym momencie znikał, miał przecież swoje obowiązki, nawalony pan musiał być odprowadzony do domu. Lasek, oddzielający dwa osiedla, ciągnął się dość daleko aż do jeziora otaczał je i potem dopiero się przerzedzał. Fascynował mnie, czułem że w jego głębinach „coś” jest, przyzywa, „coś”, co jest mi bliskie, mądre, przedwieczne, przynajmniej trzy razy do roku w jednym określonym miejscu niedaleko ścieżki głównej, między alejką brzóz a krzewami jeżyn, wieszali się ludzie. Kwiecień, październik, listopad, wtedy najczęściej znajdywano trupy, najdziwniejsze było w tym wszystkim to że niektórzy przyjeżdżali tu z drugiego końca Polski, by się powiesić. Była nawet u nas kiedyś telewizja, byli jacyś, jasnowidze, szamani, radiesteci, każdy zachodził w głowę co to takiego jest, że tu tak do wieszania wszystkich ciągnie. Odpowiedzi brak do dzisiaj, szum nieco przycichł, a ludzie wieszają się nadal może nawet bardziej niż kiedyś.
Nie bałem się tam chodzić, wręcz przeciwnie, czułem tam pewien spokój, czułem się tam nawet bardziej bezpiecznie niż w labiryncie moich rodzimych bloków, oglądałem z bliska drzewa, które były miejscem kaźni, dotykałem gałęzi i podziwiałem ich piękno, kochałem tamto miejsce. Matka załamywała ręce i kazała mi ganiać co chwila do spowiedzi, w domu płonęła gromnica i wszędzie było pełno wody święconej, zyskałem wtedy po raz pierwszy miano odmieńca, opętanego, dziwaka. Nie przejmowałem się tym zbytnio, muszę powiedzieć, że nawet było mi to na rękę, nikt mi nie dokuczał, bo każdego paraliżował strach, zwłaszcza wtedy gdy udawałem, że mówię językami ( a może naprawdę mówiłem ). Ojciec dostawał furii, ale nie podejmował właściwie żadnych kroków, nie potrafił, nie wiedział, zresztą jak w każdej dziedzinie życia.
Było to w czasie w którym każdy miał poczucie nadchodzących zmian, w mojej szkole zmieniła się dyrektorka, tron zajęła pani Rabczewska – takie wychudzone monstrum z morderczym wyrazem twarzy i zaciśniętymi ustami rozdzieranymi czasem przez przeraźliwy wrzask pełen nienawiści oraz pretensji do całego świata. Siała swoją postacią paraliżujący wszystkich strach, szybko biegała nawet w szpilkach, więc ciężko się przed nią uciekało, a gdy szła korytarzem, to zarówno uczniowie, jak i nauczyciele schodzili jej z drogi ustawiając się pod oknami albo grzecznie przyklejając się do ściany.
Oczywiście jako że zawsze na mojej drodze stykałem się z psychopatami oraz całą masą innych dziwaków los sprawił, że z żelazną damą naszej szkoły miałem geografię. Niezapomniane przeżycie, później tylko raz na studiach spotkałem podobną osobę na której zajęciach bano się nawet otworzyć okno. Rabczewska często biegała po sali ze wskaźnikiem i krzyczała, że jesteśmy bandą obdartusów i śmierdzi nam z ust, potem przychodził czas na tupanie nogami i uderzanie chudymi piąstkami w biurko, po takim wstępie zaczynaliśmy lekcje.
Przerażała mnie geografia, bardziej niż matematyka i dlatego ciągle się jej kułem, na pamięć, na blachę, miałem same czwórki, czasem nawet piątki.
W owym czasie odkryta została przede mną stara prawda o tym, że życie to niekiedy zagmatwany węzeł który gdy chcemy rozwiązać plącze się jeszcze bardziej. Pani dyrektor zachorowała, ot normalna sprawa, ludzie czasem chorują i to z różnych przyczyn, ale przyczyna Rabczewskiej zszokowała całe osiedle, bo ta przyczyna na imię miała Robert.
Po raz pierwszy ktoś zupełnie przypadkiem zobaczył ich na drugim końcu miasta w najdroższej kawiarni, podobno trzymali się za ręce a były polonista ponoć miał na sobie garnitur i czysty był i nawet bez Krecika. W ogóle przestał u nas bywać, za to jego żona przychodziła często, zamykały się z matką w dużym pokoju i nie wychodziły przez kilka godzin a potem obie miały czerwone oczy. Osiedle aż huczało od plotek, mówili że znali się ze studiów i że stara miłość nie rdzewieje, proboszcz „N” dostawał białej gorączki rycząc z ambony o wierności małżeńskiej oraz rozpuście, dorzucał do tego garść Sodomy i Gomory, a podlewał często grzechem pierworodnym. Dało to tylko powód kolejnym plotkom, ludzie gadali że „N” kochał się w Rabczewskiej i że jego śmiertelny wróg odbił mu ją perfidnie.
Krecik bywał u nas nadal, szedł w ślad za tym razem swoją panią, która zamykała się z matką w dużym pokoju i wylewała litry łez. Kundel nadal śmierdział tak samo, ale było go jakby mniej i bez trudu można było policzyć wszystkie jego żebra, wzrok też miał jakby przygaszony, poza tym prawie wcale nie szczekał. Patrzył swoim tęsknym wzrokiem gdzieś w dal i w czasem wydawał z siebie ciche, zbolałe westchnienie.
Szczerze mówiąc cieszyła mnie ta cała afera, demon geografii odszedł gdzieś w niebyt, a na zastępstwo przyszła do nas taka ładna dziewczyna świeżo po studiach, każdy się w niej kochał, a ja zrozumiałem znaczenie słowa erekcja, a zaraz potem wytrysk.
Osiedle opustoszało, było ciche i spokojne, barwna postać pana Roberta zniknęła na dobre, wkraczałem w najpiękniejszy okres swego życia, w którym świat był dla mnie bardziej soczysty i tajemniczy, bardziej brutalny a tym samym stawał się też bardziej fascynujący. Dyrektorka opuściła nasze miasto, wsiąkła jak kamfora, nikt do dziś nie wie co porabia, krążą plotki, że prowadzi gdzieś w Poznaniu sklepik z akcesoriami erotycznymi, ale ja myślę, że zaszyła się w jakimś tropikalnym lesie, miała bzika na tym punkcie. Tylko nie wiadomo czy wybrała się tam sama czy też ze swoja romantyczną miłością.
Ja chyba widziałem kiedyś kogoś podobnego do Roberta jak pchał wózek z jakimś złomem, na drugim końcu miasta, za osiedlem jednorodzinnych domków. Wtedy myślałem, że to głupie, żona płacze a ten sobie wózki jakieś durne popycha. Teraz wiem że to ze wstydu, ze wstydu też zniknął Krecik, mówią że zdziczał i zamieszkał w lesie, że mieszka pod drzewami, na których co jakiś czas ktoś się wiesza, że to taki nasz Cerber.
© 2010 Paweł Zaremba
mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Krecik
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput