Do pokoju bezpardonowo wkroczyła młoda kobieta. Kolorowa sukienka z dużym dekoltem, ku irytacji wymiarowej właścicielki, zwróciła uwagę wścibskiej staruszki, obudzonej właśnie przez nagłe trzaśnięcie. Uderzenie drzwi o framugę wyrwało ze snu także pana Andrzeja, mieszkańca sąsiedniego pokoju. Pan Andrzej jednak, nie mając co ze sobą począć, powrócił w objęcia Morfeusza. Śniło mu się, że ląduje na księżycu.
- O, jak ładna sukienka! – Pani Marta siedziała pochylona na krześle. Miała na sobie wełniany sweter koloru młodej pomarańczy, długą, zieloną suknię i sentymentalne kapcie pieski. Obok, na plastikowym stoiku leżało cygaro. Wzrok starszej kobiety wyrażał zaskoczenie. – Czy ja spałam?
- Tak, spała pani. – Precyzyjność makijażu, jaki dziewczyna miała na sobie w pełni docenić mogły tylko te najmłodsze, najbardziej zadbane kobiety. – Pani Michałowska, mam dla…
- Kwiatuszki? – wtrąciła się pani Marta, wskazując na sukienkę. Nagle liczba i wielkość zmarszczek na czole kobiety wzrosła, a oczy posmutniały teatralnie. – Czasem tak mam, że muszę się zdrzemnąć. Nic nie mogę poradzić, pani Izuniu.
- To naturalne w pani wieku. – Izabela położyła na złączonych kolanach staruszki białą kopertę. – Przyniosłam list – zdecydowała się na szeroki uśmiech. – Od syna.
- Od mojego syna? – starsza kobieta nie potrafiła ukryć wzruszenia.
- Tak, od pani syna, pani Michałowska – powiedziała głośno i dobitnie Izabela. Myślami była zaś w zupełnie innym miejscu. Nadchodzący weekend zapowiadał się nader interesująco.
- Od Piotra? – Staruszka niespodziewanie znów wskazała na kolorową sukienkę. – Gdzie ją pani kupiła? Pewnie panu kierownikowi się spodoba.
Rozdrażniona dziewczyna wyrwała z rąk starszej kobiety kopertę i popatrzyła na dane zapisane niezwykle starannym pismem.
- Co pani robi? To mój list, prawda? – mieszkanka pokoju była wyraźnie zdezorientowana.
- Już to pani oddaję! – koperta ponownie wylądowała na kolanach pani Marty. – Chciała pani przecież wiedzieć od kogo. Chciała pani wiedzieć czy nie chciała?
- Chciałam. – odparła niepewnie kobieta.
- No widzi pani, to pani mówię: od Piotra.
- Jak się cieszę. Proszę, niech mi pani poczyta… - obracała kopertę w drżących dłoniach, a jej twarz zwrócona była ku górze.
- Niech pani tak na mnie nie patrzy. Nie mam teraz czasu. O, widzi pani!? – postukała po wyświetlaczu. Telefon szybko powrócił jednak do kieszonki, ponieważ raptem przypomniała sobie o podobiźnie kierownika na tapecie. „Michałowska niby słabo widzi, ale to, co nie ma, to zawsze zobaczy”. Podrapała się po nosie. – Teraz muszę się zająć panem Andrzejem, a potem zajrzeć do pani Marii i jeszcze sprawdzić czy pani Krystyna dobrze się czuje, czy nie boli jej żołądek i nie oddaje rzygów.
- Bardzo panią proszę, kochanie. Tak ładnie pani dziś wygląda.
- No dobrze – w końcu przyszła tu z takim właśnie zadaniem, żeby jej ten list przeczytać. Subtelnie pogładziła swoje blond włosy. – Ale dziś nie będzie żadnego odpisywania. Umowa stoi? – Starała się mówić wyraźnie.
Starsza kobieta przytakując, rozdarła niezdarnie kopertę, poczym przekazała ją wraz z zawartością.
- Proszę poczytać – twarz pani Marty stała się młodsza o dziesiątki lat. – Proszę.
* * *
Jorsburg Północny, 17.01.2017
Kochana Matko!
Na wstępie chciałbym Cię przeprosić za to, że nie odzywałem się tak długo. Jest mi z tego powodu niezmiernie przykro, jednak musisz zrozumieć, że nawał zajęć nie dawał myślom okazji do zebrania się. Rozproszył je po mysich norach. Nie wpływał pozytywnie na możliwość koncentracji, utrzymując przy tym w mocy ten nieznośny stan zmęczenia, o którym tyle Ci opowiadałem ostatnim razem. Nie posłużyło to notabene także mej urodzie. Na prawym nozdrzu oraz na
czubku nosa pojawiły mi się niepokojąco duże wykwity. Ich barwa przywodzi na myśl płótna średniowiecznych twórców, gdzie to sumiennie uzbrojeni rycerze seryjnie przecinają brzuchy swych biednych adwersarzy. Naklejam sobie przed snem plaster wysuszający. Rano obmywam się i stosuję markową maść, którą przepisał mi lekarz. Dolegliwość jednak wciąż nie ustępuje i miewam z jej powodu bezsenne noce. Miewam nieszczęśliwe dni. Jest mi naprawdę dość smutno. Gdybyś znała jakiś dobry sposób…
Dziękuję Ci za wszystkie listy, zwłaszcza za ten ostatni. Przeczytałem go od deski do deski. Kocham Cię oczywiście i cieszę się, że Twoje samopoczucie nieco się poprawia. Postaraj się jeszcze bardziej zadbać o siebie. Wybierz się może wreszcie do dentysty. Niech Ci sklei protezę.
Namawiam Cię także usilnie do porzucenia nałogu jakiemu się oddajesz. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że palenie cygar może sprawiać fizyczną przyjemność, jednak nie zapominaj, że tym samym niszczeniu ulega świątynia Pana, jaką jest ludzkie ciało. Paląc cygara wyrządzasz zatem krzywdę mnie, sobie oraz Najwyższemu.
Chciałbym się z Tobą, najdroższa Matko, podzielić tym co zaszło podczas ostatniego Bożego Narodzenia. Trapi mnie to nieziemsko. Uciska mi duszę, rozrywa wątły umysł. Być może sposobność opisania tych chwil przyniesie ulgę mojemu skołatanemu sercu. Postaram się pisać szczerze, ujawniając nawet te najskrytsze myśli. Zechciej mnie wysłuchać.
To były święta, lecz nie były święte. Splamił je szept kobiety. Splamiły je moje myśli na temat szeptu, na temat spojrzenia. Spoglądała na mnie bez śladu braku wzruszenia. Cała była wielkim wzruszeniem. Ja z kolei mogłem przez tę chwilę być jak chusta w dłoni świętej Weroniki, jak pomocne ramię Szymona Cyrenejczyka, jak ostateczne uchylenie bólu pomiędzy jednym gwoździem a drugim.
Błagała o pomoc, a jej mocno zarysowane oczy zdawały się modlić do mojej osoby. Jakże skromnej, jakże cichej. Pragnęła czegoś, czego nie mogłem jej dać. Ofiarować. Nie byłem w stanie sprostać pomimo najszczerszych chęci. Od czasu mojego wypadku z elektryczną trzepaczką do śmietany mam niestety problem. I właśnie dlatego zostałem ojcem zakonnym. Jestem przełożonym na tym padole, a moja świętość jest niepodważalna i udowadniana niemal każdego dnia przez rozmodlone tłumy. Uzdrawiam, a mój autorytet uderza lawiną w najdalsze zakątki. W krańce. W rejony, gdzie żyją ludzie innych ras, innych narodowości, innych religii. Dociera z łatwością na samo dno tego dołu, tego dna.
Moją siłą jest wiara, ona mnie utrzymuje na powietrzu. Oddycham myślami o wielkości Boga i mojej wielkości przy nim. I oczywiście Twojej przy mnie, droga Matko. Inni ludzie pomogą nam dotrzeć do nieba, trzeba o nich dbać. Trzeba ich karmić. Niech jedzą.
Niebo jest doskonałe i ja jestem doskonały w niebie, jak niebo. Nie mam problemów z niczym i niczym się nie przejmuję, nie myślę o niczym. Niczym są problemy padołu. Są w niebie jeszcze kobiety. Nie myślimy, jest idealnie. Bóg nam dopomaga.
Taka idea przyświeca mi odkąd moja zawodna pamięć nie zawodzi w stopniu niepomiernym. Od piątych, może czwartych urodzin. Wiara wpajana mi była przez Ciebie, kochana matko i zarazem matko moich nieudanych sióstr: Pauliny, Katarzyny i Lucyny. Myślę, że wszystkie kobiety o tych imionach są pomyłką Boga, czymś co nie powinno było powstać, zarazą upadlającą padół do dna dna, a nawet pod dół, gdzie nawet dna nie ma. Nie będę o nich pisał, ponieważ zabraknie mi tchu w płucach, palce odmówią posłuszeństwa, a umysł przestanie funkcjonować. Mam taki plan, aby Bogu o nich nie wspominać.
Jestem Ci wdzięczny i klękam pokornie w myślach przed Tobą. Za każdą wspólną modlitwę i za każdy kawałek chleba ułamany i poprzedzony boskim słowem, co buduje skały. Dziś nie straszne mi wielostopniowe sztormy. Powódź zatapia innych, ja przetrzymuje każde trzęsienie ziemi. Apokalipsa zabierze resztę, ja przetrwam. I to z uśmiechem na twarzy.
Oni upadają, czołgają się, nie wstają. Przeraża ich myśl o awarii lodówki, pęknięciu noża, zagubieniu telefonu komórkowego. Ja siedzę uśmiechnięty w fotelu czy na brudnej trawie. Zasypiam w apartamencie czy w jaskini. Budzę się choćby w psiej budzie. Doznaję iluminacji oglądając niedzielny zachód słońca. Widok mokrych saren skubiących zroszoną, wczesną trawę rozszerza moje źrenice, przyspiesza bicie serca. Dech zapiera trzepotanie skrzydeł pazia królowej. Dokarmiam ćmy, które uderzą przypadkiem w majową, książkową noc o rozgrzaną lampę. Bardziej przemawia do mnie kolejna ryba w niezdarnym hauście słonej wody niż suma wszystkich aktorów i prezenterek w reklamach najnowocześniejszych pojazdów silnikowych na czerech kołach. Wszystko dzięki Tobie, Mamusiu.
Przed noszeniem żebraczych szat, odżywianiem się korzonkami, piciem deszczowej wody powstrzymuje mnie tyko pozycja społeczna, z której przecież jesteś taka dumna. Co powiedzieliby ludzie, gdyby okazało się, że przemieszczam się w czasoprzestrzeni gorszym środkiem czterokołowym niż oni? Że ich duchowe guru ubiera się jak ostatni żul, nie stosując się do wymogów współczesnej mody? Co pomyśleliby o tym Twoi przyjaciele? Czy nadal mogłabyś patrzeć im prosto w oczy? Czy nie straciłabyś ich sympatii i szacunku?
Myślę, że również Najwyższemu odpowiada właśnie taki porządny, zadbany wysłannik, przywódca, natchniony pasterz, uniżony sługa jak ja. Z tego właśnie powodu muszę dbać o swój organizm i nienaganną prezencję.
Jedyną rzeczą, której naprawdę się obawiam, która mrozi mi krew w nabrzmiałych żyłach, jest powracająca w koszmarach wizja boskiego gniewu skierowanego w moją stronę. Robię wszystko aby tego uniknąć. Czynię co mogę, choć nie wiem czy zawsze dość skutecznie. Aby rozwiać te wątpliwości, opisuję Ci przeto wydarzenie, jakie ostatnio wzbudziło mój silny niepokój i niepewność co do słuszności czynów oraz myśli.
Po mszy świętej udałem się wtedy na zaplecze, do swojej komnaty. Ta kobieta już tam była, czekała na mnie przy zgaszonym świetle. Musiała wejść samopas, chociaż nie wiem jakim sposobem, jakim cudem czy raczej złym czarem.. Paliła cygaro, a dym z jej ust trafiał w centrum mojej powyginanej duszy. Zapaliłem światło.
Jej nozdrza zahaczały o doskonałość niebiańską. Dzięki nim mogła oddychać północna półkula świata. Ziemię wprawiały w drżenie łąk, a ludzi w kobiecą zazdrość, męską tęsknotę. Pomyślałem, że od tej chwili kobieta ta będzie moim lewym płucem, zastąpi mi to, czego zastąpić się nie da i stanie się tym, czego mieć nie mogę. Przeszło mi przez głowę, że polecimy tam, dokąd polecieć się nie da, że obejrzymy z bliska neheh Ozyrysa, a potem pobiegniemy na łąkę karmić gołębie.
To nie była jedna z kobiet jakich pełno na moich naukach. Nie widziałem jej jeszcze na żadnym ze spotkań. Zapamiętałbym. Zapisałbym. Nie mógłbym zasnąć. Pogubiłbym się.
Na moje spotkania przychodzą wyłącznie ludzie, których nikt nie kocha. Mają nadzieję, że chociaż tutaj ktoś im powie, że może tutaj to usłyszą, to coś. Często liczą przy tym na uzdrowienie chorej ręki, poprawę słuchu, wybawienie od zatwardzenia albo zgrzeszyli i chcą uśpić sumienie w prowizorycznej kołysce. To są ludzie kolejnej kategorii.
- Moi kochani – przemawiałem kilkadziesiąt minut wcześniej - Bóg jest wewnątrz i obok was, tak jak wy jesteście wewnątrz tej świątyni, tuż obok mnie, tuż obok innych najbliższych przyjaciół. On jest jasnością, my jesteśmy ćmami. Jaśnieje światło nocnej lampy. Podążamy, pragniemy być jak najbliżej, najbliżej. Niech omijają nas głowy, które nie chcą ciepła. Niech dążą ku nam ogrzane głowy innych ciem. Tak zimno jest na zewnątrz tej jaskini.
Najdrożsi, jesteśmy jak psy! Wyrzucone przez los, zagubione – biegniemy, biegniemy. Nasz właściciel przecież lamentuje, rozpacza, tak nas potrzebuje. My jego bardziej. Nieważne wszystko co wokół, trzeba zdążyć. Inne sprawy nieistotne. Co obok niepotrzebne – bez tego da się jakoś żyć. Nawet później. Nawet bardziej.
Kobieto, którą moje oczy lokalizują. Tutaj, w ciemnościach tego pokoju, tej mysiej nory. Akurat dziwnym zbiegiem okoliczności. Nasze oczy zbiegły się. Patrzysz na mnie, ale jak możesz na mnie właśnie patrzeć. Nie wyróżniam się. Ja nic nie potrafię, tylko oszukuję ludzi. Która masz lat 20, a ja 50, lat 30, a ja prawie 60. Masz przecież niecałe 18 lat, a ja już przekroczyłem 100. Jestem za stary dla Ciebie, jesteś za młoda dla mnie, jestem za niski dla Ciebie. Zbyt otyły. Jesteś zbyt smukła. Wiesz, mam coś na nosie. Ja jestem już za tą granicą. Poza nią dawno Kidy już nie da się czegoś czuć do kogoś. Kogokolwiek. Poza sobą. I kiedy nie ma się już na nic czasu ani nawet resztek sił. Już się jest rozstrojonym i rozbrojonym. Wytartym przez czas i zniszczonym. To nie może się udać To się nie uda, już nie potrafię. Ja nigdy nie potrafiłem nic dać. Źle bym się czuł jeno biorąc. Źle się czuję.
- Co pani tu robi? Proszę się ubrać i wyjść.
Kochana Mamo, kiedy wyszła...
Tej i kolejnej nocy, kolejnego poranka, popołudnia i wieczoru. I kolejnego dnia i kolejnej nocy. Nocy żywych trupów. I kolejnego dnia i nocy. I przez kolejne dni. I noce… Roztrzaskany i zatopiony byłem jak okręt. Roztrzaskany i zatopiony jestem jak okręt.
Wiesz Mamo, kiedy będę szedł po drabinie niebieskiej, niebo będzie ciche. Jego spokój wzbudzi we mnie próbki doskonałości. Takiej, o której śnią tylko najbliżsi Bogu aniołowie. Będę bliżej bliskości, wzniosę się na elipsę. Na wysokościach spotkam świętego Piotra. Brodatego, bosego, siwego i starego. Będzie obleśny, natomiast ja, pomimo starczego wieku, uzbrojony w eliptyczną siłę, pięknem przygniotę syberyjskiego mamuta. Będę krańcowa umysłowością, mając równocześnie póki co jedynie próbki przecież.
Pójdę do Boga piechotą, jednak przemieszczając się przy tym znacznie szybciej niż bezprzewodowy Internet najnowszej generacji. Stwórca będzie siedział na chmurze i stary i brodaty. Jego wygląd będzie dalece nieciekawy, jednak w niegodnych wzbudzi, we mnie nieskrywaną radość.
- Jak się nazywasz chłopcze? – zapyta niskim, chropowatym głosem.
- Jestem Piotr Michałowski. Przybywam ze smutnych krain.
- Cały świat jest wesoły. To Ja go stworzyłem, więc jest doskonały!
- Jest doskonały, ponieważ Ty go stworzyłeś. Smutek tych krain nie oznacza braku doskonałości. Jest to tylko specyfika ludzi pełnych ambicji żyjących w gnoju. Gnój jest piękny Panie, ponieważ Ty go stworzyłeś.
- Tak, ja go stworzyłem. Czy byłeś dobrym człowiekiem?
- Starałem się. Próbowałem z całych sił, jednak jestem niegodny. Jestem małym pyłkiem, o Panie. Najniższy z Twych sług, najmniej pojętny. Najbliżej mi do dna, jestem nikim. Moja małość i marność wielkim mi była obciążeniem. Panie pozwól mi obmyć stopy Piotra mimo, że jestem tego niegodny. Pozwól, a uratuje to Twego uniżonego sługę. Jestem nikim.
Umyję zatem stopy świętemu, co być może pozwoli na zmniejszenie liczby pytań. Być może nie będę musiał zatajać istnienia sióstr, ale jeśli nawet zapyta:
- Czy miałeś rodzeństwo?
- Ja niegodny nic nie posiadałem.
Nie chcę Cię, droga Mamo, prosić o radę, choć o taką możesz się oczywiście pokusić. Chciałem jedynie zrzucić z barków część przygniatającego mnie ciężaru. Chciałem tylko podzielić się z kimś swoimi problemami.
Zgodnie z Twoimi prośbami do listu załączam 100 euro.
Piotr, Twój kochający syn
© 2011 Robert Zdrenka
mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > List od syna
© 2005-2011 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput