Z cyklu „Marzec 1945”:
Dziwna była ta zima, dziwna bo okrutnie wojenna, ale i barokowo kolorowa. Kończyła się też niezwykle tak jak się rozpoczęła. Już na początku grudnia przyleciały wielkie eskadry jemiołuszek. Objadały się żarłocznie perłowymi jagodami jemioły, która szczodrze oblepiła drobnolistne brzozy. Kolorowe jemiołuszki dzwoneczkowo melodyjnie świergotały. Gdy zima schodziła Ferdynand Uxakowski załamał ręce, w tym przypadku nie z bezsilności, ale z zimna. Potarł je, ciepło, na chwilę. Jakoś zapiekły go czosnkiem oczy, oddech przyduszało kapuchą. Zipnął raz i drugi jak karp wyciągany z wody, powiedzmy trochę ulżyło. Pot świecił jak barani łój na czubku nosa. Zamrugał, jakaś słona gorycz, bo kącikami pociekły drobiny łez. Zbierała się flegma w spieczonym gardle, chyba ma niewielką gorączkę — pomyślał. Śmierdzi, musi śmierdzieć, takie tandetne czasy dopadły ludzi. Fakt, kuchnia tuż za ścianą, a kantyna piętro niżej, cóż, aromatów i powabów gastronomii tuż po wyzwoleniu człowiek się nie ustrzeże. Był zmęczony, w środku pusty, nic w nim nie było, poza zmęczeniem i wspomnieniami. Drętwiał mu kark, sztywniały kolana, łzawiły oczy, psychicznie również z trudem odnajdywał się w rzeczywistości. Czując wzrok Wandy na sobie, bo nie patrzył na nią, tyle co spod oka, tylko przewracał bezmyślnie jakieś papierzyska, przełykając ślinę zaproponował, tylko dlaczego półgłosem. Przecież nie miał powodu aby się wstydzić — Chciałbym pomóc paniom, jakoś konkretnie. Może zimno paniom w nogi? Może być, że zimno, nic dziwnego, tutaj jednak góry, bywają ostre zimy, natura nie żartuje. Chętnie załatwię obu paniom ciepłe buty, jutro, może być jutro? — Urzędowanie jakie to urzędowanie, regularny burdel i tandetna prowizorka, a obiecywali, a zaklinali się: Towarzyszu majorze, wszystko będzie na czas, wszystko się skombinuje, wy się o detale nie martwcie, tylko działajcie, i dawajcie efekty do sprawozdania. A jakie tu można mieć efekty, jedno odrapane biurko, dwa krzesła, jest taboret, czyli dwóch można jeszcze posadzić. Nie, no wyposażenie dostał jakby nie patrzeć. Mały słoiczek z nieprzekonywującym płynem, który udaje atrament, ułomek ołówka, wydrapana obsadka, stalówka za to nowiutka, chyba jedyne wytłumaczenie, że prawem kontrastu. Kilkanaście afiszy manifestu spięte gumką, orzeł bez korony czyli piastowski, dwa bruliony do szkoły powszechnej i stosik bibuł. Nie bardzo wiadomo dlaczego akurat bibuły tyle. Pióro i atrament kupił za własne i dlatego, że własne zabierał na kwaterę, w biurku nie zostawiał, choć do każdej szuflady był stosowny klucz. Srebrzyste refleksy odbijane od śniegu przenikały do gabinetu ironicznie podkreślając nędzę urzędu. On się do tego ciężkiego gmachu nigdy nie przyzwyczai. Podobno przed wojną był tutaj internat seminarium duchownego, ale może to plotka.
Wanda spuściła na sekundę oczy, jakby coś sprawdzała. — Nie, dziękuję panu, buty, nie, ciepło nam w nogi. Uchowałyśmy szczęśliwie syberyjskie pimy, te mrozy nie są nam straszne, pan wie co warte są prawdziwe syberyjskie pimy? — Pod biurkiem rozcierała pokątnie ścierpnięte kolana, coś tam zobaczył, ale udawał że nic. Przesunęła palcami po powiekach, jakby szukała łez, to był gest taki bezbronny i proszący, że zawstydził się. Nad dziewczęcym nosem, nisko, zarysowała się prostopadła zmarszczka. Roztarła ją po paru chwilach palcami.
Uxakowski gorzko uśmiechnął się — On by nie widział co są warte pimy! Przed wojną wykrzyknął — paradne, dziś tylko wyszeptałby — tak się złożyło człowieku, że znam wartość porządnych butów, bardziej je cenię niż byle jaką przyjaźń. Zapamiętał te buty, w których zobaczył ją po raz pierwszy po ponad czterech latach. Gdzie to było? W tamtej stodole, czy też magazynie — do dziś nie dowiedział się co to dokładnie było, pod dziurawym dachem, w plewach, dziki kot prychał na belce. Zlodowaciała słoma chrzęściła, jakby chodziło się po skorupkach od jajek. Pamiętał jak wyrwał ją z łap, tego z rudymi brwiami, mongolskimi kośćmi policzkowymi, z jak czerwona pijawka wargami opitymi samogonem, albo frontowym spirytusem, nie istotne czym, ale to było niewyobrażalne bydle. Więc to nagrzane, jurne bydle wrzeszczało, pluło, groziło, że ona jego, trofiejna, że znaczy się dla każdego przynależna bo Paliaczka, a że on, jako Polak to pewnie i pomieszczyk, z burżuazją trzyma, małczy, a to po stienku — warczał — że i jego pod ścianę by należało — tak chachrało i pluło to pijane bydle. Musiał z całej siły rąbnąć w tę rozdartą paszczę sflaczałego krokodyla, i kaburą potrząsnąć, inaczej, cholera, nie było sposobu aby ją wyrwać, bo co by dała bumaga z pieczątkami: okrągłą i trójkątną, albo komendirówkę, i co z tego tamten bęcwał i tak w 100% niegramotny, pasterz reniferów, jakiś pomiot po Stieńce Razinie, Czuwasz albo zapity angarski drwal. Przypomniały się słowa — przestroga Kostromarowa — Dozwolona była całkowita grabież, Stieńka, jego świta, jego wojsko, byli pijani okowitą i krwią — powtórzyło się co do joty, raz jeszcze, po trzystu latach. To zdarzyło się wtedy, coś około roku temu, pod Sarnami, w mroźny czas. W szklistą pogodę, jęczało, wyło. Przewalały się śnieżne tumany, chwilami zdawać się mogło, że zerwie się buran. Jak ustawało wycie, wiatr i tak miotał śnieżną krupą i pryskał białoniebieską wodą. Mróz cofał dech do rozbełtanej piersi jakby był lodową pięścią. Ona zziębnięta, schrypiała, czerwona od płaczu, fioletowe napuchnięte powieki, w wojłokowych butach, przydział kołchozowy, kryła oczy gdzie się tylko dało. Zsiniałymi do niebieskości palcami masowała policzki, rozcierała kropelki krwi, z jędrnej czerwieni w róż. Buty-utrapienie, ze trzy numery za duże, śmiesznie i zarazem żałośnie wyglądała jak szła do maszyny. Z początku szła przez te wielkie, lepkie śniegi, pierwsza rękami rozgarniała ile się dało, ale dało się mało, spadały, musiała szurać, przebijać się. Wyprzedził ją, torował i słyszał za sobą, prawie wchodziła mu na plecy — taka wystraszona, jak zipie i łyka łzy. Przebijali się przez zwały śniegu, przez białą i sypką kurzawę, do drogi kawałek, tam czekała maszyna. Wiatr zginał białe gałęzie i miotał strumieniami ościstego śniegu. Słońce takie wyjątkowe, takie słońce zapamiętuje się na całe życie. Jak tropikalny owoc owinięty w delikatesową bibułkę, pomarańczowo-czerwony i bardzo zimny. Bujne aż strach obłoki nad Wołyniem, całe oceany obłoków jakże łatwo i w dużej obfitości szybują, szczególnie obłoki wojenne zimą, od mrozu takie od spodu polizane, bladoróżowe, kęsami dymne. Przy szklistej drodze rosły świerki. Potrząsnęli (które z nich dwojga? Najbliżej prawdy oboje naraz) gałęziami jak z metalu. Kłaki pozlepianego śniegu cięły po twarzach jak rózgi. — Ach — pisnęła, już inna kobieta niż przed chwilą, tam w stodole czy magazynie. Drobny pył śniegowy, którego pełno mieli na sobie połyskiwał jak zimne iskry. W niektórych miejscach (co bardzo go zadziwiło, i zapamiętał, nie potrafił sobie wytłumaczyć dlaczego właśnie to) śnieg ciemniał i rozścielał się jak popiół. Powietrze odurzało, piersi tłamsiło. W końcu sapiąc dobrnęli do szosy. Szofer frontowiec swój chłop, czasu nie zmarnował, przygotował na prymusie herbatę, cud, cóż było robić. Należało się napić. Dużo tego nie było, po pół kubka na głowę. Uxakowski oddał swoją porcję dziewczynie. Szofer ze swojego odstąpił mu łyk. Wyszli we dwóch na drogę, jakaś nieuświadomiona potrzeba intymności nakazywała żeby to ona została sama w szoferce, choćby chwilę. Z nosów kapało, z ust unosiły się obłoczki pary, ale takiej mlecznej, jak z podnoszonej pokrywki czajnika, szron na czole i policzkach — tyle stanów wody na człowieku. — Obywatelu kapitanie chyba nie opłaci się zapalić papierosa? — upewnił się szofer oczami wskazując na maszynę, a dokładniej na kobietę w szoferce. — Niewarto, zaraz ruszamy — odpowiedział Uxakowski i podszedł do szoferki. Ona szła za nim jak dziecko, które myśli przede wszystkim o jednym: aby się nie zgubić. W końcu gdy ona zziębnięta piła jego porcję pochlipując jak dziecko, Uxakowski nieśmiało i nie do końca dał radę wyczyścić, wybierał z jej chustki ości plew. Siniało. Ruszyli po herbacie. Trochę jakoś takoś po przyfrontowemu się rozgrzali, ale czas pogonił. Pamiętał te spalone, wyludnione wioski, nieme bez psiego szczekania, bez dymów, bo ludzi nie było, psów i kominów. Kolumny szarego, wymęczonego wojska, pełzające tabory, nędzne konie, wywrócone fury po rowach, stali taborowi, głownie Tatarzy, palili ogromnie smrodliwą machorkę i czekali. Na co czekali, do końca nie wiadomo. Nieduzi, zgrabni, młodzi, bardzo podobni, jak jedna rodzina. Z samochodów jadących naprzeciw rysowały się niebieskie dymki, delikatne, jak wyciągnięte spod oszczędnego rylca Fabergera. Wraki rozbitych czołgów — przekładaniec: niemieckie, radzieckie, przypominały szare cielska zdechłych wielorybów. Miał wrażenie, że ogląda szereg obrazów a nie rzeczywisty świat. Zapamiętał huczący i gwizdający zaczepnie cierpki wiatr, prawie nigdy nie ustawał, był jak szum morza. Pagórki migały i migotały nakryte twardym śniegiem, o seledynowym poblasku, jakby zawsze był nad nim wczesny zmierzch. (Już wiedział, sam doświadczył dlaczego tak to wygląda, tam gdzie przesiedział, trzy lata z hakiem, na Syberii). Zamarznięte na niebiesko rzeczułki, czerepy popalonych drewnianych mostków, szkielety wysadzonych mostów. Zimne, jakby przemarznięte na kamień lasy, trudno było uwierzyć że już za miesiąc odtają. Śnieg wygładził parowy i wąwozy równo z polami, drogi zawiało, zaspy wielkie jak kościoły. Mieli szczęście przed nim przejechały czołgi, wytyczyły ogólny kierunek na Zachód, poza tym kierowali się po kikutach wysadzonej linii trakcji elektrycznej wysokiego napięcia. — Pan mnie chyba pamięta? Pan mnie rozpoznał? Jakie szczęście! Chyba tak bardzo się nie zmieniłam, chociaż to tyle lat, ludzie się zmieniają a zwłaszcza kobiety, kobiety starzeją się szybciej od mężczyzn, co pan o tym myśli? Zgadza się pan z tym co mówię? — badała spod uniesionego kołnierza szynela. Na to on, nieomal krzyknął. — Drobiazg, teraz to drobiazg — twarz obrzęknięta poczerwieniała jeszcze bardziej, chuchnął. Ona postawiła oczy. — Co drobiazg, jak pan tak może! — i szarpnęła kołnierz szynela. Dał jej szynel zdarty z zabitego, nic innego nie miał, a szukać, dogadywać się, szkoda czasu, niebezpiecznie. Burknął, że tak, że poznał, nerwowo pokręcił się — że oczywiście, ale, na Boga, nie wiedział co ona zacz. No bo jak?
Jedno wiedział, że gwałcona kobieta, ale jakby każdą gwałconą się zajmował! Krzyczała po polsku, broniła się do krwi, Polki w takich sprawach są jak wściekłe kocice, walczą, gryzą, kopią, drapią, oczy wydłubują. Inaczej niż Ukrainki, czy Rosjanki, te są fatalistkami, zgwałci — bieda, ale może życie daruje. Nie dawała się, znaczy dobra Polka, dlatego walnął tamtego Buriata albo Baszkira, cholera wie dokładnie, co to była za pijana swołocz. Dziś by nie rozpoznał nawet jakby mu pod oczy podstawili.
Nie ujechali daleko. Silnik zaczął prychać i rzężolić, szarpał, dławił się, zajęczał i zgasł. Jak przestał szarpać szofer zdecydował. — Dalej nie da rady. Towarzyszu kapitanie, musimy wysiąść, trzeba zajrzeć pod maskę. Co za pokrętna gramatyka — musimy. Żachnął się Uxakowski i spojrzał na dziewczynę, w jej łaknące bezpieczeństwa oczy i zgodził się. — Dobrze, ale musicie podjechać pod tamtą chałupę, spróbuj zapalić, nie będziemy pchać się przez zaspy. Udało się, podjechali. W śniadej izbie czereda dzieciaków i matka burakolica, w łachmanach, zachrypnięta, wystraszyli się: białego orzełka i broni. Drobny staruszek, chudy, o pomarszczonej w siatkę twarzy, cały czas płakał, nie ruszał się z zydelka w zapajęczałym kątku. Uxakowski ledwo rozpiął płaszcz, powiesił na gwoździu czapkę i usadowił dziewczynę przy piecu szorstko (na wojnie oficer do cywilów tak musi) kazał zagotować wody i dawać herbaty. Herbaty nie mieli, albo ukrywali, jakby każdego z drogi teraz raczyć herbatą… Bez wahania Uxakowski dał własną. Znowu pili cierpki, niesłodzony wywar. Siedzieli na ławie, blisko, nieco przeszkadzali sobie, ale dziewczyna nie odsuwała się. Cierpkosłodka smolista woń igliwia łagodnie drażniła oddechy — palili sośninę w piecu, jak biała krypta wyniesiona nad poziom ziemi. Ona szybko i szczerze, jakby do matki, przyjaciółki, albo spowiadała się księdzu wyznała, cały swój los, mądrze robiła, on był ważniejszy dla niej od matki, i od księdza — on był jedyną szansą. Wyznała wycierając oczy rękawem. — Musiałam pojechać aby szukać pomocy, na dwa dni, mówili mi, że w Sarnach przechował się profesor-psychiatra. Uczeń samego profesora Chodźki, niewiarygodna szansa. Wetknął jej chusteczkę. Pokiwała, że jest i za to wdzięczna. W zamyśleniu zbierał myśli, co teraz można z dziewczyną zrobić, zgrzytał zębami i skrobał czubek nosa. Pił herbatę grzejąc obie dłonie. Ani jednego nazwiska, tylko wymiennie matka-teściowa (po kresowemu świekra), pojął, że w tym przypadku chodzi o jedną i tą samą osobę, mąż, którego zabili banderowcy, teść którego zabił nie wiadomo kto. Prawie cała wieś wymordowana, połowa spalona. Może to brutalnie, ale jakby tak ścisnąć w garści: same ogólne, bo typowe epizody, które mogą dotyczyć wielu, nic charakterystycznego! Nie miał odwagi zapytać jej rozdygotanej, rozbitej, wprost, jak się nazywa, kim jest? Coś się kojarzyło, ale to było tak nieprawdopodobne, że bał się to nazwać. Czyżby, nie, cudów nie ma? Drobny staruszek przestał płakać i zapadł w sen, z cicha pochrapywał i pociągał nosem. Gospodyni wydostała ogarek świecy cerkiewnej, ulokowała na spodeczku i podsunęła im pod oczy, dając tym samym wyraz przekonaniu, że człowiek w mundurze prędzej czy później zacznie coś czytać. — Nie trzeba zapalać lampy, naftę oszczędzajcie ojczulku — wyprostował sytuację Uxakowski — Nie pojęte, że Pani sama wyruszyła w nieznane, teraz, przecież ledwo co przeszedł front, sytuacja jest nie ustabilizowana, to jest szaleństwo albo bohaterstwo, sam nie wiem…? Trzeciej możliwości nie ma! Dziewczyna spuściła głowę, wyraźnie zawstydziła się nim odpowiedziała. — Musiałam, nie dla przyjemności, nie miałam innego wyjścia. Rozkudłaczoną głowę z bezmyślnymi i śmiesznymi oczyma wsunął szofer i melodyjnie po kresowemu oznajmił, że maszyna gotowa i można jechać dalej. Znaczy się sprawił się znakomicie. Chciało się dopowiedzieć. — Z Bożą pomocą. Tak, olśnienie, te oczy już widział, pamięć wróciła, z trzaskiem wysunęła się szufladka w szafie wspomnień. No tak, widział je, lśniące ogniem młodości, beztroskie i jakie kuszące! — Boże, ale dziurawa głowa. Pani jest siostrzenicą pana prezesa Podkańskiego, pani ma na imię Wanda, ależ tak, piękna panna Wanda z Warszawy, ja u państwa spędziłem ostatnią noc w Rudawce przed wyjściem na Zaleszczyki! — przygryzł dolną wargę. Na jego twarzy malowało się upokorzenie i zawstydzenie, że jak on mógł nie poznać od razu! — Zgadza się. Tak, króciutko to było przed pierwszymi bolszewikami — przytaknęła z cichych jękiem. Ale przemógł się, ustroił twarz w powagę, chciał wzbudzić w niej zaufanie. Ona go jednak poznała. Przecież faktem jest, że bardzo zmienił się od września 39, postarzał, pobladł, posiwiał, stracił kilka zębów, wysechł, zaznaczyły się grube żyły, podobne do starych blizn. Nawet głos mu się obniżył, teraz już nie mógłby śpiewać tenorem.
— Tak po prawdzie teraz nazywam się Winnicka, ale z pewnych względów muszę znowu nazywać
się Podkańska, dziwne i pokręcone, Podkańska, proszą zapomnieć że kiedykolwiek nazywałam się inaczej — poprawiła. Z ulgą wyrwali się z zakisłego smrodu. Pobiegli, on wyforsował się na dwa kroki. Kryształowe, szronem powleczone gałęzie rąbnęły w twarz. Nie wyminął, ręki dla osłony na czas nie uniósł. Śnieg skrzypiał i chrupiał pod nogami jak szkło. Rozpoczęła szczegółowo opowiadać historię swojej gehenny, skoro tylko usiedli w samochodzie, w kojącej, słodkiej woni benzyny i szumu silnika. On pytał, ona odpowiadała. Musieli się tym bardziej śpieszyć, gdyż ogarniały już różowe pyły zimowego zmierzchu. Wschód mroczniał zimno, zachód kąpał się w mokrej, niezdrowej czerwieni. Po śniegach śmigały zielone pręgi cieni. Mróz tężał, powietrze błękitniało, wyostrzało się jak dotykany językiem lód. Słuchał, z przymkniętymi oczami, jakby sobie przedstawiał opowiadane obrazy, mrocznej i krwawej opowieści, o losach warszawskiej, dumnej panny, na tej skatowanej ziemi, i coraz bardziej nie mógł się nadziwić, ile człowiek jest w stanie znieść. Jak maszyna weszła na oczyszczony trakt, na skraju drogi stały patrole, doszła w opowieści do końca — do tego święta Jordanu przechowały się na kolonii starowierców, przy zbawczych Howańskich lasach. Jak tylko przewalił się front, usłyszała o tym doktorze i wyrwała się go odszukać — Bardzo nierozsądnie — ocenił — Jego ocena dla niej nic nie znaczyła. Z naciskiem upominała. — Koniecznie musimy mieć nowe dokumenty, nasze spalone albo rozwleczone, najlepiej chciałabym mieć dokumenty na nazwisko Wanda, z domu Winnicka, córka Łukasza i Aleksandry, urodzona w Rudawce, wdowa po Wiktorze Podkańskim, niech pan pamięta, że Hallerówka i Rudawka zostały doszczętnie spalone, żadne archiwum, ani zubelka dokumentu nie zachowało się, świadków też nie będzie, mało kto przeżył, to jest dla niej szansa, ona musi mieć swoją złudę, fałsz trzyma ją przy życiu, czy pan to rozumie? Czy to da się załatwić — pochwyciła rękę Uxakowskiego. Uxakowski oczami dał znak, że rozumie, że akceptuję całą tę mistyfikację, i ażeby uważać — przecież nie byli sami przy tej rozmowie. Właśnie szofer odwrócił się i tonem, jakby sobie żartował oznajmił — Melduję towarzyszu kapitanie, że dojechaliśmy. Chytrze cmoknął i zatrąbił. A potem, już tak mimochodem, grzebiąc w silniku bąknął do Uxakowskiego, który tknięty instynktem zwierzęcia, pochylił się, że niby też doszukuje się defektu — Panie kapitanie, ja też przecież Polak, ja znam życie, ja też trochę kresowiak, my spod Hrubieszowa też umiemy milczeć, jak Pana Boga kocham.
Wartownik, chłop niebieskooki, zdzierał sople z chropowatej brody, od mrozu miał czerwone spojówki. Skrzywił oszronione wargi. Uxakowski pochyliwszy się w spotniały kołnierz szynela szepnął Wandzie do ucha. — Nie musi pani nic więcej mówić, postaram się załatwić wszystko po pani myśli. Niech pani się trzyma! Trzeba ufać ludziom, ja, jakbym nie zaufał tam na Workucie, jednemu człowiekowi, to bym dziś gnił pod podkładem kolejowym. Ja mam niespłacony dług względem pani i pani matki. Poruszę niebo i piekło, powinno się udać. Ona zazgrzytała zębami, z mrozu czy z przejęcia.
Zaskoczenie z gatunku tych kompletnych, gdyż kobieta w mundurze oficera NKWD, u której przyszło mu załatwiać sprawy była młoda. Pierwsze zaskoczenie. Miała modro-szare oczy, nieco wyłupiaste, ale nie raziły, wprost przeciwnie, zaciekawiały. Miała do tego okrągłą, „uładzono-tatarską”, wyróżowioną, nieco za inteligentną, jak na mundur i front, twarz nawet dobrotliwa, twarz powiedzmy: nauczycielki. Mówiła z wyraźnym północnym akcentem. Zachowywała się poprawnie, więcej, starała się zrozumieć. — To osobista sprawa, towarzyszu kapitanie, proszę tylko na to pytanie mi odpowiedzieć, czy sprawa was osobiście dotyczy? Te kobiety dużo dla was znaczą, czyż tak? — upewniała się dwa razy. Kiedy potwierdził co najmniej trzy razy, ucięła. — Zobaczymy co da się zrobić — na jego wgłębianie się w szczegóły. Udało się, los mu i tym razem sprzyjał. Sceneria owej „rozmowy”, niech tak będzie, że rozmowy, wysoce osobliwa, dla polskiego inteligenta upokarzająca. Jakiś kresowy dworek, cudem albo figlem historii ocalały, teraz by można było powiedzieć nierozszabrowany. W saloniku-biurze pęczniał garnitur simmlerowskich, mahoniowych mebli, na ścianach wytapetowanych pospolitym różem z seledynami: oleodruki, portrety i coś ponadto? Otóż bordowy dywan, na całą podłogę. Nawet wojskowe wyposażenie: akta, telefon, maszyna do pisania nie zdusiło drobno szlachetczyzny do której tak tkliwie tęskni polska dusza. Jednak pamięć bywa przewrotna, w miarę upływu czasu Uxakowski na wspomnienie tamtego wydarzenia uśmiechał się jak do wspomnienia z wizyty w cyrku.
Cały rok ciężki i powikłany minął, a on każdy szczegół pamięta, jakby to wydarzyło się ledwie wczoraj. Nareszcie doczekali się, żołnierz z obsługi wniósł herbatę. Uxakowski chciał go zbesztać, ale przy Wandzie pohamował się. Dziwny żołnierz, żółtolicy, zgarbiony, wydmuszka — niewątpliwie włościański, małorolny syn, typ budowy bałkański, ale miał niezwykle miękkie ruchy, jakby dziewczęce. Szklanki brzękały, niczym ostrogi przed balem, Uxakowski podsunął cukiernicę. — Proszę słodzić do woli, proszę, bez krępacji. — Złapał się na towarzyskim faulu, przeprosił, naprawdę zadowolony, że jest okazja zagadnąć o czymś przyjemniejszym, takim jak formy towarzyskie. Wanda bladymi palcami wzięła trzy szare kostki, wyglądające jak brudny lód. Uśmiechnęła się. — Nic nie szkodzi, jeśli to coś pomoże, może pan mówić do mnie jak panu wygodnie. Z kolei on się uśmiechnął i zapytał półgłosem zerkając na drzwi — Czy odnalazła pani krewnego? Miała już pani okazję zajść na Bodzentyńską?
— Owszem, ale nie znalazłam, ale byłam pod wskazanym adresem, nikt nie chce nic mówić, mieszkanie owszem, jest nic nie zniszczone, mieszkają w nim jacyś ludzie, o mecenasie Tomaszu Winnickim nic nie słyszeli. Mieszkają na tym mieszkaniu dopiero od 42, przed 42 w tym mieszkaniu mieszkali jacyś Żydzi na aryjskich papierach, ale ktoś ich wyszmelcował i poszli do gazu — odpowiedziała.
Uxakowski wyjął łyżeczkę, obejrzał ją pedantycznie, jakby miał w stosunku do łyżeczki polityczne podejrzenia — Mówi pani, że nikt nic nie chce powiedzieć, to mnie nie zaskakuje. Nie sądzi pani, że dziwna kraina, dziwne miasto, bardzo ksenofobiczne, zasklepione w sobie, widzą żeś obcy, informacji nie udzielą, pytasz o drogę na kolej, do dworca, a oni ci odpowiadają — nie wiem, ja nie tutejszy, ja przejazdem. Jeszcze taką minę pognębioną zrobi, żebyś go sam zaprowadził. No, mówisz trudno, pewnie do Kielc w worku przywieziony i jakoś, siakoś sam trafiasz na dworzec, a tu cię szlag chce trafić, bo widzisz draba, jak pije w bufecie piwko, z bufetową jest w zażyłości. Jasne, że swojak. Nie wytrzymujesz, podchodzisz, grzecznie pytasz dlaczego ci nie wskazał drogi, a on-bestia robi niewinne oczy i ci mówi. — A bo ja wiem coś pan za jeden i po co chcesz leźć na stację. Może pan coś złego zamierzasz. Taki narodek. Ale wracajmy do naszych spraw. Mnie się za to udało, swoimi kanałami doszedłem do informacji o panu mecenasie Tomaszu Winnickim, niewiele tego, wyszedł we wrześniu na Wschód, zamierzał przedostać się do Paryża, pani nie wiedziała, że Winniccy posiadają zamożnych krewnych we Francji? Wyszedł z domu jak to się mówi, i słuch po nim zaginął, pewnie nie żyje, może jeszcze herbaty? Tak przy okazji, jeśli chce pani rady przyjaznego człowieka, to proszę więcej nie pytać się o mecenasa Winnickiego, nie wiadomo kogo się odnajdzie, ludzie się zmieniają, to robi się niebezpieczne, pani rozumie trwa wojna, różne sprawy i sprawki mogą wyjść na światło dzienne. W kraju będą wielkie zmiany, kardynalne odwrócenie sojuszów, nacjonalizacja, i te inne… — nie dokończył, słusznie licząc, że ona pojmuje co dokładnie ma na myśli.
Skinęła głową, że tak, on był jej wdzięczny że zechciała, streowował się.
Trudno rozmawia się o tak delikatnych sprawach w murach Urzędu Bezpieczeństwa, oboje mieli tego świadomość. Na korytarzu przydusił dym obleczony w smród i pot, błoto i harmider. — ależ tyle tutaj cywilów, tajniacy czy jakmto z nimi, interesanci? — Wanda zdziwiła się, jakby chodziło o gatunek egzotycznego zwierzątka i lichutką rękawiczką, na zapas potarła przyróżowione ucho. — Uj, ale boli — kropelki potu, szronu, łez połyskiwały na mokrych rzęsach. Ludzie, dysząc i sapiąc ustępowali, rozsuwali się, szli jak w tunelu, jakby prowadził kobietę w ciąży, albo kogoś w żałobie. Człowiek w płaszczu bez guzików, z opuszczonymi nausznikami wojskowej czapki, podniósł dwa reumatyczne palce i chrapliwym głosem zawołał — Chwileczkę towarzyszu majorze, wynikła pilna sprawa, na dwa słowa poproszę — miał zdecydowanie na swej twarzy coś z hochsztaplera.
Uxakowski ze złością spojrzał na wołającego, mało było gromów w jego spojrzeniu, no to warknął — Nie teraz, człowieku, nie teraz, nie widzisz z damą jestem — ujął zdecydowanie dłoń Wandy. Nie protestowała, bo i po co? Rzeczywistość którą ją osaczyła, była następująca: krwistoczerwona jak głęboki narkotyczny sens, noce mielone twardym rytmem patroli, afisze, plakaty wrzeszczące nową nienawiścią, złe „butelkowe” w swej beznamiętności twarze przechodniów, kolejki długie bez końca po cokolwiek, zimno skuwące lodowate i drapieżne. Świat był polakierowany mrozem, kobiety legiony kobiet opatulone w niezliczone swetry, szale, spódnice, palta jak cebule, głos dudniący przez głośniki pod stacją, przetaczający się jak grom, który się wypalił, ale jednak nie do końca, bo na ten głos dominujący piękny starzec jak z Andriolliego, „uczciwy” w całym znaczeniu tego szlachetngo słowa, okulary, wielka biała broda jak łopata, ściągnięty w pasie solidnym rzemieniem, krawat wyskoczył mu na palto, miękki kapelusz zerwał z senatorskiej głowy i jak rab Boży rasową dłonią w rękawiczce żegnał się, jakby skowyt diabła usłysza.Ostatni taki Mohikanin. Nawet hamujące lokomotywy wysapywały resztę pary „już inaczej”.
Mają lokum, owszem na głowę im się nie leje, choć ściany zapaćkane, dławi odór specyficzny smród niewietrzonego zapoconego przedziału pociągu dalekobieżnego, i żyją przy smrodliwej lampie, elektryczność wysiada — jak się teraz mówi, kopeć psuje wzrok, szczur wychodzi na środek izby. Jeszcze ta jej osobista mroczna zakazana rozkosz, gdy się z nim spotyka, a teraz gdy jego dłoń publicznie oplatająca jej dłoń, wielki Boże, wszystko już przecierpiała przecież, ludzie okna szczelnie zamykają tak już siódmy rok, poza nimi rozpada się stary lepszy świat, głód, nienawaść głoszona podniośle karczemnym żargonem i miotająca wściekłe przechwałki, życie człowieka nic nie warte, ludzie na tyłach giną setkami, na froncie tysiącami. Życie, o jakim życiu można mówić, wegetacja przecież biedna, bez nadziei szara jak pachwina osła — to porównanie bodaj z Bunina. Z ulgą wyprowadził ją z posępnego gmachu, z galanterią zgoła przedwojenną przytrzymał ciężkie, bankowe drzwi, na śliskich schodach ponownie ujął powtórnie za rękę, tak na wszelki wypadek, ale zaraz puścił wyczuwając, że ona sztywnieje. Chyba w podzięce za tę jego późniejszą delikatność uśmiechnęła się. Na raz oboje spojrzeli na park za różowo-kamienną bramą. Na śnieg pod drzewami upstrzony mroźnymi, czerwonymi pasemkami, na żelazne ogrodzenie spotniałe od mrozu, aleja Biruty zieleniała w jakieś dziewiętnastowiecznej powadze. Chwilkę patrzyli na zimno-zielone jak agrestowy kisiel cebulowate tuje obleczone w białych kożuchy ze śniegu, na bezlistne drzewa przypominające zimne rzeźby, na ich ocukrowane szklistym szronem gałęzie. I na porozrzucany chrust na błękitniejących ścieżkach. Tu i ówdzie w parku chodziły warty z karabinami na ramionach, z daleka wyglądało jakby nosili motyki o wydłużonych styliskach. Po drugiej stronie brukowanej ulicy, zsuwającej się ze wzgórza, krągłego, jak młoda, kobieca pierś, odsalutował wchodzącemu patrolowi. Chłopcy dymili zmęczeniem. Zobaczyli jak żołnierz ogromny, kędzierzawy pochyla się nad ogniskiem i kawałkiem sztachety grzebie za pieczonymi kartoflami. Kilkanaście kroków za nimi szedł kiwając się na boki, niczym marynarz na przepustce krępy, czujny człowiek. W krótkiej kurtce z szarej wełny, z kołnierzem z czarnego baranka, w długich butach-oficerkach, nad głową wdział solidnie toporną sowiecką uszankę. Prawie od razu rozszyfrował go Uxakowski — obstawa działa — trochę i na krótko to odkrycie poprawiło mu humor, ale zaraz o tyle samo zirytował się — Nie byli sami, kto wie po co i dla kogo tamten w uszance, złoży raport?
Miasto w permanentnej, łagodnej szarówce, ktoś bardzo znaczący, przed wojną, określił Kielce jako — miasto miłej pogody. Czarno-szare budynki, jak wycięte z mokrego papieru pakowego, migały świeżymi szybami. Zima zelżała, niebieskie horyzonty na krańcach ulic, na pagórkach które obsiadło miasto, liczne, czarne łaty golizn, wylizanych przez wiatr. Wrony, i gołębie zgodnie obskakiwały kupę świeżego końskiego nawozu. Słońce bezczelne przesadnie rumiane, bo chłopskie, pocięte czerwonymi żyłkami, przygrzewało i łechtało oczy, jakby się droczyło.
Uxakowski zdecydował się, że ją podprowadzi pod sam dom, nie zapytał czy pozwoli?
Szli kawałek ulicami i zaułkami milcząc. W miękkich wojłokach stąpała uroczo i nieporadnie jak niedźwiadek, który się uczy chodzić. Zamarznięte kałuże upstrzone papierzyskami błyskały zimnym niebieskliwym poblaskiem, musieli je obchodzić. Deptali oboje te kałuże, jakby rozgniatali błękitno-siwe meduzy.
© 2008 Tadeusz Zubiński
mroczna.art.pl > Rękopisy > Marzec 1945 > Marzec 1945 (część 1)
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput