Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№30 czerwiec 2008

Z cyklu „Marzec 1945”:

Marzec 1945 (część 2) Tadeusz Zubiński

Od ciężkich wozów, ciężarówek drżało powietrze, jak dzwoneczki jęczały szyby w oknach kamienic. Wąsaty szpakowaty dozorca w kaszkiecie, do pasa owinięty skórzanym fartuchem, szuflą wygarniał śnieg spod bramy. Wyszli na główną ulicę, kolumna ciężarówek przyjeżdżała w kierunku dworca. Studebackery, rozklekotane, warcząc, sycząc i sapiąc toczyły się. Uxakowski ukradkiem splunął, udając, że coś musi sprawdzić na afiszu krzyczącym czerwienią. Zatem ciężarówki gnały w stronę dworca. Na dworcu i wokół niego ruch, wędrówka ludów. Ludzie rozpalali ogniska, grzali się przy ogniu jak nomadzi, w poczekalni koczowały całe rodziny. Reakcje były różne, cała paleta, jedni śmiali się, inni płakali, podnieceni albo też popadali w stan odrętwienia, byli też tacy, którzy spodziewali się śmierci w każdej, następnej minucie albo aresztowania. Szeptano o wywózkach na białe niedźwiedzie.

W bufecie, na okrągło, w największym kotle gotowano grochówkę, chleb wojsko dowoziło, dwa razy na dzień, regularnie. Mężczyźni łapczywie palili papierosy, jeden po drugim, handlowali czym się dało, politykowali, optymiści marzyli o nowym życiu. Kobiety przytulały zaziębione dzieci, modliły się za dusze utracone, próbowały rozszyfrować sny. Ale z najgorętszym zapałem opowiadały innym kobietom o okupacji, chorobach dzieci, i o Zachodzie, na który tylko co ruszą pociągi z osiedleńcami, to oni tam wyjadą, całymi rodzinami.

Tu, gdzie on i ona zatrzymali się, na chodniku szerokiej, szarobrązowej ulicy obstawionej czynszowymi kamienicami, ani śladu białego świętokrzyskiego śniegu. Zalegała płowo sina, chropowata bryja jak zamarznięte pomyje. Uxakowski spojrzał w górę ulicy, upewniał się czy nic nie jedzie. — No to chodźmy, przespacerujemy się jak ludzie przed wojną — powiedział półgłosem i skierowali się w dół. Przeszła i zamigotała cud-dziewczyna: prześliczne błękitne oczy spod czarnych rzęs i naturalny róż na policzkach. Oczy wymowne i nieszczęśliwe. Przeciskali się przez szemrzący tłum sprzedających i kupujących. Niektórzy widząc oficerski mundur rozstępowali się, innych musieli wymijać. Starszy, siwowłosy i długowłosy pan, z policzkami pełnymi fioletowych plamek, o szacownym wyglądzie maitre d’hotel, ze skórzanej torby przerzuconej na pierś przez bordową, lichą jesionkę, sprzedawał wystraszony coś drobnego, coś co można było schować w dłoni, jak paczkę zapałek. Może to były zapałki? Różowa od ostrego powietrza twarz, okolona staroświeckimi, lokajskimi bokobrodami, wykrzywiła się na widok majora i dziewczyny, ze wzgardą. Dziwna twarz, zwraca uwagę, jeszcze ten podbródek, chyba ostatnio bardzo wyostrzony, bo wyglądał nienaturalnie, jak doklejony. Z bliska dało się zauważyć, że był wylękniony, czoło miał zroszone potem. Z ust oplecionych szronem, podobnych przez to do białej litery „o”, buchała para, jak z dzióbka imbryka. Przechodząc obok niego Wanda nie wiedzieć czemu spuściła oczy. Innemu z kupczących szron zupełnie obsiadł długie i grube jak akselbanty huzarskie wąsy. Ten sprzedawał filcowe buciska podszyte skórą. Cisnął niedopałek papierosa ze wstrętem pod nogi Uxakowskiego. Jakiś człowiek, staruszek — spauperyzowany inteligent, wyglądał na nauczyciela gimnazjalnego, w papasze, blady i siny, też coś wpychał przechodniom z worka przytroczonego do paska. Wystraszony, schorowany, zatęchły, bardzo wczorajszy, zgarbiony — przykry obrazek. Na moście ponad siwą, zmęczoną rzeką, z mlecznozieloną, mruczącą w wyrwach lodu, kilka niechlujnych kobiet z wiklinowych koszyków sprzedawały nabiał. Mrukliwie zaczepiały przechodniów, jakby miały im za złe, że mogą się obyć bez ich produktów. Cuchnęło żołnierskim potem, kapuśniakiem, szmatami, skrobinami, ropą i rdzą. Rozgadane wrony, gawrony, kawki podskakiwały między ludźmi. Pobrzękiwały dzwoneczki u sanek, komuś zamarzył się kulig! Oboje odruchowo przetoczyli spojrzeniami, nic takiego nie wychwycili z tumultu i ciżby, wydawało się że dźwięk uzależnił się od swego źródła. Zatrzaskał jeden strzał, jak korek wyskakujący z butelki szampana w noc sylwestrową. Uxakowski mało skrycie skrzywił się. Nie wystraszył się, ale poczuł się tak, jakby zakłuło go pod sercem. Strzały, giną ludzie, nic tylko walczą, mało im jednej wojny, prokurują domową. Żachnął się. — Sama pani widzi jak odbudujemy kraj, kiedy ciągle strzelają nam w plecy. Naokoło pełno wrogów, jakieś paranoiczne konspiracje, niektórzy nie mogą, albo nie chcą powrócić do normalnego życia, do pracy i nauki, przepraszam, że tak mówię jakbym czytał gazetę, ale czasem…

— Kto strzela? I do kogo? — zapytała, bo czuła, że on tego pytania od niej oczekuje.

— Pani nie wie, kto strzela i do kogo? Oni strzelają, ci londyńscy rodacy, przecież tutaj nie działa UPA, ani nie ma już Niemców, tu mieszkają wyłącznie sami Polacy, i cóż z tego, nic to nie zmienia, rżniemy się tak samo udatnie jak na Wołyniu, chcę pani wiedzieć, dobrze, podam pani parę przykładów z ostatnich dni: pod Zagnańskiem zebrał się oddział NSZ, szykują większą rozróbę. Pod Chęcinami strzelanina, dwóch rannych, do tego pożar magazynu materiałów pędnych, jeszcze dwóch rannych przy gaszeniu, w pociągu do Radomia rabunek i usiłowanie gwałtu na nieletniej, tu w Kielcach w nocy miał miejsce skrytobójczy mord na jednym naszym, weteranie wojny hiszpańskiej, pod Wrzosowem, na Baranowskiej Górze, leśna banda ostrzelała naszych ludzi wracających z Warszawy, ponieśliśmy straty, sekretarz komitetu powiatowego towarzysz Karpik, taki złoty człowiek, społecznik, i zginął w walce ze swoimi, do tego doszło trzech rannych chłopaków z obstawy. I to wiadomości tylko z jednego dnia. Dla mnie to są bandyci i nikczemnicy, degeneraci, wojny domowej im się zachciało, mało mieli partyzantki przed pięć lat, jeszcze ten Jassmont ostatnio mi się napatoczył — tłumaczył z pasją, skarżył się żarliwie jakby brał ją na świadka. Zmilczała, choć chciała zapytać co ten Jassmont, przecież jakby nie było to wielki pisarz, co on ma z nim wspólnego, ale było coś takiego bardziej w nim niż w niej co ją powstrzymywało od zadawania mu pytań, więc zaczął pytać sam — Ale niech się pani takimi sprawami nie turbuje. Jak mieszkanie, wygodne? Sąsiedzi jacy oni, spokojni ludzie, nie pijacy?

Zawahała się, siorbnęła odrobinę. — Ach, mieszkanie, o mieszkanie pan pyta, panie majorze. Bardzo wygodne, ciepłe, do studni mam parę kroków, sklep z pieczywem na rogu, sąsiedzi przyjemni ludzie, zwłaszcza jedna rodzina z Warszawy (z Warszawy nastąpiła wymowa: czulej i ciszej), nieszczęśliwi ludzie, wiele oni przecierpieli, ale zachowali pogodę ducha, dziękuję panu za pomoc, bez pana nie dałybyśmy sobie rady, jeszcze raz serdecznie panu dziękuję, z całego serca dziękuję.

Malutki śnieżek chwileczkę poprószył, miły i uroczysty, jak w wigilijny poranek, kiedy się idzie w najlepszych nastrojach do lasu po jedlinę. Stadko ptaków, chyba kawek, krążyło z hałasem wokoło wieży smętnego kościółka, niby nad ścierwem. Szron sypał się z murów. Krępy człowiek ciągnący za nimi w uszance przytulił się do muru i sikał, taki był pewny, że nie straci ich z oczu.

Zastanawiałem się nad przyszłością swoich pań, swoich ach tak bo poczuwał się do pewnych ojcowskich jednakże specyficznie pojmowanych obowiązków, no i ta sanacyjna rycerskość. Oczywiście mam najlepsze zamiary — zastrzegł się i z ukosa spojrzał jakie wrażenie robią na Wandzie jego słowa. Nic nie wyczytał. Ze ściągniętymi wargami patrzyła przed siebie. Kontynuował śmielej, nawet pozwolił sobie na gest, coś tam niby pokazywał — Doszedłem do przekonania, że najlepiej dla pań byłoby wyjechać z Kielc, na ziemie zachodnie, tam otwierają się nowe perspektywy, łatwiej o mieszkanie, o pracę i — zniżył głos — łatwiej zapomnieć o przeszłości. Tam będzie taki bajzel, przepraszam za grubsze określenie, że każdy dokument, byle z orzełkiem zalegalizuje każdą przeszłość. Jestem przekonany, że to najlepsze rozwiązanie pani problemów. Największa skrytka na ludzi w XX wieku. Łatwo utrwalić obecną tożsamość. Jedźcie, drogie panie, tym bardziej, że pani nie zamierza..? — Wytworzył się pomiędzy nimi zwyczaj posługiwania się swoistym szyfrem.

— Tak, nie zamierzam, ma pan zdaje się rację, wyjazd, nowe miejsca, nowe twarze, można się zgubić, wszystko zacząć od nowa, jakby pan mógł… my same, właściwie… — plątała się.

— Tak, naturalnie, użyje wszystkich swoich możliwości, niestety nie tak od razu, musimy poczekać, wojna jeszcze się nie skończyła, nasze wojska stoją dopiero nad Odrą.

— Już, czy dopiero dotarły do Odry? Ludzie różnie gadają — zapytała unosząc głowę z wdzięcznym uśmiechem.

Uxakowski nim odpowiedział popatrzył na nią nieco zdumiony i zaniepokojony. Ze skarconą miną odpowiedział mocno akcentując duże litery. — No tak, z informacją nie jest najlepiej. Czołówki rosyjskie i nasze, tak, już są nad Odrą — poplątał się, ale po chwili podjął wątek dalej. W miarę jak mówił ściszał głos a ostatnie zdanie wymówił nieomal szeptem — Tak czy siak, wojna jeszcze trochę potrwa, miesiąc, dwa, najwyżej trzy miesiące. Musicie wytrzymać tu do połowy roku, może i mnie uda się załatwić dla siebie służbowy przydział na ziemiach zachodnich, wtedy byłbym bliżej pań. Nie ukrywam, że i ja chciałbym zacząć nowe życie.

Pomilczeli. Czy pani zadowolona z pracy? — zapytał, kiedy uszli kilkanaście kroków w milczeniu. Za bardzo się otworzył. Wanda westchnęła, uczepiła się wzrokiem butów, on zapalił amerykańskiego papierosa z ustnikiem i wsysając w siebie dym ciężko oddychał, jakby dźwigał skrzynię bagażową. — No, widzi pani sama, tak się sprawy mają — powiedział nie bardzo wiadomo do czego konkretnie te słowa odnosząc.

— Tak, jestem zadowolona, to dobra praca w tym szpitalu, bardzo dobra, jakbym jej nie dostała przyszłoby nam z głodu umrzeć — odpowiedziała bez jednoznacznego przekonania. Nie naciskał, dlaczego tak jest, dlatego że w tej sprawie więcej nie dało się zrobić. Praca w szpitalu wojskowym, to przydziały prowiantu i legalizacja. Realnie oceniając sytuację, to biorąc sytuacje na chłodno; panie Winnickie materialnie nie są w najgorszej kondycji. Najważniejsze, że mają dach nad głową, Wanda dostała pracę i obie są razem, a on nad nimi trzymał kuratelę.

Jako oficer Urzędu Bezpieczeństwa ma oczywiście, jak to się teraz mówi, możliwości. Skorzystał więc z tych możliwości. Gdyby teraz siedział na froncie, w okopach, w czym mógłby im pomóc! Oczywiście musiał się zgodzić kiedy towarzysze proponowali aby przeszedł z wojska do bezpieczeństwa. Dobrze, ale pod jednym warunkiem, towarzysze, czy dostanę przydział do Kielc, z tego warunku nie ustąpię — zastrzegł sobie. Zaskoczyli go. Zgodzili się od ręki, gorsze i gorzkie było czym zgodę motywowali. — Wiecie jak was cenimy, zasłużyliście sobie, pójdziemy wam na rękę, dobrze, dostaniecie, towarzyszu, te swoje Kielce. Aleście uparci, Kielce, nic, tylko Kielce, marudzicie — oni też marudzili, z urzędowym humorem, który jest dla drugiej strony zawsze przykry, deklarując, że niby oni tacy ludzcy. Nie znali go. Przeraził się jak powiedzieli „zasłużyliście sobie”, zasłużyć znaczyło, że na dwie strony, u tamtych również. Boże, czyżbym stał się już aż takim łajdakiem. Szalone tempo, a przecież gdyby nie spotkanie z paniami Winnickimi (tak się przyjęło mówić: z paniami Winnickimi) zamierzał się zdemobilizować, tak szybko jak to byłoby możliwe. Może dałoby się wrócić do zawodu, może… Złodzieje i bandyci zdarzają się w każdym ustroju, przestępczość ma niewiele wspólnego z polityką, zwyczajnie zło tkwi z każdym człowieku. Oczywiście, mówiąc w każdym nie miał na myśli nikogo konkretnego — uzupełnił zdając sobie sprawę że to brzmi jak czytaniem z afisza. Przeszli w inną część miasta, mniejszy ruch, prawie przedmieście, jakaś złodziejska stagnacja, znał takie „spokojniejsze rejony” takich miast i tego miasta również, może pobieżnie, z przedwojnia, kiedy krótko pracował w pobliskim Wrzosowie, właściwie został oddelegowany do tego Wrzosowa. I za tamtych minionych czasów, owszem w Kielcach bywał urzędowo, co tydzień, tylko że co tydzień w centrum. No właśnie, ale o tym co było we Wrzosowie chciał zapomnieć, pytanie czy oni pozwolą mu zapomnieć. W tej części zaczynały się wysokie, sino-białe jak z wapna — widma-kamienice, jakby wyłącznie fasady z wysokimi oknami, prowokującymi aby przez nie wyskoczyć, widmowe teraz, gdyż przed wojną zamieszkałe głównie przez żydowską plutokrację wyciętą w Oświęcimiu. W Oświęcimiu — tak się powszechnie powiadało. Przy pożegnaniu, przezornie jak ludzie konspiracji zatrzymali się dwa domy przed kamienicą, w której mieszkały, (bo po co mają sąsiedzi widzieć kto ją odprowadza). Uxakowski podniósł niespodzianie i z jaką chytrością dłoń zamyślonej Wandy i pocałował. Na cienkim przegubie, dokąd dotarł wargami rozchylając wełnianą, lichą rękawiczkę rysowała się siatka niebieskich żyłek. Było ich nadzwyczaj dużo i były wyraziste, od mrozu. Poczerwieniał z dwóch powodów. Po pierwsze, było tak jakby wargami dotknął własnego serca. Właściwie przylgnął całą twarzą, nie tylko wargami. Drugą przyczyną był brak jego wyobraźni, zawstydził się. Rękawiczki, właśnie, dlaczego o tym nie pomyślałem, porządne rękawiczki dla obu. Słyszał, zaraz sobie przypomni od kogo pozyskał pewna informację, że ktoś w Kielcach sprzedaje wyśmienite fińskie rękawice, z psiego futra. Ceny przystępne. Nawet jest szeroki wybór, podobno najlepsze są te z szorstkowłosego teriera — Nalegam, bardzo proszę być dobrej myśli. Od dziś czekają panie tylko miłe niespodzianki. Obiecuję. Zajrzę do pań dziś wieczorem, jeśli można? — zapewniał, w obłoczku pary lekko pociągając nosem. Co należałoby jeszcze powiedzieć? Miał wrażenie, że dziś i tak powiedział za dużo.

Ocknęła się. — Po co pan to zrobił! Zbyteczne ceregiele, przecież nie jestem biskupem, ani matroną, żeby mnie całować po rękach, proszę mnie nie krępować i tak nie wiem czasem co panu powiedzieć, a co myśleć, to jeszcze gorzej. — Po chwili roześmiała się aby załagodzić słowa, krótko i niedbale. — Ale, ale przecież ja nie pogratulowałam panu awansu na majora. Szybko pan awansuje, umie pan się odnaleźć w nowej rzeczywistości — Uxakowskiemu zdawało się że wyczuwa w jej głosie, niby miłym mu, ironię, nawet bodaj czy nie lekceważenie. On szybko awansuje! Żart, albo nie jest zorientowana, w jego wieku powinien być pułkownikiem, jeśli poważnie brać się za karierę wojskowa. Nerwowo rzucił okiem na pagony, jakby nagle doklejone. Prawda, jeszcze nie przywykł do nowego stopnia — Dziękuję za miłe słowa, zauważyła pani. Trochę późno, jestem do tyłu o jeden stopień, ale to nie takie ważne, ważne jest co innego, to awans z okazji wyzwolenia Warszawy, właśnie, czy pani nie tęskni czasem za Warszawą? — zamarł, z nagłą porażany tą oczywistością absurdu zawartą w tym o co zapytał a o co pytać w żaden sposób nie powinien, tym bardziej, że zobaczył jej bolesną reakcję.

Wandzie pociemniały oczy z emocji, zacisnęła usta, pytanie Uxakowskiego wyraźnie ją zabolało. — Ta pierwsza, tamta „warszawska” Wanda Podkańska, może tęsknić, dzisiejsza, ta nowa Wanda niegdyś Podkańska a dziś Winnicka nie powinna za niczym tęsknić, nie ma prawa. Sentymenty mogą mi tylko zaszkodzić, pamięć, po co mi pamięć, więcej złego do wspominania niż dobrego — z trudem odpowiedziała. Odwróciła się, uznał że to pożegnanie i bąknął. — No, tak, trochę zmitrężyłem, ale nie żałuję, cóż, muszę wracać do obowiązków, proszę się ciepło ubierać, i próbować uśmiechać się, ja wpadnę, na pewno wpadnę. Jak pani pozwoli przyniosę jakiś prezent, nic takiego ale zawsze jak to mówią coś. Proszę jeśli można zaczekać na mnie z herbatą — Będziemy czekały, zawsze czekamy na pana, do nas nikt nie przychodzi, ja myślę, że to zły znak — odpowiedziała odchodząc. Chwilę popatrzył, odprowadził wzrokiem, opatuloną, w wielkich buciorach, ale pomimo tego poniżenia i szpetoty odzienia emanuje z jej postaci wdzięk kobiety i zarazem wdzięk skrzywdzonego dziecka. Patrzył, może nawet uśmiechał się, może wtedy gdy brzozową miotłą (z czerwoną szmatką naumyślnie zaopatrzoną, aby ta miotła w zaspie nie zawieruszyła się) oczyszczała buty ze śniegu. Gałązeczki owinięte w szron srebrny fru, fru, pryskały, mrugały, i biała, tortowa pianka, jak spod płóz rozbrykanych sanek w szaleństwie kuligu. Zawrócił, ale dopiero wtedy gdy ona zamknęła drzwi, wyższe od niej o jakiś metr. Najpierw kroczył wolno, zadumany, jakiś okutany szronem, poczętym od tego seledynowego mrozu, upstrzony drucikami szronu zastygłymi na brwiach, pochrypujący, oddychający z jakimś namysłem przez zziębnięte białawe usta. Chłodne słońce i jakieś kocie, przymilne cienie, pospołu wytwarzały ukośne, rozbiegane refleksy na zimnych murach. Śnieg przy północnej, ciemnej ścianie przygniatał kopiastą, cukrową bielą. Jednak słońce z powszechnej bieli, tu i tam wyrywało brunatne skiby gołej ziemi. Przebiegł mu pod samym nosem chudy, desko-boczny pies, akrobatycznie zadzierając smukłe, sarnie nogi jakby był panną z wielkiego miasta która brodzi w mokrej trawie. Przeszła ponura grupa mężczyzn, mrucząc i bucząc, paląc machorkę, z łopatami, szuflami na ramionach. Kierowali się kolumną w stronę zapyziałej stacji, tam udręczeni wsiądą na drezyny, i posuną ze zgrzytem w czeluść borów, aby odśnieżać zawiane tory, gdzieś głęboko w ciemnej puszczy, pod Zagnańskiem.

Prowadził ich młodziutki sierżant-blondynek, z roześmianymi oczami, i śmiesznie zaróżowionymi policzkami, faktycznie jeszcze nieopierzony dzieciak, ale już dziecko wojny, tak przejęty zadaniem, że zlekceważył oficerską szarżę Uxakowskiego, nie zasalutował mimo, że nieomal otarli się o siebie.

Z katedralnego zimnego wzgórza przypominającego kurhan pogrzebanych byle jak bohaterów, zalegajacego jak obręcz pamięci pośrodku środku miasta, rozdzwoniły się dzwony tnąc i rozbryzgując suche sztywne powietrze, mające inkrustacje rybiej łuski.

Pobudzona głosami dzwonów nadleciała naburmuszona chmura, przyobleczona w chmarę wrzeszczących i skrzeczących czarnych ptaków. Obsiadły placyk paradnie i zarazem swarliwie. To były w większej części wrony, przemieszane z gawronami, co jest w normalnych czasach rzadkością. Teraz oba gatunki pospołu podskakiwały i wyrywały sobie mizerne łupy. Na piętrze, w odrapanej do żałości kamienicy, z dyndającą rynną, stara kobieta w spranej bieli fartucha, z twarzą jak zmoczone powrósła, siwa i dobrotliwa, jak niebieski gołąbek o przeźroczystych, wielkich, lodowych oczach, zatrzasnęła lufcik. Szybko i łagodnie ale jakoś i boleśnie wypogadzało się, niebo siniało jakby pocierane lodem z oczu tej starej, nieszczęśliwej kobiety. Zapowiadał się siarczysty mróz na tę noc, bo już trzaskały gałęzie a powietrze nabierało tej szklistej syberyjskiej tężyzny, wiadomo przyszli ruscy to od razu syberyjskiej mroźnej pogody napuści.

I w tej chwili naraz psy zaczęły ujadać, z lewa i prawa, ze wszystkich stron. Bardzo dziwne, sześć lat wojny i okupacji, a tyle psów żyje w mieście. — Nie wybili, nie zjedli, skór nie ściągnęli, na tłuszcz przeciwgruźliczy nie przerobili!. Tej ziemi też przyjdzie mi się uczyć, tyle tutaj niepojętego i nieracjonalnego — mruknął jakby się wstydził, jednocześnie przyśpieszył kroku. Otarł szron z twarzy, po butami śniegiem zachrobotało. Śnieg zalśnił naraz łagodnie, ale i srebrzyście, jak to bywa w górach pod koniec zimy kiedy przychodzi przedwiośnie. Czyż dlatego, iż Uxakowskiemu zachciało się pójść na spacer, i to w las. Ale nie z nią. Czy dlatego, że wiatr szemrał jak strumień w lesie, i gdzieś w dali skrzeczała ironicznie sroka. Nie wyłącznie żartobliwie. Niewyobrażalnie mocno zapragnął znowu być przy niej, nie odważył się pomyśleć: z nią. — Trzeba prawdzie spojrzeć w oczy. Nie ma co się oszukiwać. Szaleństwo zakochałeś się stary dziadzie w młodej dziewczynie, przecież to smarkula — wyrzucał sobie w myślach i uśmiechał półgębkiem jakby szykował komuś dobry kawał. Nocą głuchą, wizji pełną i szklistego mrozu księżyc-drań się rozgadał, jak listek cieniutki, płaczliwy, chuchro, a spać taki, wprost psi faszysta, bo wredny chrześcijańskiej duszy zasnąć w żaden sposób skołatanej duszy nie pozwolił. Wiatr, wichrzysko osiadłe poza miastem, na wolnych polach i po zimnych lasach zwłaszcza nad ranem, kiedy poszarzało wył i skowyczał w szczelinach chmur i pomiędzy konarami drzew koloru laku siedmiu pieczęci.

W mrocznych i posępnych lasach rozpostartych wokół Wrzosowa, i jego okolic było cicho, i dziwnie jak na tę porę roku ciepło. Sosny i brzozy przywalone śniegiem przysiadły czubami do twardej ziemi, szron połyskliwie dyszał, a drogi stawały się niewidoczne w błękitnym zapyleniu. Zwierzwione, i posiniaczałe obłoki przelatywały nisko, wciąż coraz niżej były, nurkowały ogólnie szare jak przeciętne ludzkie sumienie z bladoróżowymi frędzlami. Jedynie dźwięki jakie się rozpościerały dostatecznie mocno aby dotrzeć do wszystkich uszu identyczne były z pogłosem wiadra wciągnionego poprzez kamiennoboką strunę studni.

© 2008 Tadeusz Zubiński

mroczna.art.pl > Rękopisy > Marzec 1945 > Marzec 1945 (część 2)

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput