Na imię mi – szept: syn nerwicy nieślubny
Ubrany w niedomówienia i w słowa zgubne
–
Kładę motyle skrzydła na głodne języki
Gwóźdź w ścianie – oto dyrygent… bez muzyki…
Gałęzie rozkwitły zmierzwionymi rzęsami,
Wiatr zawył, załkał… westchnął i na głucho zamilkł
Na imię mi - szept; cień, co Go nic nie rzuca.
Cisza gra mi w oczach… nie w usta, ale w płuca
Wody nabrałem… całuję lustro kałuży –
Mrokiem zapylam. Ostatnią łzę roni burza…
Czy widziałeś takie twarze,
Co, gdy przyjrzeć im się dłużej,
Wnet się pokrywają kurzem,
Zaś ich rysy czas zamaże…
A, gdy wzrok od nich oderwiesz,
Dźwięki do twych dotrą uszu,
Jakby skałę wicher kruszył,
Wiatr, co sam był skałą pierwej…
Czy pamiętasz taką studnie,
Co, gdy weń dość długo patrzysz –
Nim spostrzeżesz, już się zatrze –
Tylko cienie tańczą złudnie…
I, choćbyś miał zmysły zdrowe,
Choćbyś wolę miał niezłomną,
Zmysły twoje nie zapomną,
Wola zmaleje do słowa…
Mały, niebieski guzik
Leży, cierpliwie czeka, by go unieść
Przyszyć obok drugiego
Równie błękitnej barwy
Mała, cienka nitka
Leży, cierpliwie czeka, by ją wziąć
Wśliznąć w ucho igielne
O ile jakieś o niej myśli
Mała, srebrna igła
Sterczy niecierpliwie wśród sobie podobnych
Marzy by ją nawlec
Marzy by nią wszyć guzik
Mała, szmaciana lalka
Wisi na szubienicy, czeka na silny wiatr,
Ten, który oderwie jej głowę od tułowia
Ledwo połączonych ze sobą małą nitką
Mała, szmaciana lalka
Bez jednego oka – błękitnego guziczka
Z rozprutym brzuszkiem
Z pękniętą szyją
Wis
i
I wisieć będzie
Po wsze czasy
I to tylko dlatego, że nie umiała powiedzieć
Nie…
Bo ja jestem taka mała…
Taka mała…
Spójrz – to wyspa – Cytadela –
Tutaj właśnie czas umiera.
Czyjś tu umysł rzeki przelał
Krwi i potu. Śmierć wyżera
Martwe szepty z pustych kości
Szlochu węsząc – powiedz, żeś człek –
Raj cały płonie – tyś zeń zbiegł
Niskie są mury poczytalności
W zatracenie –
Co rok, jesień
Listów niesie
Suchy wieniec
W zatracenie –
Co rok, zima
Czas chce wstrzymać
Zwąc go cieniem
W zatracenie –
Co rok, wiosna
Skra miłosna
Wskrzesza zieleń
W zatracenie –
Co rok, lato
Każe kwiatom
Iść w płomienie
Stosy płatków kwiatów czarnych
Cienie zakute w żuchwy epileptyków
Korzenie nie znają ziemi, co ma swe w nich korzenie
Bagienne dzwony dzwonków –
Jak wydrążone próchnicą truchła pni
Fosforyzują na tle złudnej głębi,
Bo głębia sama w sobie zatonęła
I tonie…
I tonie…
I to nie koniec…
© 2010 Tomasz Fendryk
mroczna.art.pl > Rękopisy > Wiersze > Niskie są mury poczytalności
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput