Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№39 marzec 2010

Nudne życie Edwarda Natalia Be

***

Tego dnia Edward Be czuł się wyjątkowo mizernie. Koty z podwórka zżarły mu ostatnie resztki jedzenia, które nieopatrznie zostawił w pokoju przy otwartym oknie, zmarł jego ulubiony felietonista, lekturą felietonu którego rozpoczynał każdy kolejny dzień, a na dodatek był piątek, a piątek to dzień najgorszy. W każdy piątek Edward zdawał sobie sprawę z tego w jak nędznym znajduje się położeniu, a co gorsza następujące po tym dniu, już w całości wolne od pracy, sobota i niedziela tylko pogłębiały stan jego duchowej zapaści.

Mijały lata, na świecie toczyły się kolejne wojny, konflikty i rewolucje, a w życiu trzydziestoletniego Edwarda od trzydziestu lat nie wydarzyło się nic, a przynajmniej nic godnego uwagi. Teraz jednak, właśnie teraz, gdy spadające z drzew liście przyklejały się do szyb zaparkowanych przed jego kamienicą samochodów, a miejska (choć światowej klasy) nieletnia seksbomba Angelika De zaczynała odkrywać swoje wdzięki przed mężczyznami, którzy już przekroczyli pięćdziesiąty rok życia, miała wydarzyć się rewolucja.

O rewolucji tej rzecz jasna Edward nie miał najmniejszego pojęcia, toteż jak co piątek chmurne spojrzenie jego oczu ogarnęło najpierw pokryty sadzą i fragmentami narastającej pleśni sufit kuchenny, następnie przeniosło się na nabyłą jakiś czas temu zdolności samo-rozmrażania się lodówkę, po czym spoczęło na właściwym sobie miejscu. Miejscem tym już od lat była stojąca w rogu niewielka dębowa szafka, której zawartość zazwyczaj przenosiła Edwarda w rejony, o których nawet sam Bertrand Russell w swoich Problemach filozofii nie odważył się napisać. Zawartość tę stanowiło w zasadzie niewiele, ale jakże różnorodnych trunków. Było to kilka rodzajów likierów, win, wermutów, nalewek i wódki oraz jedna zaledwie do połowy wypełniona butelka czystego spirytusu.

W kuchni panowała cisza, jedynie zza okna dało się słyszeć odgłosy bałkańskich pieśni, których co wieczór słuchał niewidomy syn właścicielki kamienicy naprzeciwko. Edward wstał i pewnym krokiem podszedł do nadzwyczaj jasno oświetlonej szafki, chcąc wyciągnąć z niej swoją pierwszą tego wieczoru butelkę. Napoleon mrugał do niego porozumiewawczo, Chopin wydawał się uśmiechać pod nosem, Sobieski oblizywał językiem kąciki ust, a panna młoda wybijała obcasami kolejne takty bałkańskich pieśni. Spojrzenie Edwarda skierowało się jednak w rejony znacznie odleglejsze… Po chwili na stole pojawiła się butelka czystego spirytusu, którego smak, nie wiedzieć czemu, od zawsze do złudzenia przypominał mu jedzone w dzieciństwie magdalenki. I wtedy to się stało.

Edward pochyliwszy się tylko nad szyjką ledwie otwartej butelki uczuł zapach siarki, a treść żołądka podeszła mu do gardła. Z przerażeniem odstawił butelkę na stół. Zamknął oczy i wziął kilka głębokich oddechów. Po chwili spróbował po raz drugi, lecz i tym razem zapach siarki wydawał się nie do zniesienia. Próbował tak ponownie i ponownie, ale za każdym razem było co raz to gorzej, a na dodatek zaczął mu doskwierać potworny ból głowy. Wstał z krzesła i nerwowym krokiem zaczął chodzić dookoła stołu. Nic nie trzymało się kupy. On, Edward, od dwunastu lat dozujący sobie życie w akceptowalnych dla jego organizmu mililitrowych dawkach, nagle znalazł się w epicentrum niemożności. I to nie tej zwykłej, w końcu pokonywalnej, lecz właśnie tej przemożnej. No bo jak prosić Boga o przywrócenie umiejętności picia, a jeśli nie jego, to kogo o to prosić i kto mógłby tu coś zaradzić? Święty Antoni był swego czasu rozwiązły, ale nie pił, a przynajmniej nie tyle co on. Joanna d’Arc oburzyłaby się, gdyby przypadkiem spojrzała na ten okres jego życia, w którym wraz z Efraimem kibicowali Zagłębiu Bełchatów, a Jan Eriugena? Co on właściwie o nim wiedział? Całe pięć lat swojej kariery akademickiej mógłby z powodzeniem określić jako szkolenie się w umiejętności kamuflażu. Co począć? Jak przywrócić sobie nigdy nie szkoloną i w zasadzie, jak mu się wcześniej wydawało, całkowicie naturalną umiejętność wzbijania się ponad poziomy bytu? Czy nie lepiej się upić?

***

Efraim wstał z krzesła. Przeczytał już poradnik Czuj się świeżo po stosunku oraz Bądź wodzem swojego wzwodu, ale to wciąż nie było to. On szukał czegoś ekstra, czegoś co sprawiłoby, że jego pozbawione sensu życie intymne powstałoby z martwych niczym jeden z tych chrześcijańskich Bogów, których przecież tak nie znosił, czy może nie rozumiał, jeśli to oczywiście nie to samo. Od dwudziestu jeden lat niczego takiego jednak nie potrafił znaleźć, z czego jasno wynikało, że XXI wiek był zupełnie nieadekwatną w stosunku do jego oczekiwań epoką i chyba właśnie to frustrowało go najbardziej. No bo jak on, Efraim, miał pochylać się nad teorią superstrun, kiedy najniższe części jego jestestwa tak bardzo pragnące rozpocząć swą własną egzystencję tkwiły w katakumbach? A poza tym jak on, Efraim, mógł rozprawiać o najprawdopodobniej niezrozumiałym dla nikogo prócz niego samego twierdzeniu Bella, podczas gdy najniższe części jego jestestwa wołały o życie? I kogo w tej sytuacji prosić o pomoc? Przecież nie Boga, który w śniącym mu się co noc śnie zabraniał rozwiązłości seksualnej. Czy nie lepiej się upić?

***

W pokoju panował półmrok. Siedzący przy stole dwaj mężczyźni pochylali się nad kolejną partią remika. Jeden z nich, trochę młodszy od drugiego jasnowłosy blondyn, ubrany we flanelową koszulę i szary wełniany sweter, przypominał wyglądem Clinta Eastwooda. Podobieństwo to jednak uwidaczniało się tylko w pomieszczeniach o szczególnym rodzaju oświetlenia, to jest w świetle żarówki o mocy mniej niż sześćdziesiąt wat i jedynie pod pewnym określonym kątem. Drugi, znacznie większy od towarzysza, nie cechował się w zasadzie niczym charakterystycznym, prócz monstrualnej wielkości uszu przykrytych burzą rudych spadających na ramiona włosów i nieco opadającej lewej powieki. Obaj milczeli, co jakiś czas wypuszczając z ust ni to syknięcia, ni to pomruki wyraźnej dezaprobaty. Widać było, że gra im nie idzie, a atmosfera znudzenia udzielała się nawet leżącemu w przedsionku pręgowanemu kotu, który przestał już nawet miauczeć.

- Słyszałeś, że w zeszły piątek ktoś podłożył bombę w hipermarkecie Biedronka? – spytał rudowłosy mężczyzna, zlizując z kącików ust resztki smalcu i ogórków.

- Biedronka? A to nie hipermarket, ale tak słyszałem. Ty wiesz, że ewakuowali cały Mokotów? Ponoć zrobił to ten niewidomy chłopak z kamienicy naprzeciwko twojego mieszkania. Policja przesłuchiwała go przez trzy dni, a ten nie powiedział ani jednego słowa, tylko całe przesłuchanie siedział i nucił bałkańskie pieśni. Jakiś maniak. – odpowiedział blondyn w szarym swetrze.

- Nie wydaje mi się, żeby to był ten chłopak. Właściwie to słyszałem, że to jego matka. Podobno podłożyła bombę, a następnego dnia uciekła do Izraela.

- Do Izraela? Co ty za gazety czytasz?

Rudowłosy mężczyzna spojrzał znaczącą na blondyna, który nie powiedział już ani słowa. Zapanowała cisza. Ze stojących na podłodze zwiędłych irysów wydobywał się zapach zgnilizny. Mężczyzna o ogromnych uszach raz po raz spoglądał to na nie, to na stojący w rogu pokoju turecki dywan, bezwiednie stukając przy tym palcami o blat matowego stołu. Światło w pomieszczeniu sprawiało, że ściany zdawały się załamywać nad jego głową, a mała symetryczna twarz blondyna w szarym swetrze coraz bardziej upodobniała się do twarzy Clinta Eastwooda z lat jego wczesnej młodości. Momentami wydawało się nawet, że ten w szarym swetrze chce coś powiedzieć, lecz słowa jakby więzły mu w gardle. Wreszcie wydusił to z siebie:

- Grasz nieczysto.

- Bo nie piję. Odkąd nie piję, to już właściwie niczego nie jestem w stanie zrobić uczciwie. – powiedział wolno, akcentując każde słowo, rudowłosy mężczyzna.

- Nie pijesz?! Dlaczego nie pijesz?

- Dotknęła mnie jakaś dziwna przypadłość. Od zeszłego piątku nie jestem w stanie wziąć do ust ani kropli. A najgorsze, że nawet nie wiem, jak to ugryźć?

- Edward, co ty mówisz? Czy to nie fantastyczne! Nie pijesz nic, nic, ani kropelki?

- Ani.

- Fantastycznie! – wykrzyknął zdziwiony blondyn – Wiesz, że trzeba o tym napisać. Prasa, media, bilbordy w centrum Warszawy. Być może nawet jesteś pierwszym człowiekiem na ziemi, który całkowicie nieświadomie dokonał alkoholowej autoterapii. Nigdy nie słyszałem o kimś, kto po dwunastu latach codziennego dawkowania sobie życia, ot tak by przestał. Może napisze o tym doktorat na psychologii?

Zapanowało milczenie. Rudowłosy mężczyzna ze smutkiem strzepnął na porysowaną podłogę popiół z papierosa i ponownie pochylił się nad remikiem. W świetle lampki wirowały cząsteczki kurzu, raz po raz sprawiając, że rozemocjonowany blondyn, jeszcze przed chwilą wyrzucający ze swoich ust potoki słów, stawał się to Cleantem Eastwoodem, to znowu sobą, a momentami jeszcze kimś innym…

Wreszcie Edward wstał i spokojnym krokiem udał się w stronę drzwi wyjściowych. Blondyn zagrodził mu drogę.

Gdzie ty idziesz, przecież to twoje mieszkanie? – tu przerwał – Nie rozumiesz znaczenia rewolucji, która właśnie dokonała się w twoim życiu? Nie czujesz przedsmaku sławy, pieniędzy, a przynajmniej nigdy wcześniej dla ciebie niedostępnej powszechnej akceptacji społecznej? Trzeba cię poddać badaniom – klinicznym, psychologicznym, neurologicznym, w zasadzie każdym. Kto wie, jak wielkie zmiany zaszły w twoim organizmie od zeszłego piątku? Wiesz, może to już nawet nie jesteś ty, tylko jakaś inna, wcześniej nie objawiona światu forma ciebie? - krzyczał wymachując rękami przed posępną twarzą Edwarda.

- Efraim, na jakiej podstawie wnioskujesz, że chcę być trzeźwy? – odparł wolno, cedząc każde słowo, Edward - Nie zastanawia cię fakt, że skoro od dwunastu lat opinia publiczna jest mi wysoce obojętna, a za jedyne interesujące części mojego życia uważam wieczory, to nie zależy mi na niczym? Na niczym, prócz wieczorów rzecz jasna. Właściwie to nawet satysfakcjonuje mnie moje tkwienie, nie trwanie, ale właśnie tkwienie. Tak. Jestem jak ćmy, wpadające co wieczór pod klosz wiszącej nad stołem lampy. – umilkł na chwilę – Właśnie, światło. Światło jest rozwiązaniem zagadki.

- Co ty gadasz? – zapytał zdziwiony Efraim.

- Nie zauważyłeś, że lampa w kuchni nie ma już klosza? W zeszły piątek rano spadł na ziemię i rozbił się na kilkadziesiąt drobnych kawałków.

- O czym ty mówisz?! – krzyknął, nie mogąc powstrzymać kamuflującego przerażenie śmiechu.

- Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak ogromne znaczenie ma światło? W zależności od tego w jakim natężeniu pada na dany przedmiot, powiedzmy stół, zyskuje on zupełnie różne odcienie kolorystyczne, to oczywiste, ale kto wie, może nie tylko odcienie, ale i tożsamość?

- A co to ma wspólnego z twoim ozdrowieniem? – spytał całkiem poważnie Efraim.

- Kiedy to żadne ozdrowienie. Od dwunastu lat wszystko co piłem, piłem w półmroku i nagle w zeszły piątek świat otworzył oczy i ujrzał, że jam nie jest, który jest. Napoleon, Chopin, Sobieski i białowłosa panna młoda od kilkunastu lat zharmonizowani z moim ja odstąpili ode mnie, gdyż dostrzegli, że stałem się kimś innym. Jedyne co mogę teraz zrobić, to wrócić do siebie.

- Przerażasz mnie.

- Zobaczysz. Zobaczysz wszystko to samo co ja. – Powiedział tak poważnie, że słowa te zabrzmiały jak proroctwo.

Po chwili wahania Edward podszedł do przykrytego kraciastą, fioletową ceratą kuchennego stołu i zasłonił żarówkę. W pomieszczeniu zapanował półmrok. Chybocząca się nad stołem lampa poruszała się teraz w rytm bałkańskich pieśni, których melodię przerywały momentami jęki mieszkającej piętro wyżej Angeliki. Mała szafka w kuchennym rogu ginęła w cieniu rozmrożonej lodówki. Zamieszkujący ją Napoleon, Chopin, Sobieski i całkiem pokaźny orszak weselny tkwili nieruchomo w wystudiowanych przez siebie pozach. Na twarzy żadnego z nich nie widać było choćby cienia emocji.

© 2010 Natalia Be

mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Nudne życie Edwarda

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput