Cisza ma dwa imiona:
Śmiech obłąkanego i sama ona.
Gdy obłąkany opuszcza zasłony
W oknach jego domu cisza śmiechem płonie
Gdy zaś płonąca opadnie zasłona,
Palić się weń zacznie śmiech ów szalony
Choćby i dom spłonął, chłonąc obłąkanego –
Ów powróci w bryzie słonej – z dalekiego brzegu…
Jest bowiem ocean o falach ciszą rzeźbionych –
Fale te uparcie tkają obłędu zasłony
Cisza ma dwa imiona:
Śmiech obłąkanego i sama ona
Cisza ma dwa oblicza:
Usta, co milczą i oczy, co krzyczą
Cisza ma dwa kolory:
Słów niedomówienia, końców zdań pozory
Cisza ma dwie postacie:
Jednej – znać nie chcecie; drugiej – nie poznacie
Marszczy się i sinieje mętna twarz kałuży –
Uśmiecha się dwuznacznie: zaraz się wynurzy…
Paskudne oblicze mętnieje bardziej jeszcze –
Czy słyszysz: płytkie kroki… Deszcz ciszej szeleści…
Wiatr się gdzieś zaczaił, gnić zaczęła gęsta mgła:
Skrzywiona buzia kałuży tak mętna – aż mdła…
Pieni się, syczy, jak chory: majaczy, jęczy –
Już: główka, piersi, nóżki – ktoś ty jest? Topielczyk.
Bulgot w gardziołku… Rączką wskazał szyję,
Gdy splamione wargi spytały: ja… nie żyję?
Wiatr strzelił gwałtownie – to ptaki się zleciały
Głodne: bierzmy i jedzmy, bracia! Oto ciało!
Dziecię kałuży nie drgnie – trwa w ciszy, w amoku,
Gdy ptaki gryzą, dziobią, rwą wątrobę z boku…
Z kałuży martwe oka tłuszczu wydziobały…
I – równie nagle jak ryknął – głodny wiatr zamilkł.
Mętna twarz kałuży uśmiecha się dwuznacznie –
Zewsząd gnają chmury – niedługo padać zacznie…
Statek rozbił się o skały
Nieco bliżej była przystań
Okręt w drzazgach, lecz JA CAŁY –
Imię moje? Empirysta!
Kocie –
Nie łaś się do mnie po tym, jak łapki umyłeś
Pociął
Pazur twój i ząb: ptaka; teraz: sztywną bryłę
Oczy
Twoje – tak zimne – umysły na wskroś przeszyły…
O czym
Twój mówi balet ogona – pozornie miły?
Wkroczył
Twój cienki śpiew w cichą w świata nocy mogiłę –
Kocie –
Ty ptaki – już martwe - t a k śpiewać nauczyłeś
Słońca gorączkowe czoło –
O majaki przyprawia
Pokruszony witraż horyzontu
Tropem lunatycznego wiatru –
Po chodników zębach spiłowanych
Wśród parasoli poszarpanych
Między sznurami kukieł splątanych
Między gruzów niemymi wulkanami
Suną –
Krokiem wyrwanym z kontekstu i chwili
Łowcy bezdomnego echa
© 2010 Tomasz Fendryk
mroczna.art.pl > Rękopisy > Wiersze > Powrót konkwistadorów
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput