Niniejszym przyznaję się do wszystkiego, co na mój temat powiedział mój Przyjaciel. Jestem bezwzględnym mordercą, gotowym do wynajęcia przez każdego krzywoprzysiężcą, handlarzem idei, wyzbytym uczuć graczem na aksjologicznych giełdach Starego i Nowego Świata, cynicznym deprawatorem ubogich, łowcą dusz stojących na rozdrożu, wyrachowanym podwójnym agentem, pozbawionym skrupułów złodziejem, poborcą złudzeń, marzeń i sierocego grosza ubogich duchem na koniec.
Moje działanie zawsze obliczone było na chęć zysku i odczuwanie satysfakcji z faktu bycia lepszym, bogatszym i silniejszym od innych.
Nie ukrywam, że przygniata mnie ciężar własnych dokonań. Tym bardziej, że już od dziecka wrażliwy byłem na brzmienie słów celnych, w kuźniach serca i intelektu wykutych, z absolutną przezroczystością oddających istotę rzeczy, jakakolwiek by to rzecz była. A jeśli do tego rzeczone słowa zostały wypowiedziane lub napisane przez kogoś, kogo darzę szczególnym autorytetem, wdzięczności mojej, zachwytowi i bezgranicznej czci wobec autora, dorównywać może chyba tylko wdzięczność i cześć człowieka pierwotnego wobec Słońca, że znowu wzeszło.
Najbardziej fascynują mnie filozofia i poezja, które przecież nawzajem się uzupełniają, składając się na summę dokonań ludzkiego geniuszu. Na ażurowych, bibliotecznych półkach w moim pokoju stoją tony książek, napisanych przez żyjących i nieżyjących intelektualnych mocarzy – władców sumień i moralności swoich czasów, jak również składniowo – intonacyjnych prawodawców współczesnych i minionych epok i okresów literackich, doktorów, doktorów habilitowanych, profesorów najświetniejszych uczelni, a także laureatów literackich nagród Nobla i Nike, tudzież beneficjentów organizacji Amnesty International, Greenpeace i My Sex Is My Life. Rzecz jasna, znajdują się tu również wolumeny opatrzone dedykacją dla mojej niegodnej osoby. O niektóre z nich walczyć musiałem, jak lew. Żeby zdobyć Ten, Najbardziej Pożądany Autograf Mojego Przyjaciela, zdecydowałem się nawet uzupełnić studia wyższe i napisać pracę magisterską. Zaprawdę, powiadam Wam, skrzydlate słowa wspomnianych ksiąg sprawiają, że ażurowe półki mojej biblioteki uginają się ku górze, zaprzeczając prawom ciążenia...
Nie ukrywam, że przygniata mnie ciężar słów mojego Przyjaciela. Tym bardziej, że oprócz tych słów, definiujących mnie ostatecznie i nieodwołalnie, czyniących ze mnie wręcz pozasłownikowy , żywy dopóki co, desygnat użytych określeń, niewiele więcej posiadam.
Jestem bowiem życiowym nieudacznikiem, przyczyną, medium i skutkiem wszelakich klęsk własnych i swoich najbliższych. I jedyne, co mi pozostaje, to – również zgodnie z imperatywem wyartykułowanym przez mojego Przyjaciela – bez końca spoglądać rzeczonej prawdzie prosto w oczy! Wręcz – usque ad finem...
* * *
Jakże mądrym i przenikliwym człowiekiem pozostaje Przyjaciel mój i Dobroczyńca zarazem!
Myślę, że już w niedalekiej przyszłości Jego imieniem nazwane zostaną nie tylko główne arterie wielkich miast, ale i na przykład niektóre figury retoryczne i tak zwane tropy literackie.
Ale On, gnany immanentnym, jakże twórczym niepokojem i rozsadzany od wewnątrz fermentami sprawczymi, bulgoczącymi w każdej cząstce Swojego Jestestwa, nie spoczął na laurach. O, nie! Jak już wspomniałem ( a pisząc o Takim Człowieku - nie uchybieniem stylistycznym, a moralnym, deontologicznym wręcz nakazem, wydaje się być powtarzanie raz po raz tych samych sądów), Przyjaciel Mój również odpoczywać potrafi jedynie w biegu, pnąc się lekko i z gracją górskiej kozicy po orlich perciach Swojego Intelektu, ku niezdobytym wierchom Gór Najwyższych Człowieczego Geniuszu. Pragnąc należycie wykorzystać, jakże wskazany, metaboliczny interwał w Swoim naukowym oglądzie rzeczywistości, pomiędzy drugim śniadaniem a Dinerem Swojej via vitae (że posłużę się metaforą), nie spoczął na laurach, lecz zapragnął, ot tak – mimochodem, doświadczyć błyskotliwej, choć precyzyjnie określonej w czasowo – przestrzennych parametrach, kariery biznesmena. Zwierzył mi się w czasie owym, w chwili szczerości (absolutnie nie chcę przez to dać do zrozumienia, by w innych sytuacjach był wobec mnie nieszczery, jednakowoż mam przecież w którejś z szuflad swojej pamięci tezy jego prześwietnego wykładu, wygłoszonego przy ognisku – Tak! Miałem zaszczyt gościć Go przy ognisku! - o koniunkturalnych aspektach prawdy w warunkach dekoniunktury szczerości), że pierwszym krokiem, jaki zdecydował się był uczynić w celu nadania realnych kształtów swojemu przedsięwzięciu, było zaciągnięcie bankowego kredytu monstrualnej wielkości. Następnie, za wszystkie, pozyskane w ten sposób środki płatnicze, nabył dwie posiadłości ziemskie, usytuowane w niezwykle atrakcyjnym inwestycyjnie i krajobrazowo regionie naszego państwa. Owo, strategicznie zaskakujące, choć pozostające w zgodzie z prognozami makro, middle i mikroekonomistów – oczywiście nurtu liberalnego światowej nauki o wolnym handlu i mechanizmach nim rządzących – niekonwencjonalne i porażające swoją prostotą działanie, zaowocować ma, w skwantyfikowanej, nieodległej przyszłości, możliwością spłaty rzeczonego kredytu częścią kwoty uzyskanej ze sprzedaży jednej tylko z nabytych posiadłości! Zaś powstałe po wspomnianej operacji płatnicze wartości dodane, zmaterializują się w stypendia naukowe dla ubogiej, choć uzdolnionej młodzieży, domy starców i hospicja oraz wesprą działania liderów demokratycznych przemian w naszym kraju. A jak coś zostanie, to może i mój los się odmieni... Kontynuując swój wywód, Przyjaciel mój, pozwolił mi, w nagłym przypływie serdeczności wobec rodzaju ludzkiego, którego w tym momencie pozostawałem jedynym w zasięgu jego wzroku, choć doprawdy nie najgodniejszym przedstawicielem, zerknąć przez chwilę, przez uchyloną na circa pięć centymetrów furtkę, wiodącą do intymnego ogrodu marzeń swoich najskrytszych. I ujrzałem tam, przez moment i oczy zasnute mgłą wzruszenia: i własnoręcznie zasadzone drzewo, i wybudowany przez znaną firmę deweloperską dom szeroko rozumianej własnej pracy twórczej, a nawet wesołą gromadkę potomstwa o godnym Ojca ilorazie inteligencji, pozostającą w obrębie czujnej troski Małżonki...
Przyjaciel mój zwierzył się mi niespodziewanie z obaw, które zatruwały jego serce. Otóż w całej, z logistyczną maestrią i z wiedzą jaką daje bogate życiowe doświadczenie, przygotowanej operacji tkwił jeden słaby punkt, o ile tak właśnie nazwać można czynnik zaiste nieprzewidywalny i - jako taki - prędzej czy później skazany na zagładę, choć nie wiadomo jeszcze kiedy, a przecież życie ludzkie jest takie krótkie... Czynnikiem tym była, mówiąc wprost i bez ogródek, grupa trzymająca aktualnie władzę w naszym kraju, która poprzez swoje intelektualne matołectwo i bolszewickie ciągoty może jednym kretyńskim swoim posunięciem rozregulować mechanizmy rządzące całym rynkiem nieruchomości, a i systemem bankowym przy okazji.
Pragnąc przytłumić nieco niepokoje wewnętrzne Przyjaciela, a także podjudzony przez nieokiełznaną próżność swojej pseudoerudycji, zacytowałem Mu wówczas fragment swojego ulubionego wiersza największego z naszych dwudziestowiecznych Romantyków:
Nie będzie tronów, nie będzie banków,
złamiemy fronty Kuomintangu,
nie będzie City i Wall Street,
błyśnie wolności świt!
I właśnie wtedy usłyszałem pod swoim adresem owe straszne, jakże ciężkie i bezlitosne, aczkolwiek w bezwzględnie transparentny sposób charakteryzujące mnie słowa, które przytoczyłem w pierwszych wersetach swojego wyznania. I o tym, że jestem nieudacznikiem, przyczyną, medium i skutkiem też usłyszałem...
I właściwie w ten sposób skończyła się nasza znajomość bezpośrednia, choć nie skończyło się moje dla Przyjaciela uwielbienie. I odtąd nowe o Nim wiadomości pozyskuję już tylko od osób czwartych, bo również pozostającym ze Sobą nadal w kontakcie bezpośrednim osobom trzecim, zabronił nawet wymieniania w swojej obecności mojego imienia, a co dopiero spotkań.
Ale choć wygnał mnie ze swojego serca, to z mojej pamięci, póki co, wypędzić mnie nie jest władny. Szanując więc i Jego Osobę, i swych wspomnień czar, postaram się kontynuować niniejsze zapiski...
* * *
Miałem sen...
Tak, wiem że podejrzewacie mnie o - obliczony na Wasz brak rozeznania w japońskiej kinematografii - plagiat. Bo przecież tym zdaniem zaczynała się każda z wchodzących w skład cudownego, baśniowego filmu Akiro Kurosawy, nowel.
Ale to nie tak. Bo ja naprawdę miałem sen. I choć bez wątpienia mój sen nie był tak artystycznie uporządkowany, jak arcydzieło reżysera, u którego najczęściej grywał Toshiro Mifune, to jednak swym okrucieństwem nie ustępował japońskim pierwowzorom.
Tak więc, miałem sen...
A śnił mi się straszny sen mojego przyjaciela.
Oto spełniły się najczarniejsze scenariusze Jego podskórnych obaw i grupa trzymająca władzę w naszej nieszczęsnej, tylekroć przez Fatum (a i identyfikowalne narodowościowo i mentalnie, świetnie zorganizowane mniejszości!) doświadczanej ojczyźnie, po prostu spierrrdoliła wszystko, co było tylko do spierrrdolenia możliwe było. W tym także wspomniany system bankowy i rynek nieruchomości.
I chociaż wiem, że nie miejsce tutaj, by relacjonować zbiorowe samobójstwa i dzieciobójstwa karmiących i niekarmiących matek, bestialstwa dokonywane przez doprowadzony do ostateczności, niczym w ogarniętej antypaństwową rewoltą Wandei, motłoch, czy desperackie poczynania mężów statecznych a spolegliwych i silnych siłą swojego spokoju, to jednak nakaz dawania Świadectwa czasowi swojemu przymusza mnie do uczynienia chociażby powyższej dygresji.
A dalej działo się tak w śnie moim. Po kolejnych wyborach parlamentarnych w naszej nieszczęsnej Ojczyźnie, opanowane przez politycznych troglodytów, wrogów wszystkiego co Piękne, Dobre i w ogóle nie nadające się do natychmiastowej konsumpcji, Zgromadzenie Ustawodawcze – zmieniło konstytucję i powierzyło Godność Najwyższą, a i władzę absolutną człowiekowi o moralności alfonsa, który na dodatek okazał się być Skopcem. Tak jest – Skopcem! Wiernym i bezwzględnym wyznawcą, a także egzekutorem nakazów owej, ze Wschodu wywodzącej się sekty. Podobnie jak Seliwanow, „ogłosił się synem Bożym, Odkupicielem, który przyszedł, by „ratować ludzkość przed lubieżnością”, „zniszczyć węża gubiącego dusze”, czyli trzebić (oskoplat’).”1 I podobnie jak Seliwanow „ideę trzebienia zaczerpnął z Biblii, twierdząc, że wszyscy sprawiedliwi Starego Testamentu byli „skopcami”, podobnie jak Jezus i apostołowie, ponieważ byli poddani obrzezaniu. Głosił, że podczas modlitwy Jezusa w Ogrodzie Getsemańskim, jego uczniowie spali, ponieważ byli osłabieni świeżo dokonanym na nich zabiegiem trzebienia.”2
I już całkiem nie jak Seliwanow ogłosił, że jeśli edykty jego nie zostaną wcielone w życie przez najbliższych trzynaście miesięcy, zniesie własność prywatną.
I dalej w śnie moim działo się tak, że każdego dnia, na drodze którą przemierzał Przyjaciel Mój, podążając do Swej Pracowni, znajdowano po kilkanaście w dni powszednie, a po kilkadziesiąt w dni świąteczne i przestępne, z chirurgiczną precyzją uciętych genitaliów. A potem to samo dziać się zaczęło i w mojej wsi...
* * *
Trwaj, mój śnie, jesteś piękny...
Piękniejszy niż film japońskiego Arcymistrza...
* * *
Drodzy Moi Czytelnicy! Bracia i Siostry! Żono Moja! Mamusiu i Tatusiu! Babciu! Przyjacielu mój Jedyny!!! Obawiam się, że kumulujące się wzruszenie, jakoż i żal mój bezgraniczny nad życiem swoim, spędzonym na drogach polnych poplątanych, ogołoconych wpierw z drzew, a potem i ze złudzeń wszelakich, nie pozwolą mi poprowadzić do końca zamierzonego przedsięwzięcia, jakim było odkrycie przed Wami tajników duszy mojej – pokrzywdzonego przez Los i siebie samego Dziecięcia Przełomu Epok. A i Ordynator mówi, że już czas na odpoczynek i sen...
* * *
A jak to było z wspomnianą w tytule Laurą Palmer? No co miało być? Po prostu się wziąłem i zajebałem kurwę!!!
1 Idee w Rosji. Leksykon rosyjsko-polsko-angielski pod redakcją Andrzeja de Lazari. Łódź 1999, tom II, s. 304.
2 Ibidem.
© 2010 Krzysztof Gozdowski
mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Spowiedź dziecięcia z przełomu epok albo – jak zabiłem Laurę Palmer
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput