Gęsta lepka kula w gardle i zapach jej spoconego, parującego różnymi alkoholami ciała, jest jeszcze szaro a ja znowu jej nie znam, to chyba nie ona, to nie kobieta mego życia. Cicho oraz sprawnie zacieram swoje ślady, nie chcę nic zostawić, nie chcę tu wrócić. Wychodzę na korytarz, jest długi i wysoki z dużymi drewnianymi drzwiami na końcu, skrzypią przeraźliwie. Ale to nic, ja już opuściłem kolejne miejsce, kolejny spenetrowany świat wygłodzonej nimfy z „Jazzgotu”. Buty ubieram profesjonalnie — na schodach, kurtkę też w łoskocie sunących na dół Hd’ków. Prawda, mogłaby przywitać mnie lubieżnym uśmiechem, zaparzyć kawę, zrobić jajecznicę. Prawda, mógłbym się nią uleczyć ze wszystkich koszmarów, zamieszkać z nią i zaspokajać, stworzyć jakąś namiastkę bycia z kimś. Prawda, mógłbym chociaż zastawić swój numer telefonu albo zwykłą karteczkę z napisem „dziękuję”.
Jednak znam ją zbyt dobrze, widuję często w brudnych zakamarkach tego miasta, byłem chyba we wszystkich, w czerwonych, płonących policzkach i zmęczonych przekrwionych oczach, w rytmicznie podskakujących podbrzuszach żebrzących o moją śmierć. Zawsze ulegam, umieram w nich prawie co weekend.
Nawoływania niedobitków z nocnych eskapad wypełniają o tej porze tę ulicę, nerwowo się wlewają w każdy jej kąt, zasypiając pod latarniami, leniwie dryfując na ławeczkach pod całodobowym. Alma mater, nauczycielka, skalana nieczystościami wizytówka dla turystów, gęsta i zatłoczona, piękna i niewyobrażalnie smutna — Szeroka. Miniaturowe państwo ulotkarzy, przygodnych studentów dorabiających do socjalnego i tych pogniecionych nic innego nie potrafiących ludzi, rozbitków rozpaczliwie starających się przetrwać, zaciskających zęby przy 20 stopniowych mrozach, z reklamą gównianej restauracji na plecach, ze spuszczoną głową kasujący 3,5 złotego w porywie do 4 zł za godzinę. Wszystko widzący i znający niemalże wszystkich, podzieleni na klany oraz plemiona ze swoimi prawami i hierarchią, gdyby tylko chcieli sparaliżowaliby to miejsce, wtedy każdy musiałby ich słuchać, ale nigdy tego nie zrobią, bo są zbyt obcy sobie nawzajem i zbyt przywiązani do obecnego stanu rzeczy. A teraz jesteśmy tu my: myśliwi, reproduktorzy, mściciele, samotni pijacy i ci nieliczni idący do pracy, patrzący na nas z zazdrością. Tylko w tym czasie tak naprawdę władamy tym miejscem.
Wolni, dzicy, mentalni kloszardzi niedzielnego świtu, niezliczonej ilości świtów kiedy to z przerażeniem patrzymy jak daleko się znaleźliśmy od ciepłych, dobrych oaz, które gdzieś dawno temu nam zamajaczyły i kazały iść do siebie, i mówiły takie piękne rzeczy o całym świecie, a my poszliśmy z otwartymi ramionami, dziwiliśmy się potem że schwytaliśmy w nie tylko odór samotności. Moi współbracia, moje współsiostry.
Mamy tą samą wspólną krew i jedno ciało, rozbitą, wieczną masę, której jedynym priorytetem jest parcie w niepamięć, sunę przez ten myślokształt, oddycham nim, współtworzę go. Nikt mnie nie zaczepia, nie prosi o drobne, nikogo nie spotykam, nikt nie proponuje wspólnego dopicia się, po tym można poznać upływ czasu, tak można obliczyć swój wiek, staż weterana.
Najwyższa pora by zlikwidować lepki brud w przełyku, kupuję wodę i chleb, chłodna lecznicza ciecz nawadnia Saharę mego wnętrza.
Słońce wysyła pierwsze zwiadowcze światło, czołgające się pod moimi stopami opowiada mi na nowo moją pierwszą godzinę tutaj, prawie taką samą jak ta, wierzę w to, że czas może stać w miejscu, znowu nie wiem gdzie pójść.
Siadam pod pomnikiem wielkiego astronoma i zaczynam karmić gołębie, brudne, spasione, starówkowe pchły. Zdrajcy ptactwa, prawie nieloty, bo jak inaczej nazwać chwilowe przemieszczenie się niemrawym łopotem skrzydeł z jednego dachu na drugi, a i to nie zawsze, utuczone rzucanymi przez wycieczkowe hordy resztkami z mc Donalda, bezczelnie włażą pod nogi albo podrywają swoje tłuste cielska by bez składu i konkretnego celu, jakby miały zaburzony zmysł równowagi, odświeżać zanikające cechy swego gatunku.
Teraz niemalże mnie obsiadły, rozeszła się wieść że jakiś frajer serwuje śniadanie, jest ich coraz więcej i dla zabawy, żeby nabrały też trochę respektu, tupię co jakiś czas nogą, tak znienacka by nastraszyć, rzadko się udaje, zbyt długo się znamy.
Od strony św. Ducha ciężkim krokiem wypełza znany toruński poeta, zmierza w moim kierunku, płoszy krzykiem gołębie, a one uciekają co sił, jego też znają dość długo. Macha do mnie i nazywa swoim przyjacielem, dziwne jak łatwo narąbanym ludziom przychodzi rozmawiać z kimś tak beztrosko olewanym po trzeźwemu, mijanym w pośpiechu ze spuszczonym wzrokiem, sam tak nieraz robię ale nadal to dla mnie dziwne.
Mówi cos o samotności i wódce którą ma w mieszkaniu i że zaprasza, że dawno już z kimś nie pił, bo się pogubił straszliwie we wszystkim i rozminął się ze wszystkimi. Zwyczajny standartowy bełkot alkoholika intelektualisty, zawsze miałem dar słuchania, odkąd pamiętam raczej słucham niż mówię, słucham i rejestruję w swojej głowie, mam w niej bardzo wiele słów oraz zdarzeń, których teoretycznie nie miałem prawa utrwalić. Gorycz ojca, gdy matka idzie rodzić moją siostrę do szpitala, a ja podzielając tę gorycz niczego nie jem przez całe dwa dni, definitywne rozstanie ze smoczkiem, obrzydliwie granatowym, czy pierwsze siku pod drzewkiem są we mnie świeże niczym wczorajszy dzień, nikt jednak w to nie wierzy, zachowuję więc ten dar daleko gdzieś na peryferiach mego mózgu, przestałem się nim dzielić i zacząłem rozumieć swoją udrękę, pomyśl jak by to było gdybyś pamiętał absolutnie wszystko, nawet to, co musisz, chcesz zapomnieć? Jasne, można by rzec, że alkohol to najlepsze lekarstwo na taką przypadłość, to dość złudne pojęcie, chwilowe i nietrwałe ale za to wciąga okrutnie, wiem, bo weryfikuję je już jakiś czas.
Mój przygodny kompan zaczyna tradycyjną litanię, znaną doskonale spowiedź pijackiej czterodniówki. Szkicuje przede mną obraz pustego portfela i kłótni z wydawcą, zimnego łóżka do którego prawie zawsze wraca sam, pustej lodówki pełnej pleśniejącej, dawno przeterminowanej żywności, tych wszystkich twarzy na widok których spuszcza głowę, przylepia się do ścian marząc tylko o przeniknięciu przez nie, o staniu się niewidzialnym, przezroczystym tworem albo tych, w których chciałby znaleźć jeszcze jakiś ochłap pamięci o sobie, ale one już nie pamiętają, dawno skamieniały w wyrazie ponadczasowego napięcia i obojętności.
Litania zaczyna łkać, łka siwą głową matki pochylonej nad ścierwem swego syna, bezgranicznie szczęśliwej, że mógł trafić tym razem do domu. Pakuje z drżeniem jego przybrudzone torby, znowu wyprawia na pustynie, by nie spotykał nikogo i rozmawiał z wężami, jest za słaba by mu przeszkodzić. Dotyka swego dzieła — jej srebrnych włosów, jest późno, wychodzi kiedy śpi.
Znany toruński poeta całkowicie uwiesza się na moim ramieniu, jego bełkot przybrał charakter głębokiego pomruku. Wlokę teraz bezradną górę mięcha, mogę ją zostawić i nic nie czuć, żadnej powinności, żadnego wyrzutu. Kto wie czy tak właśnie bym nie zrobił, gdyby nie fakt, że jesteśmy prawie na miejscu, tu — pod odnowioną kamieniczką w głębi starówki przerwę chwilowy łańcuch, który nas dzisiaj zespolił, opieram wiotkie ciało o domofon, ktoś pewnie zaraz go wpuści i położy do łóżka, ma dobrych sąsiadów, dobry sąsiad to skarb.
Ja nie mam czasu, woła mnie rzeka, przedzieram się przez gąszcz idących na pierwszą mszę katolików, w ich oczach widzę piekło, które hodują pod swoimi czaszkami dla takich jak ja.
Takich co idą w przeciwną niż oni stronę, zwłaszcza w niedzielę rano.
Każda tęsknota, rozpacz, piękna chwila, każde romantyczne uniesienie jest składane jej w ofierze, bezzwłocznie przynoszone splecionymi palcami kochanków, dłonią zaciśniętą na smyczy albo butelce taniego wina, wrzaskiem rezerwistów, spokojem zamyślonych spacerowiczów, może nawet pisarzy czy innych artystów. Matka woda, matka rzeka przyjmuje to wszystko i rozważa w swoich głębinach, potem nieraz się uśmiecha srebrnymi grzbietami udekorowanymi finezyjnymi skrawkami słońca, a czasem po prostu jest smutna i płacze szarym wiatrem. Niektóre dzieci bardzo chcą znaleźć się na powrót w łonie które je wydało, najpierw nieśmiało przychodzą je oglądać, kontemplować, wyobrażać sobie jak to dobrze będzie znów stawać się jednym ze swoją rodzicielką, potem zadają jej pytanie, właściwie jest to prośba o powrót do domu, a matka czasem na nią odpowiada i pokazuje drogę przez most. To jednak jest rzadkość, bo ona strzeże swoich tajemnic, trzyma nas na dystans. Wiedzieliśmy o tym, dlatego ograniczaliśmy się tylko do kontemplacji, szukam teraz jej epicentrum — dziury w schodach, gdzie chowaliśmy butelki po nalewkach, ot taki rytuał zbuntowanych, długowłosych poetów. Polemizujących ze wszystkim i walczących o wszystko, naćpanych wolnością, pijanych nadzieją. Nieświadomi wielkiego danego nam czasu, jego ulotnej oraz kruchej istoty, włóczyliśmy się ostentacyjnie uliczkami starego miasta krzycząc cała swoją pozą, że oto idą filozofowie i literaci nowej ery, nowej generacji, że wywrócimy wszystko do góry nogami, że wyważymy każde drzwi i że złamiemy każdą regułę. Wywracaliśmy więc oraz łamaliśmy — swoje życie, z maniakalnym uporem, dzień po dniu, byleby nie upodabniać się do naszych skostniałych ojców. Pewnego dnia, gdy już wywróciliśmy doszczętnie całych siebie, zobaczyliśmy jak bardzo jesteśmy nadzy i bezbronni, świat trwał nadal niewzruszenie, jakby robiąc z nas sobie po prostu jaja, odwracał się plecami i niknął za zakrętem, słyszeliśmy tylko jego szyderczy rechot. Zaczęliśmy się bać, zostaliśmy sami, ktoś inny nas przepasał i zaczęliśmy chodzić już nie tam gdzie chcieliśmy ale tam gdzie nam wskazano.
Dziura została zamurowana, a może zwyczajnie nigdy jej nie było i jest tylko moim sennym urojeniem. A my? Czy my też jesteśmy takim urojeniem? — pytają mnie skulone dwie szare sylwetki znajomo ułożone pod krzakiem nieopodal, zamaskowane prowizoryczną kołdrą z poszarpanych gazet. Żaden patrol ich nie zgarnie bo tu jest ich dom, byli tu od zawsze, kto wie czy nawet nie przed zmianą systemu, przed stanem wojennym, przed samą wojną, przed wszystkimi wojnami, przed wielkim wybuchem…
Owszem, wywożono ich nieraz, wracali za każdym razem tak długo aż w końcu cały świat o nich zapomniał i dał im spokój. Częstowaliśmy ich papierosami oraz drobnymi na denaturat, łączyło nas coś w rodzaju niepisanego paktu wzajemnego poszanowania. Nie znam ich imion, nie znam ich historii, nie znam ich języka, czasem było słychać jak charczą do siebie w dialekcie którego poznanie napawało mnie przerażeniem. Pojedyncze słowa i zdania pozornie nieobce nam wszystkim wystrzeliwały z nich łącząc się wzajemnie w brudnym, chaotycznym rozpaczliwym potoku cuchnącym upadkiem, cuchnącym czymś czym każdy może się stać.
Nie wiem czy byli parą, czy łączyła ich miłość, całkiem możliwe, często chodzili razem i spali przytuleni, często trzymali się za ręce albo podpierali wzajemnie gdy nie mieli już sił, dlatego mówiliśmy o nich Romeo i Julia, bo to było klasycznie tragiczne skazanie na siebie, uzależnienie, albo po prostu zwykłe pierwotne przywiązanie. Teraz utwierdzam się w przekonaniu że są wieczni, może nawet są wcieleniem zamierzchłych bóstw, a kto wie czy nie demonów, mających do wypełnienia jakąś pokutę albo misję przekazania czegoś ważnego, na myśl mi nie przychodzi czego ale kto wie…
Nie padlibyśmy sobie w ramiona, gdyby teraz się przebudzili, nie skinęlibyśmy do siebie w powitalnym geście i to byłoby w porządku, takie jest prawo wykute na tym skrawku egzystencji. Ono właśnie mówi bym ich opuścił, zostawił ich terytorium w spokoju, nie jest już moje, wyemigrowałem z niego tysiące lat temu.
Mój współbrat, moja współsiostra władają w tym miejscem przez godzinę lub dwie, jest jeszcze wcześnie.
Potem tutaj zaczyna się niedziela, pełna niedzielnych rodzin i przechodniów, zakochanych i samotnych, utuczonych Bogiem przykładnych chrześcijan i mających to wszystko w dupie studentów. Woda będzie sprawiała wrażenie czystej a słońce oraz jego ciepło będą tematem do rozmów i pretekstem by nazywać świat pięknym. Potem przyjdą tutaj kolejni długowłosi, zbuntowani literaci, znajdą swoją wnękę w betonowych schodach, którą ktoś kiedyś zamuruje.
Moi współbracia, moje współsiostry.
Wieje wiatr, ale nie jest zimno, jest ten specyficzny typ pogody, który zawiera w sobie nutkę wielkiego święta z domieszką zbliżającego się końca świata. Wtedy powietrze nasyca się jakimś napiętym oczekiwaniem, a może nawet tęsknotą za tym co było i co będzie. Ta atmosfera towarzyszyła mi zawsze od wczesnych lat życia, przypuszczam że była kiedyś częstym doznaniem, kto wie czy nie codziennym, przyjmowanym jako coś oczywistego jednak całkowicie niezrozumiałego. Później uległa niestety rutynie, wyparta na odległy archipelag odczuć mieszkała tam przez długi czas, aż do momentu gdy uzyskałem pierwszą świadomość nastoletniej rzeczywistości, w ogóle jakiejkolwiek głębszej rzeczywistości. Znów wtedy powiało tą atmosferą, tym razem wiedziałem o niej więcej i posiadłem umiejętność jej postrzegania, rozbijania na atomy, delektowania się nią. Z biegiem czasu zmieniała barwy, zmieniała pory przybycia, zmieniała miejsca ale zawsze pozostawała tak samo potężna, nigdy do końca nie zgłębiona.
Moje najsilniejsze przeczucie końca świata minęło mnie kilka lat temu na placu Rapackiego, strasznie chude, niskie, szło powoli i niemalże z namaszczeniem, przydługie, siwiejące włosy opadały bezładnie na pomarszczone czoło, nie odgarniał ich, nie przeszkadzały mu podobnie jak za duży popielaty, szurający po ziemi prochowiec. Może był pisarzem, albo jakimś wykładowcą, może zwyczajnym bezrobotnym intelektualistą, nie zastanawiałem się wtedy nad tym, bo w tym czasie był dla mnie zwiastunem fanatycznego końca wszechrzeczy z drewnianym spojrzeniem utkwionym w niewielkiej książeczce, którą trzymał przed sobą, poruszał popękanymi ustami, wychwytywałem pojedyncze słowa modlitwy: Kyrie elejson, Kyrie edejson… usłysz nas… wysłuchaj nas… módl się za nami…
Głos miał zachrypnięty, suchy, siał zimny dreszcz po plecach, miałem wrażenie że ujrzę za chwilę całą procesję takich ludzi, posłańców apokalipsy, przeniesionych żywcem ze średniowiecza, cierpiących, złowieszczych, pogrążonych w marności albo ekstatycznym uniesieniu. Nikogo nie ujrzałem, wiał wiatr, ale nie było zimno, zaczynała się wiosna 2005 roku. Wisła wystąpiła z brzegów, chodziliśmy ją oglądać ale poziom opadł szybko i już nie było takiej atrakcji, jak jeszcze tydzień temu, kiedy prawie cały bulwar był pod wodą.
Czekałem na śmierć pewnego człowieka, który zawsze chodził na biało i mieszkał daleko stąd. Nigdy go nie widziałem z bliska, nigdy nie dostawałem spazmów, gdy przyjeżdżał do Polski i nie rwałem się, by go oglądać jak jakiś rzadki zagrożony wyginięciem okaz w zoo.
Wszystko sprowadza się do wręcz obrazoburczego, niepopularnego stwierdzenia, iż był mi całkowicie obojętny, postrzegałem go jako zwykłego człowieka na pewnym stanowisku, który po prostu cierpiał, współczułem mu. Zawsze współczuję dobrym ludziom, on właśnie emanował zwyczajną dobrocią i z pewnością chciał tym zarazić cały świat, tylko świat go przestał słuchać, z pewnością chciał by cały świat ze sobą rozmawiał, tylko że świat milczał do siebie tradycyjnie.
Więc, w dobie przekazu wizualnego, ukazał szokujący proces umierania i to jaki może on być godny oraz wielki. Zahuczało na ziemi, wulkany łez wystrzeliwały pod niebo, nie wątpię że niektóre bardzo szczere. Czułem się jak zbrodniarz, bo nie chciało mi się płakać, czułem się jak ignorant, bo nie widziałem „rewolucji moralnej”, o której trąbiły media, jak zdrajca, bo nie widziałem ludzkiej solidarności i jedności. Widziałem powierzchowność, widziałem głupotę, i to że tylko w takiej chwili wielkiego egzaltowanego smutku czujemy się narodem.
Patrzcie jak płaczemy, jak ubolewamy nad stratą naszego rodaka! — krzyczeli godzący się kibice wrogich klubów. Będziemy czcić i przechowywać jego nauki, będziemy je wprowadzać w życie — szlochali padając sobie w ramiona politycy LPR i SLD, a groźni na co dzień młodociani sataniści pozapalali świeczki i stanęli w kółeczku, trzymając się za ręce.
Nafaszerowani tym wszystkim ludzie, zaczęli stawiać znicze pod pomnikiem psa filutka, oczywiście w hołdzie papieżowi, w ogóle wszędzie paliły się światła, tłum zaczął przemieniać się w jeden gigantyczny rozświetlony twór kontemplacji i rozpaczy. To było moje najsilniejsze przeczucie końca świata, końca który, jak przypuszczałem, nie nadszedł. Nie otworzyły się bramy niebios, ani tym bardziej się nie zamknęły, politycy i kibice zaczęli sobie znów skakać do gardeł, młodociani sataniści znów przywdziali odwrócone krzyże i pentagramy, ludzie żyli tak, jak przedtem w swoich szarościach oraz blaskach.
Jednym słowem nic się nie zmieniło, zyskaliśmy jedynie uczucie pustki, osamotnienia, pozbawieni potężnego protektora rzuciliśmy się w wir stawiania mu pomników i nazywania jego imieniem wszystkiego co tylko można nazwać. By upamiętnić, by uwiecznić, by zagłuszyć.
Moi współbracia, moje współsiostry.
© 2007 Paweł Zaremba
mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Współbracia, współsiostry
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput