Genesis
o dwudziestej drugiej czterdzieści siedem
na peronie sali porodowej przesiadłem się
z matczynego łona do własnego ciała
na pamiątkę zawiązano mi na brzuchu wklęsły supeł
piętno bezpowrotności zresztą dokąd miałbym
wrócić to tak jakby Jonasz próbował wskoczyć
do trzewiów ryby która go wypluła.
obecnie jeśli tylko zechcę
mogę zrobić z mojej pojedynczości
prokuratora łajdaka kolędnika
zakładnika zakładu pracy
mogę naśladować biała damę z Kalkuty
rozdając posiłki i dobre słowo
mogę składać chwiejne obietnice jak
Giordano Bruno kowboj renesansu
zamiatać zaśmiecone chodniki
albo pisać bezradne wiersze
mógłbym nawet zechcieć powrotu
do pewnego miejsca
chcąc leżeć w nim nieruchomo
cieszyć się jego ciepłem i ciszą
ale nie ma tego miejsca
pewnego stałego miejsca
jest tylko wolność z której
nie sposób się wyswobodzić
Fotografie
oto stoję przed tobą a przepływające przeze mnie
minuty są jak krople które staną się powodzią
twoja przewiewna koszula jest przemoczona potem jakbym rozlał
na ciebie wszystkie kanistry szaleństwa jakie ze sobą przyniosłem
choć widzimy się po raz pierwszy wiem że jesteś wrażliwa na
przeciągi dlatego zamknę drzwi i okna twojego domu
będę z tobą szczery
nigdy nie przykładałem się do nauki ukończyłem jedynie
Studium Podkładania Ognia, ale musisz wiedzieć że
jestem czymś więcej niż pozostałością po jakimś porodzie
zapewne gdyby nie nasze spotkanie nie zająłby się mną żaden
historyk rozwiązujący krzyżówki genealogiczne. idąc śladem
mojego poprzednika Herostratesa teraz
to ja układam bukiety wydarzeń
tuż przy twoich związanych nogach kazałem położyć zegar abyście
wszyscy zdali sobie sprawę, że jego ruch w dowolnej chwili może stać się
odliczaniem wstecznym. rozchmurz się, jesteśmy w słonecznej Kalifornii,
więc uśmiechaj się albo umieraj
teraz zaknebluję ci powieki i zatrzasnę korytarze żył
(staniesz się wtedy spełnionym marzeniem mojego boga)
po czym usiądę w fotelu blisko twojego stygnącego ciała
zapalę papierosa, będę czekał na echa fleszy
wieczne chwili zatrzymanie
Teatr Jednego Aktora
otwiera oczy wygląda za okno
dopasowuje minę do pogody
nie zmieniwszy ubrań przebiera się za sąsiada co
przed drzwiami bójki na uprzejmości odgrywa:
jak pan ładnie pachnie
jak dobrze się trzyma
zatrzymując się przy pomnikach nakłada grymas powagi
że jeszcze Polska nie zginęła a zawsze zginąć może
kiedy oczekują od niego obietnic jest mimem pragnącym
kamień przegonić w zastygłej pozie
gdy słyszy biadania zaskoczonych nadejściem zimy
krzyk szyderczy uprzejmym uśmiechem zasłania
wziąwszy do ręki pióro kostium poety zakłada
który jak kuglarz uliczny akrobacje z abstrakcją wyprawia
dopiero nocą przy lustrze analizuję jego nieustanną grę
za maską tysiąca twarzy szukam się
Mrowisko
Kiedy to miejsce bierze wdech korytarze fabryk i urzędów zapełniają się
rozbrzmiewa krzątanina maszyn i wertowanych stronic
to mrówki pracujące cały tydzień na dobę zajmują swoje miejsca:
dziennikarz który się dziennikarzy, rodzice żłobiący krzykami żłobki,
władza szukająca eliksiru na porost autostrad, handlarze i uczeni
rozkręcający planetę na części pierwsze - dolary i atomy
mrówki postępu wznoszące betonowe siedliska sięgające niebu do pasa
dokąd nie dosięgną pisarze wykuwający na papierze zdania poziome gmachy
mrówki wplątane w sekwencje
dzień – noc
akcja - reakcja
przychody – odchody
w pisma święte i sądowe
w ideologie pajęczyny pojęć
mrówki nieświadomie obciążające podręczniki
tragarzy wydarzeń.
Kiedy to miejsce bierze wydech, budynki mrużą okna ze zmęczenia
stygnie zamęt słów i mięśni, a wtedy mrówki stają się potężne jak sny
w których docierają tam dokąd nie dotarli ich potomkowie
Zaginiona Wyspa Retro
miejsce nieistotne na mapach niewymienione przez
przewodniki turystyczne didaskalia krajobrazu -
miasteczko przycumowane do kawałka ziemi
przez którą przelewają się jarmarki i wojny
wiedziona ekstrawaganckim kaprysem mogłaby tam trafić Chanel
jednak nie odnalazłaby transylwańskiego pałacu ani geniusza
na miarę Chopina mistrza
mowy polskiej
znalazłaby rusztowania podtrzymujące schorowane domy
posiniaczone cerkwie i dworzec kolejowy z czerwonej cegły
rozebrany z okien
i podróżnych
którzy z początkiem listopada wychodzą
ze swoich ciasnych niepokojów by rękoma
pełnymi trzeszczących stawów zapalać znicze
rozchmurzać podziemia
to miasteczko nie zna dilera kokainy ani filozofa
przynoszących dowody na nicość
dlatego domy cerkwie i dworzec
nie są tam złudzeniem
© 2011 Radosław Jaworowicz