Osiedle jeszcze słodko było wtulone w ramiona snu, ciemne oczodoły okien spoglądały na mnie martwo, betonowe monstrum spowijała ciemność rozjaśniana pomarańczowym światłem latarń. Czułem się jak jedyny człowiek na ziemi, ale nie odczuwałem strachu, gdzieś we mnie dominowało poczucie bezpieczeństwa, a może to była po prostu rezygnacja. Twarz smagało mi chłodne październikowe powietrze, przystanek tramwajowy zionął pustką i straszył powybijanymi plastikowymi szybkami. Szybko dojechałem na miejsce, dworzec PKS już tętnił życiem, ludzie tłoczyli się przy stanowiskach ponumerowanych od jednego do dziesięciu. Wielu paliło papierosy, niektórzy spożywali w pośpiechu śniadanie, jeszcze inni zwyczajnie wpatrywali się w bliżej nieokreśloną dal pogrążeni we własnych światach. Ja nie myślałem o niczym, całą swoją uwagę poświęcałem substancjom smolistym, jakie ze wszystkich sił wciągałem do płuc. Powoli wypuszczałem dym wprost na rozkład, który mówił że zostało mi jeszcze prawie 20 minut do odjazdu. Bałem się tam jechać, pragnąłem spokoju, liczyłem na spokój, ale jednocześnie gdzieś we mnie pojawiła się obawa, że mogę go wcale nie znaleźć. Już kiedyś ktoś mi mówił, że co jak co, ale w zakonie samotności i spokoju raczej się nie znajdzie. Wcale nie byłem głęboko wierzący, właściwie to wiary katolickiej, którą od dziecka wbijała mi w głowę ojcowska pięść, nie praktykowałem od dawna. Uważałem ją za śmieszną, za zacofaną, wymyśloną tylko po to, by rządzić ludźmi, ich myślami, sumieniami, ich uczuciami oraz czasem. W imię żadnej innej religii, no może za wyjątkiem ortodoksyjnego islamu, nie popełniono tylu przerażających zbrodni przeciwko ludzkości, przeciwko nauce, przeciwko duszy. Katolicy nic nie wiedza o swojej wierze, chodzą do kościoła owczym pędem, tak samo przystępują do sakramentów. Bo tak wypada, bo tak robili rodzice, dziadkowie, babki. Nigdy nie zadają sobie żadnych pytań dotyczących swojej religii, nie potrafią mieć innego zdania niż ich ulubieni księża, biskupi czy papieże. Każdy wierzy, łamiąc przykazania, ot taka niedzielna duchowość.
Właśnie z takim nastawieniem jechałem do pewnej podwarszawskiej miejscowości, aby oddać na chwilę swoje życie w ręce mężczyzn w czarnych sukienkach. Rodzina pękała z dumy i prawie siłą pchała mnie w zakonne ramiona. Poddawałem się temu bez słowa sprzeciwu, byłem jak w transie. Marzyłem tylko o tym, by gdzieś osiąść na jakiś czas, o nic się nie troszczyć, aby ktoś za mnie wymyślił mi dzień i aby odnaleźć spokój, nawet poddać się tych ich śmiesznym rytuałom, byleby osiągnąć spokój, spokój, spokój…
Szybko zasnąłem, szum jadącego autobusu działał na mnie kojąco, większość pasażerów przysypiała, budząc się tylko czasem po to by spode łba zlustrować tych, co właśnie wsiadają. Świat budził się, jaśniał na chwilę i zaraz znowu przybierał ciężką barwę deszczowych chmur, ludzie zaczęli rozmawiać, z początku nieśmiało, później nieco głośniej, aż w końcu cały pojazd przemienił się w jeden zlany ze sobą szmer. Szmer mnie otaczał i był gęsty, nie mogłem wychwycić poszczególnych słów, a ludzki język w jednej chwili wydał mi się czymś chropowatym obrzydliwym niosącym ze sobą niepokój, ja uciekałem przecież od niepokoju. Mój sen był płytki i czujny, do tej pory tak sypiam.
Po paru godzinach dotarłem do Warszawy, przerażająco wielkiej oraz hałaśliwej, kiedyś myślałem, żeby zacząć tu nowe życie, ale stolica miała w sobie pewien chłód, który mnie odrzucał. Wysiadłem pod pałacem kultury i czym prędzej przemknąłem na dworzec PKS. Jakieś czterdzieści pięć minut później stałem już pod klasztorną bramą, pięknie zdobioną, drewnianą, otwieraną przez koślawego karzełka o wystających zębach. Stworek uśmiechnął się na mój widok, podobno już na mnie czekali. Na imię miał Sebastian, ale i tak wszyscy wołali na niego „mniszek alkoholik”, oczywiście tylko ci wtajemniczeni. A tych, jak się później dowiedziałem, była przytłaczająca większość. W korytarzu pachniało obiadem i kadzidłem, z kuchni dochodził stukot talerzy. Czułem się jak spragnione zwierzę, które zwietrzyło wodę.
Obiad był niesamowity, pomidorowa, kurczak w panierce, a na deser puszysty serniczek, poczułem się świetnie. Niestety tylko na chwilę, bo zaraz kazano mi się modlić. Potem było jeszcze gorzej tzw. „czas wolny”, czyli ogólne zgromadzenie w świetlicy, przy kawie, szachach, chińczyku oraz całej masie katolickich gazetek. Nikt jednak się na tym nie skupiał, wtedy główną atrakcją byłem ja. Pytania padały z każdej strony, dotyczyły moich włosów (w owym czasie były dość długie i gęste), mojego rzekomego powołania, mojego pochodzenia, mojej rodziny etc, etc…
Nie pamiętam teraz, co im odpowiadałem, pewnie byle co, byleby tylko dali mi spokój, łatwo poszło – polubili mnie, zawsze byłem dobrym aktorem.
Wieczorem prysły moje marzenia o wewnętrznej harmonii, dostałem pokój z „mniszkiem alkoholikiem’. W postulacie był już trzeci rok, nikt nie wiedział dlaczego, ale ja się chyba domyślam czemu. Tak naprawdę byliśmy do siebie bardzo podobni, on też nie wiedział co ze sobą zrobić, dokąd pójść, czego tak naprawdę oczekuje od życia. Często się śmiał w okropny piskliwy sposób i nikt go nie rozumiał. Dobrze grał w szachy i pastował buty tak, że można było się w nich przejrzeć, był strasznie chudy, miał zamaszysty wojskowy chód, brat Tomek mówił, że pewnie jego wzorem osobowościowym jest Goebbels. Mieszkanie z Sebastianem układało się dobrze, czasem po zapadnięciu ciszy nocnej spijaliśmy bimber zakupiony od tutejszych tubylców albo zwyczajnego jabola, mszalnego nie pijaliśmy, jest ohydne w smaku i kac po nim jest okropny. Znał tu wszystkich, znał tu wszystkie skrytki, wszystkie prawa. Nie odnalazłem przy nim jednak spokoju. Wręcz przeciwnie, wnosił do mego życia wiele nerwowości oraz chaosu, miał denerwujący styl bycia. Nie pozwalał dokańczać zdania, często w samym środku rozmowy potrafił odwrócić się plecami i trzasnąć drzwiami. Mimo wszystko polubiłem go, zawsze miałem słabość do wariatów.
„Mniszek alkoholik” nie był jednak jedyną godną zainteresowania osobą w tym towarzystwie. W naszej kilkunastoosobowej grupie postulantów można było znaleźć zaledwie trzech tzw. „normalnych”, czyli takich nie wyróżniających się niczym szczególnym, nudnych oraz ułożonych. Nie pamiętam dziś nawet ich twarzy, o imionach nie wspominając. Reszta za to stanowiła ciekawy zbiór indywiduów, co do niektórych, to aż mi skóra cierpnie na samą myśl, że są teraz księżmi i mają rząd dusz.
Mówiliśmy na siebie „bracia”, chociaż żadnych ślubów ani święceń jeszcze nie składaliśmy, chcieliśmy być braćmi, czuć wspólnotę, jedność, czuć się kimś wyjątkowym, czuć, że jesteśmy członkami potężnej organizacji, z którą mało kto ma odwagę zadzierać. Takie zapewne było założenie ojca moderatora, by uczynić z nas jednolity organ, który zostanie trwale wchłonięty i zespolony z silnym ciałem. Ale ten rocznik postulantów pewnego zakonu, w pewnej podwarszawskiej miejscowości, z którym miałem przyjemność obcować przez krótką chwilę, był wyjątkowy i wywrócił do góry nogami calutki świat wszystkich starszych zakonników. Wcale tutaj nie chodzi o popijanie obdarzonych procentami trunków przeze mnie i mego współlokatora, to jedno z najlżejszych przewinień, zresztą i tak każdy to tam robił. Nie dziwię się, życie zakonne aż prosi się o alkoholizm. Największym problemem było to, że w jednym czasie i miejscu spotkało się kilkunastu młodych ludzi, którzy nie wiedzieli po co się właściwie w owym miejscu znaleźli, życie rzucało nimi na różne strony aż w końcu o coś się zahaczyli. Największym problemem oczywiście dla ojca moderatora i reszty starszyzny, my w tym problemu nie widzieliśmy, wręcz przeciwnie.
Na imię miał Karol, ledwo co ukończył 18 rok życia i spoglądał na wszystkich kardynalskim wzrokiem. Nie lubiłem go, miał coś takiego w twarzy co nie dawało mi spokoju, co sprawiało że zaczynałem mieć się na baczności. Jak się później okazało słusznie, od najmłodszych lat ministrant i przydupas jakiegoś biskupa w południowej Polsce. Znał wszystkie możliwe modlitwy, brewiarz to trzepał prawie z pamięci, każdego ranka siadał w pierwszej ławce i zawzięcie śpiewał psalmy, okropnie śpiewał. Zakonnicy go uwielbiali, widzieli w nim już „swojego”, my nie znosiliśmy człowieka, nikt przecież nie lubi kapusiów. To właśnie go zgubiło, to że chodził za nami na strych, gdzie paliliśmy zakazane papierosy, że przeglądał rzeczy współbraci i znajdywał plakaty z gołymi modelkami, znalazł się w mniejszości, został sam. Ale najbardziej nagrabił sobie czymś innym. Jest bowiem w świecie katolickim, chyba podobnie jak w każdej religii, jedno niewybaczalne przewinienie – podważanie dogmatu.
Zaskoczył tym wszystkich pewnego deszczowego popołudnia w sali konferencyjnej, jak zwykle mieliśmy jakiś wykład, tym razem o eucharystii i zmartwychwstaniu. Jak zwykle słuchało go z napiętą uwagą tylko trzech postulantów, reszta zajęta była swoimi sprawami, czyli grą w statki, kółko i krzyżyk (no mi się wydaje, że to akurat było na miejscu ) albo po prostu szeptaniem między sobą. Zapewne ten wykład niczym nie różniłby się od innych, gdyby nie Karol. Widziałem jak przez cały dzień toczył ze sobą jakąś walkę, był strasznie nerwowy, milczał, nawet nie śpiewał. Czułem w powietrzu jak coś narasta, gęstnieje, wiedziałem, że idzie burza i to taka z piorunami.
Karol w końcu eksplodował, pod koniec monologu ojca moderatora powoli podniósł się z krzesła, wciągnął powietrze i przez chwilę stał nieruchomo.
- Słucham ciebie, jakieś pytania? – Spytał rozradowany wzbudzeniem zainteresowania zakonnik.
- Właściwie to tak. – Pomilczał jeszcze przez krótką chwilę po czym rzucił. – A ja nie wierzę.
Też nie wierzyłem, nikt właściwie nie wierzył w to, co wtedy usłyszeliśmy, poczuliśmy jak w nasze kręgosłupy wchodził żelazny zimny pręt, który usztywniał nasze ciała.
- Słucham? – Wycedził zszokowany ksiądz.
- No nie wierzę. – Już pewniej odparł Karol. – Bo to cała śmierć i zmartwychwstanie to tak trochę bez sensu, podobnie jak te niepokalanie całe. – Z każdym jego słowem ojciec robił się coraz bardziej napuchnięty i purpurowy, buntownik tym czasem niewzruszenie kontynuował.
- Nie wierzę w jego śmierć, ja myślę że został uwolniony, albo że któryś z jego uczniów się podłożył, potem uciekł na teren dzisiejszej Francji i tam ożenił się z Marią Magdaleną. A jego matka i jej dziewiczość? Ha, gdzieś jest przecież napisane, że miał brata Jakuba…
No, przecież ksiądz wie, że to prawda, tyle tylko że nie wygodna dla waszej instytucji, która…
- Milcz, nie bluźnij!!! – Zakonnik prawie wychodził z siebie, tylko patrzeć jak rzuca się na Karola i rozrywa go na strzępy. – Co ci się stało?!!! Kto ci naopowiadał takich bzdur!!! Może tyś je gdzieś wyczytał?!!!
- Nie no ja właściwie na podstawie…
- Milcz!!! Reszta wynocha!!!
W takim momencie? Ha, próżne to było życzenie, nikt się nie ruszył, zresztą nawet jakbyśmy chcieli, to nie moglibyśmy, tak nas to sparaliżowało. Piękne to było starcie, heretyk kontra inkwizytor, zapewne zakończyłoby się ono linczem albo spaleniem na stosie, nie ukrywam, że żądny byłem takiego widowiska. Niestety, zwabieni krzykami zbiegli się inni bracia z przeorem na czele i prawie siłą wypchnęli nas z salki. Zebraliśmy się w tzw. świetlicy i nasłuchiwaliśmy dalej. Jednak żaden dźwięk więcej już do nas nie dotarł. Tylko przyspieszone kroki na korytarzu brzmiały jakoś inaczej i jakby niosły ze sobą złowieszczą zapowiedź następnych dni.
Mało ze sobą rozmawialiśmy o tym co zaszło, ci bardziej gorliwi namiętnie modlili się za Karolową duszę, ci mniej gorliwi albo niegorliwi w ogóle, woleli całą sprawę przemilczeć, zachować w swoich sercach. Ja tylko uśmiechałem się w duchu, czułem, że pewien worek z nieznaną do tej pory zawartością został rozwiązany. Zakonnicy natomiast szaleli, buntownik został odseparowany od reszty postulantów, dostał nawet oddzielny pokój gdzieś na poddaszu. Bardzo mu poniekąd zazdrościłem. Prawie cały czas któryś z kapłanów przesiadywał u niego, pewnie robili mu jakieś pranie mózgu albo może egzorcyzmowali go na potęgę. Cokolwiek tam robili, zawiodło jednak na całej linii. Odesłali więc buntownika do domu i natychmiast zaczęli z nami cały cykl pogadanek o tym, jakie to szkodliwe może być działanie złego ducha, nawet w miejscach, gdzie nie powinien on mieć teoretycznie wstępu. Nie wypadało się nie zgadzać z wywodami braci, i tak atmosfera była napięta, podczas naszej nieobecności w pokojach przeprowadzano rewizję za rewizją, a czuwaniom i modlitwom nie było końca. Nikt nie przewidział, że będziemy odznaczać się dość dużą odpornością na chrześcijańskie gusła. W owym czasie w naszej grupie bardzo wyraźnie zaznaczyła się linia podziału między postulantami gorliwymi i niegorliwymi w ogóle. Ci pierwsi zaczęli wyraźnie nas unikać, starali jak najmniej przebywać w naszym towarzystwie, nie siadali koło nas nawet w refektarzu. Podczas czasu wolnego siadali przy odrębnym stole i czytali katolickie pisma albo grali w milczeniu w szachy. Po odpadnięciu swego lidera ich wola oraz entuzjazm wygasły, my natomiast rozkwitaliśmy, lubując się swą większością i brakiem ograniczeń w postaci kapusia – Karola. I to właśnie nam było dane odkryć sekret jego szaleństwa.
Niekwestionowanym przywódcą naszego „odłamu” został Tomek, to on przewodził w wyprawach na papierosa i w nocnym włamywaniu się do sali telewizyjnej. Żaden zamek nie stanowił dla niego przeszkody. Swym wyglądem budził powszechny respekt, wygolona głowa i potężna postura zawsze budzą respekt. Miał dużo blizn, mówił z uśmiechem, że to od noża, a na pytanie czym zajmował się „na wolności” odpowiadał że wszystkim. Polubiłem go bardzo mimo tego, że słuchał hip – hopu, też tak ja był ewidentnym rozbitkiem. Kiedyś po wieczornych modłach podszedł do mnie i wręczył parę książek. Prawie oszalałem. „Magija”, „Życie Przed Życiem”, „Życie Po Życiu”, „Kod Leonarda”, „ Zostań Bogiem w Weekend”…
Jednym słowem istne herezje. Skąd to miał? W każdym starym, wielkim budynku znajdują się nieco już zapomniane zakamarki, pełne mrocznych tajemnic. Jedno z takich miejsc znajdowało się też i w naszym domu zakonnym, w rupieciarni za biblioteką. Przypuszczalnie Karol został jego pierwszym odkrywcą. Każdy, kto przekraczał progi pewnego klasztoru w pewnej podwarszawskiej miejscowości, musiał zdać ojcu moderatorowi wszystkie książki jakie posiadał (za wyjątkiem Pisma Świętego oczywiście), wszystkie płyty oraz takie gadżety jak mp3, aparaty cyfrowe, telefony komórkowe, o pieniądzach nie wspominając. Nie każdy to robił od razu, niektórzy ową „obrazoburczą” literaturę oddawali dopiero po jakim czasie, wtedy, gdy pranie mózgu zaczynało przynosić zamierzone efekty. Później książki odrzucano byle gdzie i wszyscy o nich zapominali.
Czytywaliśmy więc zakazane dzieła z wypiekami na twarzach, po ostatnich modlitwach, po ostatnich dzwonach, po kryjomu siadaliśmy w moim pokoju, uzbrojeni w latarki pochłanialiśmy „szatańskie” stronnice. Grono wtajemniczonych było dość wąskie: Mniszek Alkoholik, Tomek, Witek – niedoszły ginekolog, Stasiu – komputerowy haker, co to w monitorze najświętszą panienkę zobaczył i się nawrócił oraz ja.
Działaliśmy bardzo ostrożnie, czuliśmy się jak jacyś powstańcy albo szpiedzy, byliśmy szczęśliwi. Ale jak to w życiu bywa szczęście często odwraca się do nas tyłkiem w najmniej spodziewanym momencie.
Pewnego popołudnia rozpoczęliśmy dyskusję na tematy papieskie, jeden z ojców właśnie się rozpływał nad jakąś encykliką, kiedy Tomek beztrosko rzucił pytanie:
- Czy to prawda, że papież posiada na swojej czapce zakamuflowaną liczbę bestii – 666?
Czemu to zrobił? Po prostu chciał wtedy stamtąd wylecieć. Na początku byłem w szoku, ale po chwili pomyślałem sobie, że to całkiem niezły pomysł i natychmiast poparłem kolegę. Oczywiście przyznaliśmy się do posiadanych książek i oczywiście odmówiliśmy ich wydania. Oczywiście robiono nam pranie mózgu i oczywiście nieskutecznie, bo prawie zawsze byliśmy na lekkim rauszu. Tuż przed świętami rozjechaliśmy się do domów, gdy byliśmy już za klasztorna bramą poczuliśmy swąd palonej literatury.
© 2010 Paweł Zaremba
mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Zakon
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput