Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№39 marzec 2010

Zdjęcia rodzinne Oskar Szwabowski

Przechodziłem przez ulice miasta, tymi drogami, gdzie spotykały mnie nieszczęścia, gdzie raczej spotykałem się z szeregiem trudności, z szeregiem przeciwieństw i zacząłem iść tymi drogami i wszędzie zacząłem następować na pewne rzeczy, które nadały mi refleksy i zarazem wielkie rozmyślania.

- Będziemy się jeszcze dobrze bawić, zobaczysz - mówi. Taksówka wiezie nas do szpitala psychiatrycznego. Zastanawiam się czy nie będzie próbować wyskoczyć, jak się domyśli, gdzie jedziemy. Analiza. Wniosek: raczej nie. Analiza amatorska, więc niepewność pozostaje. Dłonie mam wilgotne. Zapaliłbym chociaż przed chwilą paliłem. Godzina młoda a prawie paczka zeszła. Mdli. Podłe uczucie mdłości.
Droga się dłuży. Nie tylko mi. Powiadomiony o wszystkim wcześniej taksówkarz wpatruje się przed siebie, jakby dopiero dostał prawo jazdy. Zagadywany przez ojca - pacjenta, odpowiada zdawkowo, przytakuje - i w ciska gaz.
Ojciec - pacjent tymczasem tłumaczy, wyjaśnia, wyciąga to chowa zdjęcia. Pacjent, wole tak myśleć. To dystansuje. Też nadaje porządek działaniom, myślom.
Teraz cel szpital. Dowieść chorego. Tam zajmą się nim specjaliści. Może wyjdzie ze szpitala ojciec. Już nie pacjent. Też nie ojciec - pacjent. Tylko sam ojciec. Nie potrafię, może nie chcę, widzieć ojca w człowieku siedzącym obok, w stanie maniakalnym, opowiadającym chaotycznie spiskową teorię dziejów, przeplataną czytelnymi komunikatami niosącymi ciężką do zniesienia porcję bólu. Porcję o dawce niemal śmiertelnej. Może to dlatego. Nie jestem w stanie podzielić jego cierpienia, bo jest zbyt duże.
Pokazuje zdjęcie. Dawni partnerzy, ludzie pracujący dla niego, czasy chwały, syte lata, czasy tworzenia. Zdrajcy, mówi, ten oszukał, tamta oszukała… wymienia. Palec zawiesza nad postacią mamy. Zastyga. Chowa zdjęcie. Za chwile je wyciąga. Wszyscy zdrajcy, siedzą na ciepłych, rozpasionych pasących się, nie sieją tylko by zbierali, nachapać, się nachapać, nażreć, tyłki im puchną, i tylko żrą, nachapać się, nachapać się, nie sieją zdrajcy, cwaniaki na stołkach pasących się… ale nie martw się, jeszcze będziemy się dobrze bawić, a mama wyzdrowieje.
Póki mówi, nie jest źle. Zbliżamy się do szpitala. Taksówka zwalnia przy szlabanie. Proszę podjechać pod wejście na rejestrację, mówię. Żadnych problemów, żadnych problemów, chyba żadnych problemów. Na rejestracji jak zwykle tłok. Kilka godzin czekania. Znany scenariusz. Pierwsza godzina, dwie, to chaotyczny monolog, nerwowe krążenie ojca - pacjenta, potem czas zmęczenia, jakby wyciszenia, by tuż przed wejściem, zaczął zdradzać oznaki podenerwowania. Wścieka się na lekarzy, że wolno obsługują. Na cała służbę zdrowia. Ponownie słowa zaczynają płynąć. Szybko, za szybko. Przytakuje machinalnie. Nie ufaj nikomu, zwłaszcza sobie. Włącz komputer zacznij myśleć.

Za pierwszym razem, gdy odstawiłem ojca z jego braćmi do szpitala, nie pamiętam dokładnie kiedy, około sześciu lat temu, spiłem się okrutnie. Płakałem tylko chwilę. W samotności. Czekając, aż wujek wróci z flaszką. Pierwszy raz jest najtrudniejszy? Raczej nie. Najbardziej szokujący. Potem jest tylko gorzej. Zmęczenie, ale też brak nadziei, że będzie lepiej. Będziemy się dobrze bawić. Nie, już nigdy się nie będziemy bawić. Chyba, że w szaleństwie.
Płakałem jeszcze tylko kilka razy. Przez cały ten czas. Płaczu towarzyszył mi zdjęcia, tak jak towarzyszyły one ojcu w jego chorobie. Ciekawe czy widziałem w nich to co on. Pewną opowieść. Opowieść życia, którą porozwieszał na ścianach wszystkich pomieszczeń. Po co mają leżeć w szafie, powiedział. Przez kilka nocy i dni oprawiał zdjęcia w ramki poczym przymocowywał. Swoista galeria. Co jakiś czas uzupełniana.

Historia zdjęć i historia w zdjęciach. Fragmenty, łączące się w różne całości.
Zdjęcia - prywatna, demokratyczna historia, utrwalona dla potomnych, dla naszej pamięci. Historia, która szybko ulega zapomnieniu, historia nieistotna dla Historii. Czasami stająca się obca, nieczytelna dla samych jej twórców. Gdzie to było? Kto to jest, był? Próby przypomnienia, interpretacji, rozszyfrowywanie, wydobywanie z nieistnienia, jakby się starało odczytać świadectwo obcej, dawno wymarłej kultury. Twarze ze zdjęć są obce, wydarzenie niezrozumiałe.
Obcość zdjęć z dzieciństwa. Nie potrafię się utożsamić z postacią na zdjęciu. Mogliby mi pokazywać sąsiada, kogoś zupełnie nieznanego, taki sam efekt. Bliżsi są mi inni na tych zdjęciach: rodzice, dziadkowie, wujkowie. Gdyby nie powiedzieli, że to ja, to bym się nie poznał. Obcość zaczyna znikać tak około trzynastego roku. Postać staje się coraz bardziej podobna. Nie można zaprzeczyć podobieństwu. Wciąż jednak jest obojętna. Nigdy siebie nie widywałem na zdjęciach. Nie starałem się odczytać historii własnej. Siebie poznawałem przez opowieść innych.

Gra o wielką stawkę. Gra życia. Przerżniesz, masz przejebane. No i mieliśmy przejebane. Olśnienie schizofreniczne? Kiedy spadają maski, na chwilę ukazuje się zasada tworząca pseudozwiązki, pseudoprzyjaźnie, pseudouprzejmi pseudoznajomi. Kiedy cała rzeczywistość robi fikołka, a ty spadasz ze stołka, na inny stołek, czy raczej na twardy bruk obijając dupę, co nawykła do poduszeczek, miękkich fotelików. Nagle, niespodziewanie, przynajmniej dla mnie, cały świat zostaje rozebrany przez komorników. Wywieziony dostawczymi samochodami wraz z wyobrażeniami o przyszłości, planami, poczuciem oparcia, bezpieczeństwa. Tak wygląda brakujące zdjęcie, z ostatniej strony, pamiątkowej książki zrobionej dla ojca przez jedną z pracownic: "była sobie dziura". Zapis fotograficzny uroczystego kładzenia kamienia pod mający powstać oddział szpitala. Zdjęcie, jakie widzę nieustannie przed oczami, gdy natrafiam na tą księgę, a raczej natrafiałem. Została ona zdefragmentaryzowana przez ojca w jednej z manii, wciągnięta do jego świata, zreinterpretowana. Funkcjonująca już teraz w świecie niedostępnym, fantastycznym, stała się opowieścią fantastyczną, snem… Ostatnie zdjęcie widzę ilekroć mijam niedokończoną budowę. Ołowiane niebo nad sterczącymi z błotnistej ziemi betonowymi słupami, rozpadające się baraki i karoseria samochodu. Ojciec odwrócony plecami do obiektywu, obejmuje wzrokiem scenę. Nikt nic nie mówi. Poza jesiennym wiatrem niosącym zwiędłe liście. Kałuża zdaje się odbijać twarze kiedyś obecnych, wśród surowych ścian słychać brzdęk kieliszków i przytłumione śmiechy. Drogie, nowe samochody opuszczają plac. Biskup z pierścieniami na pulchnych paluszkach macha jeszcze przez okno. Uśmiech. Uśmiech może jest nawet niewymuszony. Rzeczywistość je pościera. Rozmazana szminka. Upiorny joker.

Inne zdjęcie z epoki triumfu. To zdjęcie pokazuje mi ojciec-pacjent. Wcześniej, chyba je widziałem, pomiędzy papierami bez znaczenia, makulaturą, przeterminowanymi drukami biurokratycznymi. Kolejne dzieło ojca, które teraz potęgowało poczucie klęski. Dzieło marniejące bez niego, i jego już nie chcące. I te postacie, kiedyś zaludniające nasza rzeczywistość. Mów mi ciociu, mów mi wujku. Armia ojca, jego ludzie. Armia, która zdradziła, mówi ojciec-pacjent. Z epoki triumfu wierni pozostali tylko ci, których nie ma na zdjęciach. Pracownicy fizyczni. Gdy, sam będąc już pracownikiem fizycznym z magisterką z filozofii, rozwoziłem ich po budowach, czy pomagałem przy obróbkach, wypowiadali się o ojcu z wielką sympatią. Szanowali go jako człowieka i z prostotą ludzi pracy zapewniali, że może na nich liczyć. Przejabał, przerżnął, jazgocze dziadek, z nutą satysfakcji. A ja mówiłem, a ja mówiłem, że nie tak prowadzi się firmę. Sam nigdy żadnego małego czy dużego przedsiębiorstwa nie prowadził. I zasrał życie sobie i innym. Wszystko to przez to, że zaufał ludziom, mówi były pracownik ojca. Siedzimy na warsztacie, tuż przed fajrantem. Tylko przytakuje. Nie mam własnej wersji. Kto zdradził a kto oszukał. Nie ma to teraz znaczenia. Dziadek był jedną z osób zaufanych.
Nie ufaj nikomu, zwłaszcza sobie. Swoim odczuciom. Swoim ocenom ludzi, zdarzeń.

Nie lubię zdjęć z okresu triumfu. Nie dla tego, że potęgują ból. Nie, te zdjęcia wywołują jedynie pogardę dla etosu mieszczaństwa. Dla klasy średniej. I świadomość żeby uważać na uciski ich dłoni. I wystrzegać się z nimi przyjaźni. Nic to nowego, i nic to strasznego. Nie lubię ich, bo są mi obce. No i okres triumfu nie był w cale takim słodkim okresem. Na zdjęciach jestem tylko w weekendy. I to nie wszystkie.

Zdjęcia, które bolą to zdjęcia po upadku. Zwłaszcza te na których rodzice są szczęśliwi. Najbardziej przerażające zdjęcie leżało włożone za szybę kredensu. To ojciec z okoniem. Piękna sztuka. Na oko medalowy okaz. Nie to, żebym bał się ryby. Kiedyś podobną wyciągnąłem z tatą. Ryb się nie boję. Przerażający jest uśmiech ojca. Jego szczęście. Doskonale uchwycona szczęśliwa chwila. Przeraża przez miejsce jakie zajmuje w całości. W prywatnej historii jednostki i prywatnej historii rodziny. Tak radosnego, pogodnego, jasnego widziałem tylko na zdjęciu. Na zdjęciach. Mama z reguły zapłakana. Złamana przez chorobę i nędzę. Odnajdująca zapomnienie w telewizji i tabletkach na sen. I jeszcze ciasteczka poprawiały jej humor. Nie mogąca o własnych siłach opuszczać już mieszkania, z trudem poruszająca się po nim. Mama uśmiechnięta na tle gór. Wyjedźmy, mówi ojciec. I jedzie do szpitala. Wspominanie wolności dla więźniów obozów koncentracyjnych było przekleństwem. Kto chciał przeżyć, musiał nauczyć się nie wspominać, nie myśleć o tym co było na zewnątrz. Skoncentrować na bieżącej, ponurej i okrutnej chwili. Okrutna chwila w swojej pojedynczości dawała się skonsumować. Tylko tak dawało się ją przetrzymać. Do następnej okrutnej chwili. Gorzej, gdy się ujrzało te chwile połączone, gdy się doniosło do lepszego czasu. Takie zrozumienie obozu, poznanie potrafiło zabić. Podobnie w czasach cierpienia, wspomnienie szczęścia, jest jeszcze większym bólem. Bólem niemal nie do zniesienia.

Uśmiechy ojca. Uśmiechy matki. Uśmiech ojca - pacjenta. Jest w nim pustka i chaos. Przypomina uśmiech karconego dziecka. Grymas nerwowy.

W zdjęciach ponownie odczytuję historię. Którą zaraz zapominam. Obraz rozmazuje się. A raczej ja go rozmazuje. Podobny do ojca - pacjenta w pół zdania milknącego i chowającego zdjęcie do torby. W torbie na swój świat. Który stworzył, w którym obecnie żyje. Co manie inny, podobny, złączony z tych samych elementów, ale inaczej ustruktyryzowany. Lekkie przesunięcia w całości. Prywatne uniwersum chroniące przed obiektywną prawdą. Zastępcza kondycja. To co ja osiągam zapominaniem. W chwilach podróży do szpitala wszystko się przypomina. Na te kilka godzin. Rozumiem.

Będziemy się jeszcze dobrze bawić, zobaczysz. Wszystko będzie dobrze. Mijamy bramę szpitala. Nikt nie robi zdjęć. Mam jedno w portfelu. Fotografia ojca do dokumentu. Zapadnięte oczy. Zero uśmiechu. Czarna otchłań. Czas kiedy przez chwilę powrócił do rzeczywistości. Na kilka tygodni. Nie wytrzymał za długo. I zdjęcie w paszporcie. Kiedy za pożyczkę wyjechał na wycieczkę z mamą. Ostatnią wycieczkę. To oblicze kogoś, kto uznał szaleństwo za normę. Delikatny uśmiech ma w sobie trochę rezygnacji, trochę wyzwania. No bo kto zatrzyma człowieka w manii.

Zdjęcia porozrzucane. Podłoga usłana zdjęciami. Obok kartek z zapiskami. Niewysłowiona historia, historia nie do ogarnięcia. Historia szpitalna. A może szalona historia. Znająca swoją prawdę w najgłębszych otchłaniach nierozumu.

© 2010 Oskar Szwabowski

mroczna.art.pl > Rękopisy > Opowiadania > Zdjęcia rodzinne

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput