Nieba stopiona świeca, pokryta kopułą
Niestrawnej błony: jezioro martwego mułu
Połyka i wypluwa księżyca oblicze,
On zaś drży jak oko w ptasim dziobie – wyrwane
Ze skamieniałego oczodołu. Tej rany
Imię jest: pieśń. Z każdym drgnieniem nuta weń krzyczy
Jakby skrzypek wściekły smyczkiem ćwiartował struny.
Z każdą nutą niebo porasta zimna łuna.
Nocna kopuła: nie ma weń już nawet soków,
By ranę zalały; rany imię jest: oko...
Zimne oko błękitu – wrasta w nuty pieśni,
Tej, dla której słów nie ma... sen, co go nikt nie śni...
Ciężkie drzew ramiona stroszą pióra uschnięte -
Niby kryształy mgły z wód bagiennych wycięte.
Zmarszczone pnie kołyszą się w oparach świateł;
Promienie-pająki: liczne, drobne, kosmate...
Tańczą na wietrze – a może to wiatr weń tańczy -
Krajają mrok, niby cieniożerna szarańcza.
Wiatr w innej postaci igra z kropel iskrami,
Czyni je zmiennokształtnymi: raz – lód, raz – kamień.
Harmonię chaosu wnet dziwna cisza kruszy:
Nuta bezimienna... śpiew obłąkanej duszy...
Szept...? Pomruk...? Wycie...? Pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...
Dmą wiatry nieprzychylne, wyją suchą odę
Śmierci, co kroczy z dnia żarem i nocy chłodem.
Dmą wiatry niecierpliwe, odę suchą wyją -
Czas zamilknie, kiedy go piachu płaszcz okryje.
Dmą wiatry niespokojne, suchą wyją odę -
Śmierć spowija niebo, gasząc gwiazd iskry młode.
Dmą wiatry opętańcze, odę wyją suchą:
Gdy czas śpi w piachu, na niebie tańczy Kostucha.
Płonące wydmy wnet dziwna cisza nawiedza -
O takim gościu świat piachu nie był uprzedzon...
Miast suchej ody słychać pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...
Ołowiane czoło nieboskłonu faluje -
Górom niepotrzebne rozterki śmiertelników.
Czy to błyskawicy sznur, czy chmura się pruje -
Nie poznasz, aż pochwycisz zaśpiew gromów krzyku...
Ołowiane czoło nieboskłonu pęcznieje - -
Prócz szczytów zasiedziałych – bogów tutaj nie ma.
Gdy skał ramiona stalową łuną sinieją,
Znak to, że budzi się bóg, który dotąd drzemał...
I – stało się: wnet całun nietkniętej przestrzeni
Nocy płaszcz spowija – dziwna go cisza zmienia...
Gromy milkną – narasta pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...
Granica, gdzie wieczność zatraca poczytalność,
Rozsiewając dookoła szaleństwa ziarno...
Granica, gdzie nicość ma ciało materialne,
Wsysa pustkę, wypluwa nieskończoność czarną...
Granica, gdzie umysłom sen wieczny jest dany;
Sen ów – choć cykliczny – jest niepowtarzalny...
Granica, gdzie Noc i Dzień grają w szachy. Morze:
Niepozorne – lecz sroższe bywa nad gniew boży...
Stary świat wieczności wnet dziwna cisza zmrozi -
Szepczące fale ustają w panicznej pozie...
Słoną bryzę rozprasza pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...
Umarli tutaj przychodzą. Pochłania ich noc;
Tutaj – noc starsza jest od czasu. Tutaj milkną
Żale i radości. Byt jest tu krótki jak sen;
I wiatru szept tak senny... a b i e l jest tutaj złem...
I nie: czerń – tutaj: wieczna ciemność. Nieśmiertelna.
I oczy gwiazd tutaj pokryte martwym bielmem...
Śnieg. I śnieg... i śnieg... i śnieg jeszcze i wciąż wokoło -
I nawet nieboskłonu jest zmrożone czoło...
Martwe śniegi wnet dziwna cisza kłuje -
Umarli nerwowo pośród bieli się snują...
Wiatr senny - - rozdarty... przez pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...
Martwe, deszczem szepczące podwórze
Tonie w – ulepionej z kształtów – chmurze
Niedoszłych poranków i wieczorów:
Sylwetki lunatyczne, wytwory
Nocy dziewiczej, starej, wiecznej...
Zwą się: to, co w nocy n i e b e z p i e c z n e...
Zimni, tak zimni... somnambuliczni...
Słowo: niepewność - - drobni, nieliczni;
Choć zmysły zwieść mogą – w drobnych ciałach
Rośnie pokaźny ocean szału...
Chaos prowadzony dziwną siłą...
Słowo: niepewność - - całkiem niemiłe...
Dom wycięty słonymi kroplami.
Wewnątrz: już pusty. Na zawsze zamilkł.
Wewnątrz: posłania. Już opuszczone.
W oknach martwieją sny porzucone.
Dom wycięty kroplami słonymi.
Wewnątrz: mieszkali – zwani Zimnymi.
Wewnątrz: ślad po nich obrasta kurzem.
W oknach mrą sny, co nie chcą trwać dłużej...
Zimni... tak zimni... dom porzucili...
W dziwnym śnie umysły pogrążyli...
Słowo: niepewność - - drobni, nieliczni;
Zimni, tak zimni... somnambuliczni
© 2010 Tomasz Fendryk
mroczna.art.pl > Rękopisy > Wiersze > Zimni-Lunatycy
© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput