Mr Mroczna Środkowo-Wschodnia Europa ISSN 1899-5179

№42 czerwiec 2010

Zimni-Lunatycy Tomasz Fendryk

1

Nieba stopiona świeca, pokryta kopułą
Niestrawnej błony: jezioro martwego mułu
Połyka i wypluwa księżyca oblicze,
On zaś drży jak oko w ptasim dziobie – wyrwane
Ze skamieniałego oczodołu. Tej rany
Imię jest: pieśń. Z każdym drgnieniem nuta weń krzyczy
Jakby skrzypek wściekły smyczkiem ćwiartował struny.
Z każdą nutą niebo porasta zimna łuna.

Nocna kopuła: nie ma weń już nawet soków,
By ranę zalały; rany imię jest: oko...
Zimne oko błękitu – wrasta w nuty pieśni,
Tej, dla której słów nie ma... sen, co go nikt nie śni...

2 las złudzeń

Ciężkie drzew ramiona stroszą pióra uschnięte -
Niby kryształy mgły z wód bagiennych wycięte.
Zmarszczone pnie kołyszą się w oparach świateł;
Promienie-pająki: liczne, drobne, kosmate...
Tańczą na wietrze – a może to wiatr weń tańczy -
Krajają mrok, niby cieniożerna szarańcza.
Wiatr w innej postaci igra z kropel iskrami,
Czyni je zmiennokształtnymi: raz – lód, raz – kamień.

Harmonię chaosu wnet dziwna cisza kruszy:
Nuta bezimienna... śpiew obłąkanej duszy...
Szept...? Pomruk...? Wycie...? Pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...

3 płonące wydmy

Dmą wiatry nieprzychylne, wyją suchą odę
Śmierci, co kroczy z dnia żarem i nocy chłodem.
Dmą wiatry niecierpliwe, odę suchą wyją -
Czas zamilknie, kiedy go piachu płaszcz okryje.
Dmą wiatry niespokojne, suchą wyją odę -
Śmierć spowija niebo, gasząc gwiazd iskry młode.
Dmą wiatry opętańcze, odę wyją suchą:
Gdy czas śpi w piachu, na niebie tańczy Kostucha.

Płonące wydmy wnet dziwna cisza nawiedza -
O takim gościu świat piachu nie był uprzedzon...
Miast suchej ody słychać pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...

4 zasiedziałe szczyty

Ołowiane czoło nieboskłonu faluje -
Górom niepotrzebne rozterki śmiertelników.
Czy to błyskawicy sznur, czy chmura się pruje -
Nie poznasz, aż pochwycisz zaśpiew gromów krzyku...
Ołowiane czoło nieboskłonu pęcznieje - -
Prócz szczytów zasiedziałych – bogów tutaj nie ma.
Gdy skał ramiona stalową łuną sinieją,
Znak to, że budzi się bóg, który dotąd drzemał...

I – stało się: wnet całun nietkniętej przestrzeni
Nocy płaszcz spowija – dziwna go cisza zmienia...
Gromy milkną – narasta pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...

5 szepczące fale

Granica, gdzie wieczność zatraca poczytalność,
Rozsiewając dookoła szaleństwa ziarno...
Granica, gdzie nicość ma ciało materialne,
Wsysa pustkę, wypluwa nieskończoność czarną...
Granica, gdzie umysłom sen wieczny jest dany;
Sen ów – choć cykliczny – jest niepowtarzalny...
Granica, gdzie Noc i Dzień grają w szachy. Morze:
Niepozorne – lecz sroższe bywa nad gniew boży...

Stary świat wieczności wnet dziwna cisza zmrozi -
Szepczące fale ustają w panicznej pozie...
Słoną bryzę rozprasza pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...

6 martwe śniegi

Umarli tutaj przychodzą. Pochłania ich noc;
Tutaj – noc starsza jest od czasu. Tutaj milkną
Żale i radości. Byt jest tu krótki jak sen;
I wiatru szept tak senny... a b i e l jest tutaj złem...
I nie: czerń – tutaj: wieczna ciemność. Nieśmiertelna.
I oczy gwiazd tutaj pokryte martwym bielmem...
Śnieg. I śnieg... i śnieg... i śnieg jeszcze i wciąż wokoło -
I nawet nieboskłonu jest zmrożone czoło...

Martwe śniegi wnet dziwna cisza kłuje -
Umarli nerwowo pośród bieli się snują...
Wiatr senny - - rozdarty... przez pieśń, co nie jest pieśnią...
Rytm serc, co nie biją... zew umysłów, które nie śnią...

7 podwórze

Martwe, deszczem szepczące podwórze
Tonie w – ulepionej z kształtów – chmurze
Niedoszłych poranków i wieczorów:
Sylwetki lunatyczne, wytwory
Nocy dziewiczej, starej, wiecznej...
Zwą się: to, co w nocy n i e b e z p i e c z n e...
Zimni, tak zimni... somnambuliczni...
Słowo: niepewność - - drobni, nieliczni;
Choć zmysły zwieść mogą – w drobnych ciałach
Rośnie pokaźny ocean szału...
Chaos prowadzony dziwną siłą...
Słowo: niepewność - - całkiem niemiłe...

8 dom

Dom wycięty słonymi kroplami.
Wewnątrz: już pusty. Na zawsze zamilkł.
Wewnątrz: posłania. Już opuszczone.
W oknach martwieją sny porzucone.

Dom wycięty kroplami słonymi.
Wewnątrz: mieszkali – zwani Zimnymi.
Wewnątrz: ślad po nich obrasta kurzem.
W oknach mrą sny, co nie chcą trwać dłużej...

Zimni... tak zimni... dom porzucili...
W dziwnym śnie umysły pogrążyli...
Słowo: niepewność - - drobni, nieliczni;
Zimni, tak zimni... somnambuliczni

© 2010 Tomasz Fendryk

mroczna.art.pl > Rękopisy > Wiersze > Zimni-Lunatycy

z Google

© 2005-2010 PKL UAM + Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Jarosław Bytner, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Wojciech Korput